Informacje o nowych artykułach i sposobach oszczędzania pieniędzy prosto na Twój e-mail

    

Do it! – czyli dlaczego nie możesz utknąć w strefie komfortu

przez Michał Szafrański dodano 4 września 2013 · 113 komentarzy

Strefa komfortu

Strefa komfortu, to stan, w którym nie czujesz potrzeby, aby stawiać sobie jakiekolwiek wyzwania. Po prostu żyjesz sobie z dnia na dzień, robiąc to co musisz. Tkwiąc w niej, nie wystawiasz się w gruncie rzeczy na żadne ryzyko (uświadomione). To niebezpieczne, bo przyzwyczajasz się do tego i Twój wygodnicki mózg będzie utwierdzał Cię w przekonaniu, że tak jest dobrze. I coraz szybciej będzie Cię zniechęcał do wprowadzania zmian.

Miałem ten artykuł w planach, ale nie miałem do niego dobrego pretekstu. Dzisiaj sprowokował mnie Wolny z blogu “Wolnym być”. Napisał on artykuł “Wyjście ze strefy komfortu. Spowiedź”, w którym opisuje swoją decyzję o zmianie pracy związaną jednocześnie ze zmianą miejsca zamieszkania i opuszczeniem rodzinnego miasta. Jego spowiedź jest nieco dłuższa i dowiadujemy się z niej dlaczego zmusił się do opuszczenia swojej strefy komfortu.

Dlaczego warto przekraczać własne granice?

O strefie komfortu i wychodzeniu poza nią napisano już wiele. Nie będę rozwijał tego tematu od naukowej strony, bo się na tym nie znam. Ale od dawna intuicyjnie wiem, że “to” istnieje. I Ty też wiesz :) Na pewno doświadczyłeś takiego wychodzenia, np. na rozmowie kwalifikacyjnej – każdy z nas doświadcza. Ale jest spora różnica pomiędzy postawieniem nas w sytuacji, gdy zmuszeni jesteśmy działać poza swoją strefą komfortu, np. gdy ktoś nas napada i musimy zareagować, a sytuacją, w której sami, świadomie wychodzimy poza własną strefę komfortu.

Może to być zdobywanie nowych umiejętności, zagajenie rozmowy i “przełamanie lodów” z nowo poznaną osobą, albo postawienie sobie ambitnego celu – teoretycznie zbyt ambitnego na nasze obecne umiejętności. Często czujemy się bardzo niekomfortowo, ale po czasie przyznajemy, że było warto, że nauczyliśmy się czegoś nowego, zdobyliśmy doświadczenie albo osiągnęliśmy poczucie spełnienia (albo wszystko na raz). Mówiąc w skrócie, to co ważne w życiu zazwyczaj zaczyna się poza naszą strefą komfortu.

Gdybym jako młody chłopak nie “wystartował” do tej jedynej, fajnej dziewczyny, to nie miałbym za sobą kilkunastu lat szczęśliwego małżeństwa (i wielu lat przed nami). Łatwo nie było :) Do tego okazało się, że laska miała chłopaka i była w nim zakochana! Myślicie, że mi to przeszkodziło? Skomplikowało to i owo, i wymagało cierpliwości :) Dzisiaj wiem, że ważne rzeczy w życiu dzieją się poza strefą komfortu! Wtedy działałem “na czuja”. A dzisiaj wspaniale się z tym czuję :)

Jeden z moich ulubionych autorów i blogerów, Chris Guillebeau, w swojej książce The Art of Non-Conformity: Set Your Own Rules, Live the Life You Want, and Change the World ostrzega, że czasami wychodzenie poza strefę komfortu, może spotkać się także z negatywną reakcją otoczenia. Szczególnie wtedy, gdy stawiamy sobie cel nie mieszczący się w światopoglądzie innych osób. Ale nie powinno nas to powstrzymywać :)

“Nierozsądne”, “nierealne” i “niepraktyczne”, to słowa używane do marginalizowania osoby lub idei, która wykracza poza powszechnie oczekiwane standardy”.

Co strefa komfortu ma do oszczędzania?

Możecie się zastanawiać co pisanie o strefie komfortu ma wspólnego z blogiem o oszczędzaniu. Odpowiem krótko: praktycznie od początku istnienia bloga próbuję Was zmotywować do zmiany nawyków wyciągając “najcięższe działa”, jakimi dysponuję, i mówiąc ile to i owo kosztuje. A wiem, że zmiana przyzwyczajeń, nie mieści się w strefie komfortu.

Wróciłem z wakacji i mam plan żeby jeszcze bardziej Was “challenge’ować”, czyli stawiać Wam wyzwania. Przypominam, że nic co ważne w życiu nie przychodzi bez wysiłku :-)

Czym jest wyjście ze strefy komfortu w kontekście oszczędzania pieniędzy?

  • Zastąpieniem “nie wiem nic o inwestowaniu” nauką i samodzielnymi doświadczeniami.
  • Umiejętnością negocjowania także w niesprzyjających warunkach, co może się potem przydać w niespodziewanych momentach.
  • Podniesieniem słuchawki i zadzwonieniem do banku z żądaniem obniżenia opłat.
  • Schowaniem dumy do kieszeni i zadawaniem głupich pytań, np. żeby zrozumieć złożone produkty finansowe.
  • Wykonywaniem żmudnych i nudnych czynności, takich jak zbieranie rachunków i ich spisywanie.
  • Zmuszeniem się do wystawienia niepotrzebnych rzeczy na sprzedaż na Allegro.
  • Ułożeniem planu oszczędności i zwiększania przychodów – chociaż nam się nie chce i mamy milion wymówek.
  • Realizacją tego planu – skoro jest dla nas ważny, to trzeba go realizować. Może się to wiązać ze zmianą planu dnia, ze zmianą pracy, z porzuceniem niektórych przyzwyczajeń.
  • Zmuszaniem się do wyrabiania nowych nawyków: jeśli chcę być bogaty, to muszę coś robić w tym kierunku, analogicznie jak jeśli chcę schudnąć, to muszę przejść na dietę i więcej się ruszać. I jedno i drugie wymaga wyjścia ze strefy komfortu.

Żeby było jasne – każdy ma z powyższymi punktami jakiś problem. Ja także. Sztuka polega na tym żeby ruszyć przysłowiowe cztery litery.

A propos ruszania czterech liter…

Zastanów się co jest dla Ciebie ważne. Wymyśl jedną rzecz, postaw sobie jeden cel – nie musi być super ambitny, ale musi być konkretny. Zastanów się co jest potrzebne do tego, żebyś osiągnął ten cel. Jeśli cel ten nie wymaga od Ciebie wysiłku i wyjścia ze strefy komfortu, to prawdopodobnie jest to cel mało ambitny. Osiągnij go i postaw sobie kolejny – ambitniejszy :)

Masz już cel, którego osiągnięcie wymaga wysiłku? No to pomyśl, jakie kroki musisz wykonać, żeby ten cel osiągnąć? Czy któryś z nich wzbudza Twój niepokój lub strach? – to normalna reakcja. Większość ważnych spraw i decyzji w naszym życiu wzbudza nasze obawy. Nawet najlepiej wytrenowani i przygotowani sportowcy muszą się mocno koncentrować przed każdym startem, żeby nie “spaliły” ich emocje. Niejednokrotnie to, czy potrafimy przełamać nasz strach i “wziąć się w garść”, jest jedyną rzeczą odróżniającą zwycięzców od tych, którzy ponoszą porażkę.

Jeśli cel jest dla Ciebie ważny, to wiesz, że musisz ten krok czy sekwencję kroków wykonać. Do it! Po prostu zrób to. Naprawdę nie wymaga to niczego innego niż zrobienia. A przy okazji obejrzyj ten film (niestety nie mogę go tu osadzić). To moje ulubione “Do it!”, które czasami sobie powtarzam :) (zaczyna się 1:00).

W przypadku ważnych decyzji o potencjalnie dużych konsekwencjach – przeanalizuj plusy i minusy, ale do it! Nie odkładaj w nieskończoność. Jeśli nie chcesz teraz, to zaplanuj precyzyjnie kiedy to zrobisz. Słyszałem niedawno taki ciekawy cytat:

Cel bez określonej daty realizacji to marzenie a nie cel.

Przeczytaj drugi i trzeci raz ten cytat. Zastanów się ile masz celów, a ile marzeń 😉 O tym jak sobie radzić z planowaniem realizacji celów opowiem nieco w 10-tym odcinku podcastu.

Przykład wychodzenia ze strefy komfortu

Postawiłem sobie przed wakacjami kolejny cel i odpowiedziałem na pytanie dlaczego chcę go osiągnąć: “Chcę dobrze wyglądać i chcę żeby moja Żona była zadowolona, że ma fajnie zbudowanego faceta i żeby dzieci były zadowolone, że mają tatę nie-wymoczka. Poza tym będę czuł się lepiej wiedząc, że się dbam o siebie i dzięki treningowi jestem zdrowszy”.

Konkretyzacja celu: “Do końca roku chcę mieć wyrzeźbioną klatę i brzuch”. A przy tym nie chcę chodzić do siłowni, bo nie lubię i nie chcę się świadomie nadmiernie obciążać i dodatkowo za to płacić. Tylko domowe sposoby.

Co muszę zrobić, by to osiągnąć? Trenować. Systematycznie i regularnie. I tu zaczynają się obiekcje i pytania, które zastępują początkowy entuzjazm. I już mój mózg podpowiada mi żeby nie wychodzić z mojej strefy komfortu:

  • Po co mi to – przecież wcale nie wyglądam źle.
  • Przesadzam, że zrobienie klaty lub brzucha wpłynie pozytywnie na moje zdrowie.
  • Zresztą nie wiem od czego zacząć.
  • Pewnie jakiś trening powinienem zaplanować, ale nie wiem jaki. Musiałbym coś poczytać na ten temat, ale nie mam czasu.
  • Czy ja naprawdę nie mam co robić? Tyle wpisów na blogu czeka na napisanie.
  • Jeśli chcę coś zrobić dla siebie, to może lepiej gdybym ten czas wykorzystał na odpoczynek: fajny film, książka, gra na konsoli.
  • Nie mam żadnej gwarancji, że w wyniku mojego treningu uda mi się zbudować klatę lub “sześciopak” na brzuchu i po co to wszystko wtedy? Napracuję się nad sobą, a celu i tak nie osiągnę.
  • Czy muszę zaczynać trenowanie na wakacjach? Może po powrocie.

Itd. Itp. Mnożyłem i uzasadniałem wymówki. Jestem w tym mistrzem. Pewnie też możesz o sobie tak powiedzieć. Ale wiesz co? Teraz regularnie, co dwa dni, robię pompki według ustalonego programu treningowego “100 push-ups”. I w połowie urlopu dorzuciłem jeszcze brzuszki, które robię codziennie (szczerze mówiąc dwa dni pominąłem).

Jak zmusiłem się do wyjścia z mojej strefy komfortu? Przyznaję, że w tym przypadku nie było to szczególnie trudne. Po prostu wróciłem do mojego celu i ponownie zadałem sobie pytanie „Dlaczego chcę ten cel osiągnąć. Dlaczego ten cel jest dla mnie ważny?”. To pomogło mi się przełamać.

Ile czasu potrzeba, by coś “weszło nam w krew”?

Rozwój w naszym życiu, osiąganie poczucia spełnienia, polega według mnie właśnie na takim przełamywaniu siebie. I jest znacznie łatwiej to zrobić, jeśli mamy odpowiedni powód do osiągania stawianych sobie celów.

Myślę, że każdy z Was, kto to czyta, może podpisać się pod stwierdzeniem, że jeśli już się przełamiemy i zaczynamy systematycznie coś robić, to po jakimś czasie nie traktujemy już tego jako niekomfortowe i nieprzyjemne. Zaczynamy wręcz z tego czerpać radość i motywację do stawiania sobie i osiągania kolejnych celów. Oczywiście są wśród nas wyjątki 😉

Chirurg plastyczny Dr Maxwell Maltz w swojej książce z 1960 roku ukuł teorię, że jeśli wykonujesz jakąś czynność systematycznie przez 21 dni, to wykształcasz nawyk. Staje się ona dla Ciebie naturalna i przyzwyczajasz swój mózg do jej wykonywania. Osobiście uważam, że stwierdzenie o 21 dniach, to mit, który nie powinien być brany dosłownie (i chyba nie jestem jedyny). Inne badania mówią o 66 dniach, ale one znowu ograniczają się do analizy bardzo podstawowych zachowań. Bez względu na ilość dni jest coś niesamowitego w tym, jak szybko możemy uczynić naszą drugą naturą te trudne i często bolesne (psychicznie i/lub fizycznie) dla nas czynności :)

Jeśli jednak potrzebujesz samomotywacji, to uznaj, że rzeczywiście 21-66 dni jest taką graniczną wartością dla większości Twoich systematycznych postanowień. Przykładowo: jeśli planujesz przestać jeść słodycze, to nie mów sobie “nigdy więcej”, bo Twój mózg się zbuntuje. Powiedz sobie: “odstawiam słodycze tylko na 21 dni”. Prawda, że łatwiej? A potem zdecydujesz co dalej 😉 Najtrudniej jest zacząć.

Trzymam kciuki Wolny!

Wolnemu życzę żeby wspólnie z rodziną jak najszybciej aklimatyzował się w nowym miejscu zamieszkania. I żeby za rok z uśmiechem oglądał się za siebie :) Powodzenia!

I jeszcze jedno przemyślenie, które mi się nasuwa: odważni opuszczają swoją strefę komfortu, ale nie na długo. Po przełamaniu obaw i strachu, i samoutwierdzeniu, że dobrze zrobili, ta ich strefa komfortu ich “dogania”. My jej nie opuszczamy – my ją powiększamy.

Zastanów się, jakie emocje wzbudza myśl o skoku na bungee u kogoś, kto nigdy tego nie robił? Skakałeś? No to pomyśl o chodzeniu gołymi stopami po rozżarzonych węglach. Jeśli nie jesteś kompletnym idiotą, to będziesz się bał, coś Cię będzie ściskało za gardło, gdy staniesz na wysokim moście z liną między nogami lub na wprost ścieżki z rozgrzanym do czerwoności węglem.

Ale jeśli masz to już za sobą, to jak odpowiadasz na pytanie “Czy byłbyś w stanie zrobić to kolejny raz”? Nie wydaje się to niczym strasznym, prawda? Niektórzy nawet czerpią z tego przyjemność :-)

Na koniec mam do Ciebie pytanie, które być może będzie Twoim “zapalnikiem”: napisz mi kiedy ostatnio wyszedłeś ze swojej strefy komfortu? Co to było? A może potrzebujesz motywacji? A może masz jakieś wskazówki, które mogłyby pomóc osobom zamkniętym w swojej strefie komfortu? Zapraszam do komentowania :-)

I będę Ci naprawdę wdzięczny, jeśli zdecydujesz się podzielić tym artykułem na Facebooku, LinkedIn, GoldenLine, Wykopie czy po prostu mailem z osobami, na których Ci zależy – szczególnie tymi, które utknęły w swojej strefie komfortu. Może chociaż troszeczkę uda się je zmotywować.

Życzę Wam byście nigdy nie zaprzestali stawiać sobie wyzwań poszerzających Waszą strefę komfortu :)

Zdjęcie: Trevor Blake

"Finansowy ninja" - podręcznik finansów osobistych

Finansowy ninjaMożna już zamawiać moją książkę "Finansowy ninja". To ponad 540 stron praktycznej wiedzy o oszczędzaniu, zarabianiu, optymalizacji podatkowej, negocjowaniu i inwestowaniu, które pomogą Ci zostać prawdziwym finansowym ninja i osiągnąć bezpieczeństwo finansowe.

Przewodnik po finansach osobistych, który każdy powinien przeczytać jeszcze w szkole.

PRZEJDŹ NA STRONĘ KSIĄŻKI →

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach o oszczędzaniu pieniędzy. Nie ujawnię nikomu Twojego adresu!



{ 111 komentarzy… przeczytaj komentarze albo dodaj nowy komentarz }

wolny Wrzesień 4, 2013 o 22:09

:) Dziękuję za ciepłe słowa, motywację i dodanie wiary w słuszność mojej decyzji. I cieszę, się, że mój wpis zmobilizował Cię do publikacji tego – jak zwykle wartościowego – tekstu! Pozdrawiam!

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 4, 2013 o 22:20

Hej Wolny,

Cieszę się, że Ci się podoba. A ja dziękuję Ci za zmotywowanie mnie do „popełnienia” pierwszego artykułu po wakacjach. Rozpoczyna on zupełnie nowy sezon na moim blogu :)

Pozdrawiam ciepło Ciebie, Żonę i maleństwo!

Odpowiedz

BJK Wrzesień 4, 2013 o 22:16

Jak zwykle Michał kawał świetnego artykułu :)
W pełni się z nim zgadzam. Muszę stwierdzić, że moja strefa komfortu się zmienia, bo o ile lubię stabilizację, o tyle np. Warszawa to moje 4. miasto zamieszkania w ciągu ostatniej dekady. Za każdym razem była to spora zmiana. Wpierw nowe miasto i studia. Potem emigracja, później powrót „w ciemno” nad Wisłę. Ludzie mi się dziwili, tak jak to opisujesz :)
„Zastąpieniem “nie wiem nic o inwestowaniu” nauką i samodzielnymi doświadczeniami.” – nie powiem, to zdanie jak najbardziej do moich doświadczeń pasuje. Zwłaszcza w świetle błędów, które popełniłem na GPW 😉
A w ogóle to witaj po wakacjach :)

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 4, 2013 o 22:22

Dobry wieczór BJK,

Dzięki! Nieustannie miło mi się czyta Wasze komentarze :) Morda mi się śmieje podczas powolnego nadrabiania zaległości urlopowych. Kilkaset komentarzy i na sporą liczbę muszę jeszcze odpowiedzieć.

Pozdrawiam!

Odpowiedz

Marcin C. Wrzesień 4, 2013 o 22:21

Wpis dość mocno w stylu „zenhabits” ale ja nie mam nic przeciwko (jeśli to nie stanie się normą).

Moim ostatnim opuszczeniem strefy komfortu było przełamanie się i zaczepienie nowego instruktora na basenie. Od jakiegoś czasu chodziło za mną nauczenie się stylu motylkowego (delfina), po kilku lekcjach już to umiem ale wciąż daleko mi do Phelpsa :)

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 4, 2013 o 22:37

Hej Marcin,

Gratuluję przełamania :) Ja ostatnio dowiedziałem się, że sposób w jaki pływam „kraulem” (jak to się pisze po naszemu?) jest maksymalnie nieefektywny. A przez te wszystkie lata zastanawiałem się dlaczego się tak męczę 😉

Pozdrawiam!

Odpowiedz

początkująca Wrzesień 4, 2013 o 22:22

Bardzo ciekawy artykuł, utwierdzam sie w przekonaniu, że dobrze zrobiłam (porzuciłam w tych trudnych czasach pracę, w której, po dokonnaiu analizy „za”i „przeciw”, stwierdziłam,że nie nauczyłam się w tej pracy niczego oprócz kłamiania, kombinowania i zacierania śladów… :) – ot, szkoła przetrwania a nie praca, dosłownie. Więc szukam innej z moim niepełnym wyższym wykształceniem, średniozaawansowanym angielskim i dużym bagażem doświadczeń (także od strony zawodowej). Będzie ciężko…. Wiem.

Odpowiedz

Marcin Wrzesień 4, 2013 o 22:28

Witam serdecznie,
ja nieśmiały krok poza moją strefę komfortu wykonałem 19 dni temu rzucając palenie papierosów, co zapoczątkowało u mnie chęć to oszczędzania pieniędzy, a to w rezultacie doprowadziło mnie na ten blog :) Teraz jestem nieco wzbogacony o wiedzę przekazywaną przez Ciebie, Michale i moje cele na przyszłość stają się bardziej realne i jakby bliższe. A zatem mogę stwierdzić, że w moim przypadku wyjście poza strefę komfortu wywołało małą lawinę pozytywnych wydarzeń.
Generalnie to chyba jakaś choroba cywilizacyjna XXI wieku, Wątpliwości, które opisałeś dotyczące regularnych treningów w moim przypadku są nieodłączną częścią mojego rozumowania i towarzyszą mi dosłownie w każdej podejmowanej przeze mnie czynności. Trudno jest z tym walczyć ale z drugiej strony nie można przeżyć życia na kanapie przed telewizorem. A zatem DO IT!
PS, ta teoria 21 dni jest bardzo motywująca w moim przypadku, chociaż czuję, że najgorsze mam już za sobą :)

pozdrawiam

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 4, 2013 o 23:58

Hej Marcin,

GRA-TU-LA-CJE!

Kolejny ważny aspekt mi przyszedł do głowy, jak czytałem Twój komentarz: odpowiedzialność za własne decyzje i deklaracje. Czasami jest tak, że mierzymy się z jakąś decyzją (np. o rzuceniu papierosów) i gdy to już zrobimy, to czasami dobrze jest to ogłosić światu – powiedzieć znajomym itp. Wtedy czujemy się bardziej zobowiązani, by wytrwać w postanowieniu. Jesteśmy odpowiedzialni za tą decyzję nie tylko przed sobą, ale i przed innymi.

Jest to miecz obosieczny niestety, o czym chyba już kiedyś pisałem. Czasami bowiem opowiadanie o jakimś postanowieniu daje nam już tak dużą satysfakcję, że de facto nie realizujemy tego postanowienia. Ale my tak nie działamy, prawda?

Pozdrawiam i kibicuję :)

Odpowiedz

Luks Wrzesień 5, 2013 o 11:37

Przez wiele lat rzucalem i ograniczalem palenie. Gdzies wyczytalem ze do 30 lub (35) lat palenie moze nie wplynac na dlugosc zycia gdzyz organizm bedzie mial jeszcze czas zeby sie zregenerowac. To dalo kopa przed 31 urodzinami jednak ze wzgledu na to ze nie lubie z czegos rezygnowac na dobre to ograniczenie do jednego papierosa na rok wystarczylo zeby uzbierac 3 papierosy do wypalenia z czego jeden wypalilem kilka miesiecy temu a reszte mam na jakas okazje. Dla mnie to dziala.

Jesli chodzi o inne cele to mysle ze po wprowadzeniu odpowiedniej strategi do tego co sie chce osiagnac przestaje faktycznie byc niekomfortowe i pozostaje kwestia czasu osiagniecie celu chocby byl zaplanowany na 15 lat do przodu. Mi zostalo jeszcze 7 lat i choc czasu ubywa to wierze ze sie uda. Nie wszystko da sie zaplanowac ale trzeba byc przygotowany jak nadejdzie to 5 minut gdzie czas bedzie trzeba wykozystac dzieki wczesniejszemu przygotowaniu. Dlatego polceam tez rozszerzanie wiedzy i umiejetnosci prowadzacych do celu nawet jesli nie ma pewnosci ze go osiagniemy. To stan gotowosci: BE READY!

Odpowiedz

Marcin Wrzesień 6, 2013 o 09:12

Mi największego kopa dał opłakany stan moich finansów, smutna prawda ale zawsze. Tak czy siak 21 dni mija dziś i myślę, że mały sukces można już świętować :)
Dzięki za kibicowanie!

Odpowiedz

Adrian Wrzesień 4, 2013 o 22:31

Niestety, ale muszę być szczery. To pierwszy Twój wpis, z którego nie dowiedziałem się niczego nowego:(

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 4, 2013 o 22:35

Hej Adrian,

Patrząc na to z pozytywnej strony, to bardzo dobrze, że masz tą wiedzę w małym palcu 😉

Pozdrawiam!

Odpowiedz

Adrian Wrzesień 4, 2013 o 22:52

Żeby jeszcze „wiedzieć” oznaczało „mieć w nawyku”:D

Ciekawe uzupełnienie tematu: http://www.youtube.com/watch?v=E61a5IKL4TU

PS. Ale za to link o 21-dniowym micie zaspokoił moją żądzę wiedzy:)

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 4, 2013 o 23:02

Hej Adrian,

Nie chciałem Cię bezczelnie odpytywać, czy „wiesz” czy „działasz” 😉 Każdy z nas ma ten problem. Dziękuję za podrzucenie linku do wideo :)

Pozdrawiam!

Odpowiedz

Jaga Wrzesień 4, 2013 o 22:57

ŚSwietny wpis! Nie miałam pojecia o istnieniu takiego sformulowania jak ‚strefa komfortu ‚ , ale podoba mi sie 😉 I okazuje sie, ze nie jest ze mna tak zle. Od jakiegos czasu wyznaczam sobie cele, które sa trudne i wymagaja wysilku lub poswiecenia. Czesto sie udaje, ale równiezż jestem mistrzynia wymowek. Bede nad tym pracowac. Dziekuje Ci Michale za uswiadomienie i motywacje. :-)

Odpowiedz

Geronimo Wrzesień 4, 2013 o 23:05

Witaj Michał,
to mój pierwszy komentarz mimo, że od dłuższego czasu regularnie czytam bloga. Stałeś się moją inspiracją. W temaie dzisiejszym świetnie to ująłeś: sporo kosztuje przelamanie siebie ale za to jak cieszy:))
ps. Myślałeś aby napisać coś w temacie oszczędzania na przyszlość dziecka np prudenta czy cos takiego?
pozdrawiam

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 4, 2013 o 23:08

Hej Geronimo,

Cieszę się, że się „przełamałeś” i skomentowałeś :) Potwierdzam, że temat „oszczędzania dla dziecka” jest na mojej liście artykułów do napisania. Krótkie przemyślenia zawarłem tutaj: http://jakoszczedzacpieniadze.pl/raport-michala-lipiec-2013#comment-25535, ale oczywiście wiem, że to za mało. Będzie więcej. Ale nie pytaj proszę kiedy :)

Pozdrawiam!

Odpowiedz

Sylwia Ogrodnik Wrzesień 4, 2013 o 23:06

Panie Michale,
ten artykuł utwierdził mnie w przekonaniu, że jest pan skazany na sukces!

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 4, 2013 o 23:18

Hej Sylwio,

Oby to było proroctwo :) I bardzo proszę bezpośrednio Michale i bez „Panie”.

Pozdrawiam!

Odpowiedz

Wojtek Wrzesień 4, 2013 o 23:45

Witaj Michale.
Po tym jak trafiłem na twój blog praktycznie od razu postanowiłem coś zmienić w moich finansach.
Chyba można to w jakimś sensie nazwać ucieczką ze „strefy komfortu”.
A może nie? Może podjęcie decyzji o oszczędzaniu jest jednak budowaniem kolejnej takiej strefy?
W każdym bądź razie ruszyłem do banku założyć na początek konto oszczędnościowe ( wybrałem inny bank niż ten z którego korzystam na co dzień żeby nie kusiło wydawać :) )
Pozbywam się też zbędnych rzeczy na Allegro żeby uzyskać dodatkowy kapitał.
To tak na początek skromnie ale reszta taka jak dokładna kontrola wydatków pewnie przyjdzie z czasem.Nie chcę zaczynać od wszystkiego od razu żeby się nie zniechęcić. :)
W każdym bądź razie masz „na koncie” kolejną osobę która postanowiła coś zmienić w swoim życiu na lepsze.

Dziękuje i pozdrawiam.
Wojtek.

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 4, 2013 o 23:50

Dziękuję Wojtek,

Takich „świadectw” nigdy za wiele. Bardzo się cieszę, że to właśnie ja mogłem Ci pomóc w Twoim postanowieniu. Super uczucie :)

Dobrej nocy!

Odpowiedz

Dorota Wrzesień 5, 2013 o 04:58

Witaj,
bardzo fajny,rzeczowy artykuł.Zupełnie się z nim zgadzam.
Moje wyjście z komfortu było w momencie, gdy w Polsce straciłam pracę, zostawiłam dzieci i pojechałam za granicę. I to wszystko w wieku przed 50.
Nie muszę pisać o komentarzach innych- no jak to, co zrobią dzieci (nastolatki) bez mamy (były pod opieką taty i babci), tam jadą tylko młodzi, a jak trafisz do obozu pracy….itp.
I okazało się,że decyzja super! Zwiedziłam piękny kraj i zarobiłam fajną kase, a po powrocie do Polski (po 2 latach) mogłam z rodzinką jeździć na wymarzone wakacje.
Dzieci dały sobie świetnie radę, nauczyły się samodzielności i żadne z nich wpadło w złe towarzystwo. One akceptowały i rozumiały mój wyjazd jako jedyne z rodziny.
Ot,moje jedno z wyjść z komfortu w życiu.

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 5, 2013 o 15:52

Hej Doroto,

Dziękuję za „świadectwo”. Podziwiam determinację, tym bardziej, że sam bym się na taki krok chyba nie zdecydował.

Pozdrawiam!

Odpowiedz

Magda Wrzesień 5, 2013 o 08:54

Podoba mi się ten tekst. Zwłaszcza różnica między celem, a marzeniem. :) U mnie przez jakiś czas było niezadowolenie z wagi, a że kiedyś tam biegałam, to w lutym postanowiłam znów do tego wrócić, ale wyszło nieregularnie i ciągle miałam jakieś wymówki typu pada/wieje/chodnik za twardy. Wkurzyłam się na siebie, zrobiłam tabelkę w excelu i postanowiłam biegać 50 km miesięcznie. W sierpniu miałam miesięczny urlop (raj!), więc poprzeczkę podniosłam do 100 km. Udało się! Poza kilkoma kontuzjami, które okresowo mnie uziemiały, to biegam w miarę regularnie, spadło mi 7 kg, nie muszę kupować (oszczędność 😉 nowych ubrań, bo mam pełną szafę – jeszcze do niedawna za małych – całkiem porządnych rzeczy.
Kolejną zaletą biegania – wg mnie – jest to, że podczas tego np. godzinnego wybiegu, można sobie wiele rzeczy przemyśleć i poukładać, ja sobie próbowałam wyliczyć, kiedy w końcu będzie mnie stać na remont łazienki (wciąż spłacam remont kuchni), no i niestety wyszło mi, że dopóki nie zmienię swoich zwyczajów, to jeszcze długo nie. Poszłam więc dalej i zgodnie z Twoim sposobem, zrobiłam kolejną tabelkę w excelu ze strategią spłaty długów. Pierwsza na liście do odstrzału jest karta kredytowa, 1/3 długu spłaciłam, do końca roku się pożegnamy. W tej chwili nie mam jej już w portfelu, spłacam tylko zadłużenie.
I jeszcze jedna słabość, która – pokonana – powinna dać niezłe efekty – magazynowanie produktów spożywczych z „promocji”. Mam takie zapasy kaszy itd, że mogłabym przedszkole żywić przez tydzień 😉 Od jakiegoś czasu powiedziałam sobie dość i jak mi brakuje np. szpinaku, to idę do sklepu po szpinak. Tylko. I dopóki nie przewietrzę szafek, nie kupuję niczego nowego, wrzesień ma być pod znakiem zasobów spiżarni, zamrażalnika i piwnicy. :)
A wszystko po to, że od lat mam w głowie pewno marzenie, które jednak zawsze jest odkładane na później, bo przecież drożne rury w łazience czy kuchni są ważniejsze. Oczywiście, że tak, że jak to dobrze zaplanuję i nadam ramy czasowe, to w końcu się to przedefiniuje w cel. I będę happy. :) Pozdrowienia!

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 5, 2013 o 15:56

Hej Magdo,

Super! 7 kg mniej – gratulacje! Cieszę się, że dajesz radę także ze spłacaniem długów i fajnie wiedzieć, że mam w tym swój udział. Dziękuję :)

Pozdrawiam i życzę powodzenia

Odpowiedz

Mirosław Skwarek Wrzesień 5, 2013 o 09:10

Artykuł bardzo motywuje. To trochę jak z książkami o motywacji, co z tego, że masz ich 100 jeżeli ta 101 powoduje jakąś nawet małą zmianę to fantastycznie. Motywacja jest paliwem, nie można zatankować samochodu na całe życie. Dzięki Michał za dolanie paliwa.

Odpowiedz

Sebastian Wrzesień 5, 2013 o 09:12

Dawno, dawno temu porzuciłem dobrą, stabilną, rozwojową, dobrze płatną pracę którą bardzo lubiłem i wyjechałem w nieznane za głosem serca.
Z jednej strony nie mogę powiedzieć, że siedzę sobie w strefie komfortu bo muszę opanowywać dodatkowy język, uczyć się nowych rzeczy zawodowych, ale to od zawsze moja codzienność. Żona, dwójka małych dzieci … tak to wyzwania, ale przede wszystkim radość i motywacja. W pierwszym momencie Twój wpis pobudził bardzo intensywne myślenie, że ja sobie tutaj siedzę i rozkoszuję się strefą komfortu a życie przepływa mi pod kapciami, ale uświadamiam sobie, że ta strefa komfortu u mnie jest bardzo szeroka i elastyczna. Nie traktuję chęci zmian czy nauki nowych rzeczy jako wyjścia poza tą strefę.
Twój artykuł poruszył także struny dawno uśpionych marzeń/planów które wiecznie są odkładane i nie do końca jestem pewien czy tylko z powodu braku czasu czy z obawy przed porażką. Obudzenie tych demonów to jest definitywnie wyjście ze strefy komfortu.

Jest jeszcze jeden aspekt na który warto zwrócić uwagę: rzeczy które bardzo bym chciał zrealizować, ale których celowo nie zrealizuję ze względu na ryzyko jakie to niesie. Założenie rodziny bardzo drastycznie obniżyło u mnie poziom akceptowalnego ryzyka co automatycznie przeniosło pewne plany do działu „w innym wcieleniu”.

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 5, 2013 o 16:01

Hej Sebastian,

Dotykasz bardzo ważnego zagadnienia, o którym w zasadzie w ogóle nie pisałem. Mój artykuł skupiał się wyłącznie na jednym aspekcie – pokonywaniu siebie, ale nie wartościował, które z celów są dobre lub nieodpowiednie w danej sytuacji. Tu każdy musi sobie udzielić odpowiedzi sam. I zgadzam się z całej rozciągłości, że świadome odpuszczenie niektórych celów (lub marzeń) ze względu na zbyt wysokie ryzyko z nimi związane, jest przejawem mądrości życiowej. Nie porywamy się przecież z motyką na księżyc, prawda? 😉

Oczywiście im szersza nasza strefa komfortu, tym bardziej naturalne staje się, że poruszamy się raczej w jej obrębie. A czasami jest to nawet wskazane, by nabrać sił do kolejnych eskapad poza jej obręb.

Pozdrawiam!

Odpowiedz

Radek Wrzesień 5, 2013 o 09:15

Michał,

podczytuję Twojego bloga od niedawna. Nie pamiętam dokładnie jak na niego trafiłem, może z Fridomii, a może ze strony o podobnej tematyce. W każdym razie, reprezentujesz bardzo podobne nastawienie do życia, wydatków, wolności co ja ze swoją żoną. Bardzo podziwiam Cię za konsekwencję, profesjonalizm i poświęcenie masy czasu, energii itp. na przygotowywanie zestawień wydatków czy obszernych wpisów na blogu – szacunek!
To o czym przeczytałem dziś, to zagadnienia z którymi spotkałem się podczas lektur takich książek jak „Maksimum osiągnięć” B. Tracy, czy „Siła nawyku” – w 100% zgadzam się z tezami tam przedstawionymi, są one zbieżne z tym o czym piszesz.
Zdecydowałem się na ten komentarz dlatego, że wpisy takie jak ten są niesamowitym motywatorem do obrania i utrzymywania filozofii wychodzenia z własnej strefy komfortu. Podziwiam Cię za to. W świecie, w którym rządzi konsumpcjonizm i wygodnictwo trudno znaleźć wokół siebie ludzi, którzy myślą inaczej. Dobrze, że są tacy jak Ty, którzy motywują do rozwoju.
Jeśli chodzi o realizację celów, kilka przykładów z mojego krótkiego (32) życia utwierdziło mnie w przekonaniu, że „impossible is nothing” – podobnie jak w Twoim przypadku dotyczy to również mojej Żony ;), ale również budowy domu nie mając zbytnio zrozumienia wokół i wielu innych przypadków. Może nie jestem tak zorganizowany w samym sposobie dążenia do celu jak Ty, ale wiem, że mieć cel to najważniejszy czynnik sukcesu, gwarantujący przynajmniej 50% szans na powodzenie :).

Nie lubię i nie umiem pisać komentarzy, więc pewnie niezbyt często się tu będzie udzielał, ale na razie jestem Twoim wiernym „czytaczem” :)

Pozdrawiam,

RS

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 5, 2013 o 16:03

Radek,

Doceniam, że w końcu się przełamałeś i napisałeś, pomimo, że jak sam piszesz, nie czujesz się z tym komfortowo. Nie ma się czego obawiać – po prostu rozmawiamy używając palców zamiast ust :)

I jeszcze jedną rzecz Ci powiem: umiesz pisać komentarze. Właśnie to udowodniłeś. Mam nadzieję, że bardziej sobie niż mi :) Pamiętaj, że ja jestem odporny na wymówki, a „nie umiem” jest najczęstszą jaką słyszę 😉

Pozdrawiam serdecznie i do usłyszenia

Odpowiedz

Luiza Wrzesień 5, 2013 o 10:57

Ja również porzuciłam strefę komfortu i zamieniłam auto na komunikację miejską.
Wcześniej plan dnia uniemożliwiał mi taką zmianę. W tym roku (szkolnym) mam więcej luzu i na komfortowe przejazdy dom-praca-dom trochę szkoda kasy. A w komunikacji nadrabiam zaległości książkowe. Kwartalna karta miejska to 250zł, benzyna na miesiąc to 400zł. Oczywiście jak zaśpię, to wskoczę w auto, żeby nie spóźnić się do pracy:)

Odpowiedz

Anna (Kraków) Wrzesień 5, 2013 o 11:03

Ha! Wróciłeś! W końcu się doczekałam :)

Pierwszy temat września mnie zaskoczył. Strefa komfortu… ja ten syndrom nazywam „ty cholerny leniu, rusz się” – ale nie będę się kłócić o semantykę. O wychodzeniu ze strefy mogłabym cały elaborat napisać. Jestem introwertykiem, neurotykiem, a mąż podejrzewa, że i psychopatą. Do tego mam awersję do maszyn i większych tłumów. Wyjście ze strefy objawia się u mnie szczerzeniem kłów i intensywnym rolowaniem linki bezpieczeństwa. Na użytek zewnętrzny mam za to prześliczny image człowieka dynamicznego, przedsiębiorczego, realizującego swoje cele. Zwykłe „#####, da się” jakieś dwadzieścia parę lat temu stało się moją siłą napędową. Gdy stwierdziłam, że nie jestem szczęśliwa i taka ja wcale mi nie odpowiada. Najważniejsze to pokonać siebie.

Nie wiedziałam o tych 21 dniach. Zawsze na adaptację zostawiałam sobie… 3 tygodnie :) Człowiek po 30 przeprowadzce dawno poszerzył swoją strefę komfortu, w sumie przemieszczanie się stało się moją drugą naturą. Nie przepadam za relacjami międzyludzkimi – ale dopóki kłułam się szpilą, dopóty nie byłam ze wszystkimi rodzicami na ty i nie zaczęłam organizowania im życia społecznego. Na zakończenie dostałam nawet dyplom z podziękowaniem i duże brawa grupy, której pomogłam się zgrać. W autobusie zawsze znajdę rozmówcę – zwykle zaczynam pierwsza (kiedyś czytałam, że to wspólczesna darmowa psychoanaliza). Na awersję do tłumu – nauczyłam się sztuki prezentacji. Najważniejsze, że przeciwstawiam się sobie. Na wojnie o wyjście ze strefy komfortu każdy sukces w walce ze sobą jest ważny. Bo to jest trudne.

Teraz mobilizuję siły na zapisanie się na prawo jazdy… yyygggrrrhhh… nienawidzę maszyn. Zwykłe „da się” nie skutkuje przy tym jakże złożonym problemie jak podniesienie słuchawki i zapisanie się. Wolałabym rowy kopać. Do zwykłego zestawu mott i powiedzonek polecam środki rozmiękczające nerwy – np Neopersen. Drugim moim zamierzeniem jest certyfikat językowy z języka niemieckiego. No niby pikuś… chyba zadzwonię do Siostry. Nikt tak nie kopie w cztery litery, sponiewiera i nie zmobilizuje człowieka, by się ruszył.

Konkludując. Najlepszym poganiaczem leniwego niewolnika jest:
-dobrze rozbudowany telefon z zawsze aktualnym kalendarzem, przypominieniami i alarmami
-motto życiowe
-pół apteki na uspokajanie nerwów
-wredna, ale kochająca rodzina
-internet, gdzie można znależć masę pomysłów i odpowiedzi (wilk bardziej poznany jest mniej zębaty)

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 5, 2013 o 16:14

Hej Anno,

Wróciłem :) Neurotykiem powiadasz? 😉 Ileż to tajemnic wewnątrz siebie skrywamy. Uśmiechałem się szeroko czytając Twój komentarz. Masz bardzo pozytywny wpływ na mnie – chyba przede wszystkim na Twój dystans do siebie samej. Też tak mam w momentach kiedy wojna z wewnętrznym introwertykiem narasta.

Ja nienawidzę dzwonić i inicjować kontaktu z nowymi dla mnie osobami. Walczę z tym całe życie i jakoś mi się udaje 😉 Niektórym wydaje się nawet, że ja to lubię. Oświadczam uprzejmie, że nie lubię. Ten introwertyk nadal tam siedzi.

Tyle wyznań na chwilę obecną :)

Pozdrawiam serdecznie

Odpowiedz

Bru Wrzesień 5, 2013 o 11:17

Witam

Koncepcja strefy komfortu jest mi znana. Czy stosuję? Myślę, że wciąż niewystarczająco. Ciągle są to małe sukcesy, sukcesiki i denerwuje mnie to, bo wiem, że stać mnie na więcej. W kwestii finansów szybciej idzie mi spłata zadłużeń, niż oszczędzanie. Wychodzi na to, że moje cele oszczędnościowe są jednak marzeniami, bo żadnych konkretnych dat nie postawiłam i to muszę zmienić. Jedno jest pewne nie lubię stagnacji, rutyny, nudy, siedzenia dłużej w jednym miejscu. Ratuję się sportem i podróżami, dzięki temu nabieram dystansu. Łatwiej mi wtedy dostrzec co mogę i co powinnam zmienić.
Trzymam mocno kciuki za realizację postanowień.

Pozdrawiam Monika

Odpowiedz

Ania Wrzesień 5, 2013 o 11:30

Dzięki za zmobilizowanie mnie do uszczegółowienia marzenia i zamiany w cel. Twój wpis spowodował, że zrobiłam to z taką pozytywną energią :) Masz dar Michale

serdecznie pozdrawiam

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 5, 2013 o 16:17

Aniu,

Trzymam zatem wirtualnie kciuki żebyś ten cel osiągnęła.

Chciałem napisać, żeby „udało Ci się ten cel osiągnąć”, ale przypomniałem sobie, że sformułowanie „udało się” oznacza, że to wyszło przypadkiem – taki łut szczęścia. Pomniejsza rolę osoby. Skoro mi się udało, to równie dobrze mogło mi się nie udać… A przecież celów nie „udaje” nam się osiągać. My je osiągamy ciężką pracą (czasem nad sobą, czasem nad innymi, a czasem nad materią).

Więc po prostu życzę Ci osiągnięcia celu :)

Pozdrawiam!

Odpowiedz

MiGoo Wrzesień 5, 2013 o 12:32

Świetny, niesamowicie motywujący i dający do myślenia artykuł.

Ja akurat nigdy wcześniej nie korzystałem z określenia „wyjścia ze strefy komfortu”, ale stawianie wyzwań (na pierwszy rzut oka nierealnych, bądź ciężkich do zrealizowania w przeciągu chociażby jednego roku), jest na porządku dziennym :) Wszak najpierw są marzenia, potem cele (terminy !!!), a niedługo później realizacja. Z jedymi rzeczami się udaje („ogarnięcie” własnej działki ROD tak, że prawie nie przypomina tego co było na niej 5 lat temu [miało być szybciej, ale w sumie co nagle to po diable ;)]; oczywiście z pomocą żony :)), a czasami nie (regularne ćwiczenia – czas to w końcu zmienić), ale ogólnie chyba na plus 😉 Grunt by nie stać w miejscu za długo i ciągle działać i poznawać nowe rzeczy, a satysfakcja z tego będzie niesamowita :)

Akurat z żoną jesteśmy na etapie kupna mieszkania, co niektórzy mogą uznać za wręcz odwrotną czynność od opuszczania strefy komfortu, ale widzimy już, że raczej będzie to zdecydowanie w drugą stronę: chęć urządzenia mieszkania i zrobienia go po swojemu i to zdecydowanie własnymi rękoma (przynajmniej w jak największym stopniu) przemawia jednak za jej opuszczaniem: wszak nauczyć się remontować to chyba żadna filozofia – chociaż kto wie 😉 Czegoś nowego przynajmniej się człowiek nauczy :) Grunt, że motywacja jest :)

Pozdrawiam serdecznie! :)

Odpowiedz

Wrzesień 5, 2013 o 14:25

Moje zainteresowanie tematem zaczęło się od chęci, a bardziej konieczności oszczędzania, załatania dziury budżetowej, to był pierwszy blog tematyczny, na który trafiłam i który otworzył moje oczy – jeśli chcesz, dasz radę!
Michał zaczął moją falę zmian. Zainteresowałam się rozwojem w temacie oszczędzania i finansów, ale też osobistym. Cel – termin – realizacja = mały sukces, który pcha dalej.
Do dziś jestem mistrzynią w argumentacji na NIE, ale teraz już wiem, jak z tym walczyć, jak nie dać sobie samej siebie oszukiwać.
Zaczynam dzień od treningu, Jedno czego nie potrafię to podnieść się z łóżka na dźwięk budzika :), a pamiętam, pisałeś, że to najlepszy sposób, zawsze muszę te 5 minut odleżeć :), co nie przeszkadza mi jednak wstać ok. 5:50. Po 10 km (na razie) czuję się świetnie, to najlepszy sposób na pobudkę, a jeszcze nie tak dawno był to środek nocy :D.

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 5, 2013 o 16:21

O rany! Aś – nie wierzę :) Jeśli mam w tym swój udział, to bardzo znikomy. To Twoja zasługa :) Ale i tak mi fantastycznie, po tym co przeczytałem.

Idę – nie czytam więcej komentarzy, bo się za bardzo rozczulę 😉 Przerwa!

Pozdrawiam!

Odpowiedz

Wrzesień 6, 2013 o 13:39

Tak, tak, jesteś motorem moich przemyśleń i zmian, a historia Twojego powrotu do zdrowia jest bardzo budująca, daje nadzieję i wiarę, że chcieć to móc, nawet w najtrudniejszych momentach życia.
Jestem pewna, że to nie tylko moje zdanie.
pozdrawiam serdecznie :)

Odpowiedz

Emi Wrzesień 5, 2013 o 14:33

Świetny post! mege mega świetny!
Dzięki Tobie i temu co piszesz moje życie polepsza się finansowo. Mimo że zdecydowałam się na pół etatu by poświęcić czas na swoje pasje, udało mi się w końcu przez pół roku odłożyć na wakacje, czego nigdy nie zrobiłam przy pełnym etacie. Zaczynam też wychodzić ze swojej strefy komfortu czyli uczę się robić inne rzeczy niż bezsensowne klepanie danych przez 8 godzin dziennie, a mianowicie jak sprzedawać. Małymi kroczkami można zmienić wszystko. Dziękuję za Twojego bloga i całą pracę jaką w niego wkładasz!

Odpowiedz

Ola Wrzesień 5, 2013 o 14:45

Panie Michale, świetny artykuł jak zawsze!
W moim przypadku wiązało się to czysto z opuszczaniem znanej strefy kulurowej, czyli nietypowym kierunkiem studiów, serią stypedndiów w „dziwnych” krajach (np. Mongolia) a w końcu studiów na Tajwanie.
Uwaga, opuściwszy strefę komfortu może ciężko być się zatrzymać (i wrócić do kraju)

Odpowiedz

Sylwia Wrzesień 5, 2013 o 14:55

Michale,

od zawsze miałam niemalże fizyczną awersję do strefy komfortu i cały czas stawiałam sobie wysoko poprzeczkę i kontrolowałam cały czas poziom własnego zakotwiczenia się w nowej sytuacji (wyjazd po maturze na studia zagraniczne, które były niemałą szkołą życia, a jak tylko poczułam się zbyt komfortowo powrót do kraju po studiach do realizacji nowych celów, zbliżenie się do strefy k. i zmiana pracy, znów po pewnym czasie strefa k. bliżej, więc studia podyplomowe, … W końcu odpowiedź na najważniejsze pytanie życiowe i teraz kolejne wyzwanie, chyba największe wyjście ze strefy komfortu, jakie istnieje: spodziewamy się z mężem pierwszego dziecka! Łącznie z niedługą zmianą pracy będzie to największym skokiem w nieznane.
Jeszcze nie przeczytałam całego Twojego bloga, więc nie wiem, czy gdzieś może odnosisz się do publikacji Briana Tracy’ego, który mnóstwo już na temat celów, strefy komfortu, zarządzania sobą w czasie etc. opublikował (np. http://www.youtube.com/watch?v=jHMJhXWNrIA) – niewątpliwie pomógł mi ustrukturyzować swoje życie, zaszczepił inny typ myślenia i dał dużo motywacji. Jest ona kluczowa i wszystkim jej życzę!

Odpowiedz

Monika Wrzesień 5, 2013 o 17:04

Dzięki za artykuł.
Wydaje mi się, że też stoję przed dylematem – chcę zrobić coś dla siebie, ale wiąże się to z dużymi kosztami. Boję się co powiedzą inni, co powie rodzina. Mam wyrzuty sumienia, że jest to może „kaprys” i mogłabym inaczej spożytkować te pieniądze.

Odpowiedz

Enty Wrzesień 5, 2013 o 18:43

To, co przeczytałem, sam chciałbym napisać. To skonkretyzowanie tego, o czym myślę, to kwintesencja moich obserwacji i podsumowanie moich przemyśleń. Powiedzieć, że to mój drogowskaz, to mało. Jak przełamać się, nie bojąc się o przyszłość, jak zrobić to, co przez cały czas uważam za słuszne, ale otoczenie mówi mi, że to śmieszne/niedobre/głupie? Szacun i dzięki wielkie za kwintesencję tego, co sam chciałbym zrobić.

Odpowiedz

Aldona Wrzesień 5, 2013 o 20:52

Michał, napisz coś o sobie.
Wydaje mi się że skończyłeś matematykę wyższą, czy mam rację?
Pewien matematyk o imieniu Regimiusz napisał że tylko ludzie ze znajomością wyższej matematyki są zdolni do zrobienia czegokolwiek.
Cytuję: „Umiejętności humanistyczne, miękkie, są w zasięgu każdego”.
Chcę tylko potwierdzić co napisał Remigiusz, że jesteś matematykiem zawodowym i masz dyplom matematyka. Bo blog jest niezwykły, wiedza ogromna, musi to być matematyka. W informacjach o sobie nie napisałeś czy jesteś matematykiem i gdzie pracowałeś? To ważne, bo wydaje mi się, że kiedy zrezygnowałeś, może upaść cała korporacja. Z taką wiedzą matematyczną z pewnością trząsłeś tą korporacją.

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 5, 2013 o 21:04

Hej Aldono,

Dziękuję za komentarz, ale muszę Cię rozczarować :) Z wykształcenia jestem humanistą. Ścieżka była długa i wyboista. Studiowałem elektronikę na Politechnice Warszawskiej, ale po dwóch latach zdałem sobie sprawę, że to nie jest to i nie wyobrażam sobie „pracy w zawodzie”. Zastąpiłem trudne studia studiami prostymi, łatwymi i przyjemnymi – humanistycznymi na kierunku związanym z integracją europejską i Public Relations. To były studia licencjackie w fajnej prywatnej szkole wyższej, w której miałem okazję czerpać od takich mistrzów jak Daniel Passent, Longin Pastusiak i wielu innych wykładowców. A potem dokończyłem edukację na Uniwersytecie Warszawskim na wydziale dziennikarstwa i formalnie jestem magistrem Public Relations.

Co do mojej pracy, to pełną historię zatrudnienia znajdziesz pod ikonką LinkedIn w prawej kolumnie bloga.

A matematykę po prostu lubię. Nic więcej :)

Pozdrawiam!

Odpowiedz

Aldona Wrzesień 5, 2013 o 21:17

Też tak myślałam. Bo moim zdaniem matematyka jest trochę automatyczna. Każdy mże się tego nauczyć. Powiesz że to nie prawda, bo mieliśmy baranów w szkole. Tak to prawda, ale to tylko dlatego że nie robili zadań. Jeśli się rozwiązuje zadania, matematyka okazuje się najprostszą dziedziną. Właśnie humanistyka jest trudna, bo trueba myśleć.
Dziękuję że potwierdziłeś moje podejrzenia.
Mogę podać przykład. Ostatnio Robert Kiyosaki finansuje wejście na polski rynek.
Jeśli czytałeś jego książki, zauważyłeś że facet jest do kitu, cały czas powtarza jedno i to samo. Czujesz się dobrze czytając, ale to co napisał nie ma najmniejszego sensu.
Typowy humanista, umie ludziom przewracać w głowie.
Teraz dowód, dlaczego to co piszenie ma sensu.
Bo jeśli zarabia tyle na shares, po co płacić setki tysięcy dolarów i wchodzić na polski rynek. Przecież w swoich książkach pisze że nie musi już pracować.
Matematyk nie był by w stanie napisać takiej książki, bo poszedł by na łatwiznę i opublikował by wykresy ze stock exchange.

Odpowiedz

Lech Wrzesień 6, 2013 o 11:27

Aldona, jako matematyk z wykształcenia, nie mogę ani w kawałku się zgodzić 😉
Automatyczne jest rozwiązywanie zadań, gdy już pozna się odpowiedni schemat/algorytm. I to faktycznie robi się w szkole i każdy, gdyby włożył w to wystarczająco dużo pracy, jest w stanie się tego nauczyć. Natomiast matematyka wyższa niewiele ma z tym wspólnego. Najbardziej obrazowo mówiąc: studia matematyczne polegają głównie na wymyślaniu takich schematów/algorytmów a to już wcale nie jest proste 😉 Ale za to niesamowicie rozwijające :-)

Odpowiedz

Adi Wrzesień 5, 2013 o 22:52

Michał,
Zmieniasz ludzkie zycia. Proces nieodwracalny…
Cieszę się, ze trafiłem na Twoj blog, uwielbiam czytac Twoje wpisy i wprowadzam w zycie prawie wszystkie Twoje pomysły :)
Jak juz kiedyś wspomniałem, nie czuje się komfortowo z wpisywaniem komentarzy, ale robię to, zebyś czuł sie doceniany. Twoj blog jest jedyny, na ktorym sie udzielam.
Dzieki Twojej pomocy spłaciłem spore długi i zaczynam oszczędzać. Nie znałem róznicy miedzy marzeniem a celem, teraz wiem ze co muszę zrobić.
Potrzebuje pomysły co zrobic z nadwyzkami pieniedzy, bo lokaty kiepskie a jak kasa leży to kusi!
Jesli chodzi o ćwiczenia, to ja mam tak co roku, jak oglądam zdjecia z plazy :) ale podobnie jak Ty, tez zacząłem trening 100pompek. Moze zrobimy jakis zakład, zeby sie lepiej zmotywawac ??:)

Pozdrawiam Cie serdecznie. Czekam na wiecej wpisów. Dla mnie to lektura obowiązkowa.

BIG FAN

Pozdrawiam Cie serdecznie

Odpowiedz

MacDom Wrzesień 5, 2013 o 23:13

Dobry tekst. Moja obecna praca zagranicą w sumie jest wyjściem poza strefę komfortu. A dokładnie to, że w czasie pracy zawszę staram się coś robić, przygotować, poprawić, ulepszyć. Inni stoją i czekają, ja fizycznie już coś robię przez co potem oszczędzamy czas.

Poza tym wyjściem poza strefę komfortu jest na pewno jazda 10km (w jedną) po zakupy. Oszczędzam na autobusach, plus jestem niezależny. Ale fakt telepać sie z ciężkim plecakiem komfortowe nie jest.

To jak i inne doświadczenia z mojego życia mnie zahartowały, sprawiły że mało rzeczy jest dla mnie problemem. Jak widzę w kraju znajomych którym się nie chce zejść na parter aby otworzyć/zamknąć drzwi tylko proszą aby rzucić kluczę na balkon to widzę jak mocno są osadzeni w strefie komfortu.

Ostatnio prosiłem znajomego aby wpadł do mojej mamy coś naprawić. 2x prosiłem, nie wpadł, wieczorem zmęczony etc i nie chce mu się przejść 2 minut i poświecić 20 minut. Ciągle odwlekanie etc. Dodam, że jak ja byłem w Polsce to mu wiele rzeczy naprawiałem (PC etc) i na to szły godziny…

Uważam, że strefa komfortu łączy się z lenistwem. W wojsku nie byłem, ale rozumiem punkt widzenia wysyłania roczników do armii. Codziennie poranne pobudki, musztra, biegi, ćwiczenia, sprzątanie koszar to wszystko wychodzenie ze strefy …

Ja dzisiaj w Anglii spotykam ludzi którzy np. nie potrafią sprzątać (domu, toalety). Za młodu nie wyszli ze strefy i całe życie idą tym samym schematem…

Poza tym widzę że sukces zawodowy osiągają osoby które szybko musiały wyjść z „domowej strefy komfortu”. W wieku 19 lat iść pracować na magazynie, w weekend studiować aby po 7 lat zostać dyrektorem logistyki…

Moje zaplanowane (po przeczytaniu Twojego posta) wyjście ze strefy komfortu tu kupowanie codziennie angielskiej gazety (1km i powrót rowerem), dokładnie przeczytanie i przetłumaczenie. I tak do urlopu w Polsce (połowa października).

Dobry jest ten cytat, z celem i datą. Miesiąc temu postanowiłem że do urlopu w Polsce nie jem tutaj żadnego „pieczywa” (naturalnego chleba tutaj nie zaznałem). Data pomaga trzymać się planu. Plus wiem, że nie mogę się ani razu przełamać.

ps tysiące osób czyta (ten) blog(i), procentowi się chce skomentować, wysilić się, zebrać myśli i napisać…

Odpowiedz

Oszczędzanie Wrzesień 6, 2013 o 11:57

mam nieco inne podejście do tzw. opuszczania strefy komfortu – bardziej zimne i realistyczne

chyba szykuje się kolejna dyskusja :)

Odpowiedz

Przemek Wrzesień 6, 2013 o 12:42

Witam
Jak dla człowieka siedzącego w NLP – strefa komfortu i zagadnienia z nią związane są codziennością.
Wg mnie strefa komfortu to taka magnetyczna kula wokół nas – ze zmiennym polem.
Raz łatwo wychylamy nos za nią, a innym razem odbijamy się od jej ścian.
Musimy często nieźle namieszać w naszych mózgach , umysłach :) aby znaleźć słaby punkt kuli i się choć na chwilę badawczo wyrwać. A ta kula nas goni :) z każdym nowym doświadczeniem powiększa się i otula nas od nowa :) ale wizja :) a tylko dwie kawy wypiłem :)))))))))))))
W związku z oszczędzaniem moja kulka się powiększyła nieco dostarczając mi więcej miejsca. Trafienie na tego bloga już było niezłym przebiciem się przez ściany strefy komfortu :) że w końcu zacząłem coś w tym temacie działać. Odpowiedzialność za swoje życie , czyny miałem zawsze – i zawsze wychodzę z przekonania, że to my odpowiadamy za nasze czyny, działania. Zrzucanie odpowiedzialności na innych to złudna ulga. Co daje zrzucenie odpowiedzialności na kogoś?, dalej będziemy tkwić w tym g…. a ci inni będą to mieli gdzieś. Zatem odnosząc do siebie – sam wpędziłem się w długi, sam z nich wyjdę. Inni mogą ewentualnie pomóc, ale to ja gram główną rolę :)
Paradoksalnie wraz ze zmniejszeniem komfortu (zaciskanie pasa) rośnie komfort w innym miejscu (ulga mniejszego zadłużenia w moim przypadku i więcej zostaje w porftelu i poszerza uśmiech i zwiększa satysfakcję ) .Mógłbym tu dużo pisać. Tak więc SK to taka elastyczna kulka:)
Niezłym wyjściem ze strefy komfortu byłby skok spadochronem lub bungie – dla osoby mającej lęk wysokości :) np ja:)
Z moich najfajniejszych doświadczeń z wychodzeniem ze SK to udział w Firewalking :) gdy stoisz przez 10m ścieżką żaru i masz tam przejść gołą stopą. Pierwsze emocje obłędne!!!! :)
I jak już przeszedłem to…… mógłbym chodzić tam w kółko :)
Po Firewalkingu miałem tyle powera do działania, przez 10 lat wstecz bym tego nie uzbierał :) Tu mam takie fajne porównanie – jak ktoś ogłądał „Dzień Niepodległości” z Will Smithem. Efekt wywołany przejściem przez ścieżkę żaru można porównać do wpuszczenia wirusa do centrum zarządzania strefą i czasowym wyłączeniem jej działania. Mogłem sobie bezkarnie wychodzić poza :) W tym czasie mocno posunąłem się do przodu jeśli chodzi o rozwój :)
I tak na koniec. Ta strefa też jest nam potrzebna – i to bardzo :) Z jednej strony nas chroni, z drugiej ogranicza – a naszym zadaniem jest kształtowanie jej pod nasze potrzeby i aspiracje :)
Sorry może być chaotycznie trochę, bo jestem w pracy i co chwilę dopisuje coś :) Pozdrawiam

Odpowiedz

Iza Wrzesień 6, 2013 o 12:53

Witam :)
Od dłuższego czasu śledzę Twojego bloga i muszę powiedzieć że to świetny artykuł, zwłaszcza, że sama niedawno podjęłam decyzję o wyjściu z mojej strefy komfortu. Z tym zamiarem nosiłam się od pół roku, ale w końcu powiedziałam sobie „dość, trzeba działać, samo nic do mnie nie przyjdzie”. Zrezygnowałam z pracy, która nie dawała mi możliwości rozwoju, wręcz czułam się w niej na tyle znudzona, że po powrocie do domu nie miałam chęci ani siły na nic więcej. Moją chęć samorozwoju przekułam na działanie i codziennie staram się uczyć czegoś nowego, słuchać inspirujących ludzi i podążać za wyznaczonym celem :) który jest już sprecyzowany.
Dla mnie najważniejszym przy podejmowaniu decyzji jest jasno określony cel, kolejne kroki które muszę podjąć aby go zrealizować, silna motywacja na osiągnięcie celu i pasja :) To tak jak z odchudzaniem, w końcu trzeba sobie powiedzieć „czas na zmiany” i nie zastanawiać się dalej nad sensem tej idei tylko działać. Dobrym ćwiczeniem może być uczenie się nowej rzeczy, zdobywanie doświadczenia lub umiejętności, cokolwiek nam przyjdzie do głowy, z określonym czasem działania, np 30 dni. Świetna motywacja do pracy :) polecam

Odpowiedz

kamach06 Wrzesień 6, 2013 o 14:01

Brakowało mi nazwania tego czegoś co odczuwam od kilku miesięcy. Chyba właśnie „wychodzeniem ze strefy komfortu” była decyzja podjęta ponad rok temu, o tym żeby zacząć biegać choć do tej pory sportu unikałam jak ognia, podjęcie diety żeby w końcu zrzucić to co zaczynałam traktować jak normę (na razie -8kg) i w końcu podjęcie decyzji: „własna firma”, chociaż wszystko wokół mówi „nie dasz rady”. Czy się uda? Zobaczymy. Ale cieszy mnie już sama myśl o podjęciu tej decyzji. Pozdrawiam i dziękuję za superbloga.

Odpowiedz

Prawnik Wrzesień 6, 2013 o 17:03

Witam!

Fajnie że nie tylko ja w ostatnim czasie postanowiłem wyjść ze swojej strefy komfortu, lecz są na tym świecie inni ludzie którzy również postanowili „rzucić się na głęboką wodę”.
Powodzenia i wytrwałości wszystkim odważnym życzę!

Pozdrawiam serdecznie

Odpowiedz

Jacek Pastuszko Wrzesień 6, 2013 o 17:38

Trwanie w strefie komfortu nie prowadzi do niczego dobrego. Każdy kto oczekuje od siebie i od życia więcej, powinien robić wszystko żeby się z niej wydostać. Wystarczy ambitny plan i działanie w kierunku jego realizacji i już jednym susem jesteśmy poza strefą.
Dobrze zauważyłeś, że z czasem strefa komforty nas „dogania”. Trzeba wtedy znowu zrobić krok do przodu.
Ja dawno wyszedłem ze strefy komfortu gdy zrezygnowałem z dobrej pracy na etacie dla pracy na własny rachunek. Uważam, że było warto.
Pozdrawiam,
Jacek Pastuszko

Odpowiedz

Michał Wrzesień 6, 2013 o 20:19

Cześć!
Standardowo jak zawsze post, obszerny powalający na kolana. Pozostaje mi uścisnąć wirtualnie dłoń autorowi i pogratulować.
Comfort zone to znany termin i wielokrotnie używany w sieci, posiada masę swoich definicji, którą wybrałem? Własną, zrozumiałem jak bardzo istotne jest przekraczanie swoich granic i ustalenie priorytetów w życiu, aby móc do czegoś dążyć. Śmieję się w twarz osobą używającym, stwierdzeń typu „ale mi się dzisiaj nie chce”
Odpowiadając, że to tylko błędy jego złego mind setting’u – człowek, nawet nie ma motywacji, aby spytać o czym mówię. Polecam w tych tematach, Michała Pasterskiego, można się wiele nauczyć – nie mówiąc już o zagranicznych guru pokroju Tim Ferris.
Podobno „wchodzi w krew” nawyk w 21 dni, mi się sprawdza – nawet rzuciłem w ten sposób „niby” trudny nałóg, palenia papiersów. Myśl nad tym jak myślisz 😉 – warto.
ps. Michale, wiesz, że nadal czekam na e-mail’a ? 😉

Odpowiedz

KaYa Wrzesień 7, 2013 o 13:15

Moja strefa komfortu podlega okresowym moderacjom ,mniej więcej co 7 lat zaczyna mnie strefa komfortu mocno uwierac i wtedy dochodzi do dużych zmian w moim zyciu(praca , miejsce zamieszkania,życiowy partner,znajomi)w obecnej strefie jestem juz jakieś 5 lat i lapie się na tym ze coraz częściej myślę co by tu……;)

Odpowiedz

Arek Wrzesień 7, 2013 o 19:28

Przyjemnie się czyta, a scenka z filmu powala 😀
Jeżeli ktoś ma 4 min wolnego czasu to polecam sposób na „wdrożenie” czegoś nowego w nasze życie:
http://www.ted.com/talks/matt_cutts_try_something_new_for_30_days.html

Odpowiedz

Pola Wrzesień 7, 2013 o 19:33

Michale, czy wyjściem ze strefy komfortu jest rozpoczęcie oszczędzania? Póki co, spłaciłam kartę kredytową i od tego miesiąca zaczynam oszczędzać :)

Odpowiedz

Damian Wrzesień 8, 2013 o 20:38

Jakiś dwa lata temu spotkałem się określeniem „strefa komfortu”. Nie sądziłem, że w ogóle coś takiego istnieje. Oczywiście, że istnieje i każdy z ma z nią do czynienia. Sęk w tym, że jak chcemy zrealizować swoje cele, marzenia i osiągnąć sukces to cały czas należy wychodzi ze swojej strefy komfortu. Najciekawsze w tym jest to, że wystarczy to powtórzyć, te „przysłowiowe 21 razy” i stanie się to nawykiem :).

Michale korzystałem też z aplikacji 100 push-ups, przełamałem barierę 150 pompek (wcześniej nie sądziłem, że kiedyś zrobię 100 pompek…). Niemniej jednak porzuciłem tą aplikację na rzecz innego treningu, dzięki czemu mogę ćwiczyć jeszcze kilka innych mięśni :). Udowodniłem sobie, że systematyczność daje rezultaty i przekłada się to na każdą sferę życia – sport, biznes, pieniądze.

Jeżeli ktoś ma jeszcze wątpliwości, czy warto uprawiać sport – 25 powodów, dla których warto być w formie: http://lifehacking.pl/2013/04/10/25-powodow-dla-ktorych-warto-byc-w-formie/ . Ja sobie to wydrukowałem, zawiesiłem obok łóżka i zawsze jak nie chce mi się wstać rano poćwiczyć, to wystarczy, że przeczytam jedno, dwa zdania. Polecam :).

Odpowiedz

adam Wrzesień 8, 2013 o 22:26

Tak fajnie pisze sie. Ale ile razy sie ciezko zmotywowac.
Ten wie kto doswiadczyl.
Jak chcesz oszczedzic pieniadze [CENZURA]

Odpowiedz

TomekD Wrzesień 8, 2013 o 23:15

Witam panie Michale.
Przyzna się, że dał mi Pan dużo do myślenia, masakrując mnie czasami.
Pytanie : Czy w naszym życiu nie dążymy do zapewnienia sobie ,,komfortu „w finansach, życiu rodzinnym itp. Jeśli już to osiągniemy, to co…?
Mamy to zmienić?
A może nie przestawać się rozwijać ? Jeśli o rozwoju Pan pisze to trzeba chyba troszeczkę artykuł skorygować . (,,Po prostu żyjesz sobie z dnia na dzień, robiąc to co musisz. Tkwiąc w niej…)
Ps. Dziękuje jest Pan Niesamowity!

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 9, 2013 o 22:08

Hej Tomek,

Dziękuję za komentarz i pochwały :) Mam dla Ciebie propozycję: osiągnij najpierw kompletny komfort ze swoimi finansami, a potem daj mi znać i możemy się wspólnie zastanowić co zrobić żebyś nie utknął w strefie komfortu 😉

Pozdrawiam!

Odpowiedz

Tomek Wrzesień 9, 2013 o 19:53

Korzystając z możliwości zadania Ci pytania.
W jaki sposób generować raporty z programu Microsoft Money, aby wyglądały tak jak Twoje miesięczne zestawienie finansowe? :)

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 9, 2013 o 21:18

Hej Tomku,

Odpowiem Ci od razu tutaj: ja moje raporty „tuninguję” przed ich publikacją na blogu. Przygotowuję raport w Microsoft Money według szablonu „Monthly income and expenses”, a następnie eksportuję go do Excela (do CSV) i potem formatuję w tabelkę w Excelu. To co widzicie w raportach, to właśnie taki Excel.

Pozdrawiam :)

Odpowiedz

Sebastian Wrzesień 10, 2013 o 12:14

Cześć Michał,

Bardzo dobry wpis i bardzo ważny temat. Tylko jednak uwaga: nie obawiaj się siłowni! Wcale nie musisz się nadmiernie obciążać. Po prostu ćwiczysz według własnego planu. Chodzenie do siłowni ma tę ogromną przewagę, że zarówno miejsce jak i ludzie działają motywująco, podczas gdy w domu łatwo sobie odpuścić. Wychodząc na ćwiczenia do siłowni po prostu decydujesz się przeznaczyć na to pewien czas. Jasno wydzielasz na tę aktywność określoną część dnia/tygodnia. Musisz tam dojść, przebrać się etc. i w ten sposób naturalnie przełączasz się do właściwego trybu.

Pozdrowienia,
Sebastian

Odpowiedz

Adam Wrzesień 10, 2013 o 12:41

Michale kiedy podcast??? Obiecałeś, że będzie w zeszłym tygodniu 😛

Odpowiedz

Ravikg Wrzesień 10, 2013 o 14:26

Michał,

mam temat do „rozklepania”. pojawiły się terminale dla osób fizycznych – czyli teoretycznie mogę wypłacić sobie gotówkę z karty kredytowej przy prowizji 2,75% (oraz koszt zakupu terminala 399zł, na grouponie były po 299zł).

Równie teoterycznie mogę zrobić oscylator- spłacam kartę inną kartą lub tą samą – co prawda pewno mało mi się to opłaca (prowizja 2,75%)- jest też informacja że prowizja będzie od przyszłego roku drastycznie spadać (nawet do poniżej 1%). Czy można zbudować jakieś modele, które już teraz się będą opłacały? Przy jakiej wartości prowizji opłaca się oscylator? oczywiście można też pomyśleć nad innymi „oscylatorami”.

Pozdr,

R

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 10, 2013 o 23:45

Hej Rafał,

Śliskie 😉 Ale dziękuję za podrzucenie tematu.

Pozdrawiam!

Odpowiedz

Lech Wrzesień 11, 2013 o 10:07

Ravikg, nie potrzeba całego artykułu, żeby szybko ocenić opłacalność takiego mechanizmu :-)
Załóżmy, że wypłacasz pieniądze (kwotę K) w takim momencie, aby mieć gotówkę przez cały grace period, który zazwyczaj wynosi ok 54 dni. Przyjmijmy też w uproszczeniu, że prowizję spłacasz wraz z całą wypłaconą kwotą na koniec grace period.
Podsumowując: wypłacasz kapitał K, naliczana jest prowizja w wysokości p%, wpłacasz na konto oszczędnościowe ze stopą procentową r% rocznie.
Jeszcze jedno uproszczenie – pomińmy miesięczną kapitalizację odsetek, bo w tak krótkim okresie jest pomijalna.

Przez 54 dni stan Twojego konta oszczędnościowego urośnie do kwoty K*(1+r%*54/365) i żebyś wyszedł na zero, tak kwota musi być równa kapitałowi i prowizji do spłaty K*(1+p%). Czyli:
K*(1+r%*54/365)=K*(1+p%)
K + K*r%*54/365 = K + K*p% / -K
K*r%*54/365 = K*p% / :K
r%*54/365 = p% / *365/54
r% = p% * 365/54
czyli oprocentowanie konta oszczędnościowego musi wynieść około 6,76 * procent_prowizji aby pokrywać samą prowizję.

Załóżmy optymistycznie, że prowizja spadnie kiedyś do poziomu 0,5%. Wtedy potrzebujemy 3,38% na koncie oszczędnościowym aby ją pokryć. W obecnych warunkach można znaleźć konta oszczędnościowe z odrobinę wyższym oprocentowaniem ale i tak potrzebna byłaby karta z bardzo dużym limitem, aby w ogóle gra była warta świeczki.

Dodając do tego fakt, że bank pewnie będzie miał zastrzeżenia do sytuacji gdy cała kwota z karty kredytowej będzie znikała w regularnych odstępach czasu, nie wydaje mi się, aby ten pomysł miał przyszłość 😉

Ewentualnie miałoby to sens jako relatywnie tani kredyt gotówkowy.

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 11, 2013 o 13:07

Hej Lechu,

Miło Cię znowu widzieć. Dziękuję za komentarz i „rozklepanie” tematu :)

Pozdrawiam!

Odpowiedz

Ravikg Wrzesień 10, 2013 o 14:28
Michał Wrzesień 11, 2013 o 10:51

Bardzo fajny artykuł. Ja z wyjściem ze strefy komfortu taki znaczący miałem około 5 lat temu kiedy po objęciu stanowiska kierowniczego w oddziale banku musiałem się zmierzyć niezbyt dobrymi wynikami sprzedażowymi. Moje działania nie odbiegały wówczas od działań podejmowanych przez moich byłych przełożonych. W końcu postawiłem na prowadzenie szkoleń pracownikom, choć nigdy przed grupą wcześniej nie stałem, postawiłem na indywidualny coaching… to było wyjście z jakieś strefy komfortu, które zaprowadziło mnie do zarządzania większym oddziałem. I choć już tam nie pracuję to dużo z tego czasu wyniosłem i na pewno poszerzyłem swoją strefę komfortu. Teraz stoję przed kolejnym wyzwaniem, które spowoduje poszerzenie strefy. Poszukiwanie pracy i wychodzenie z długów na pewno będzie wymagało kolejnych kroków naprzód.

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 11, 2013 o 13:04

Dziękuję Michale za komentarz. Co do ostatniego zdania, to zdecydowanie polecam Ci dalszą lekturę bloga :)

Pozdrawiam!

Odpowiedz

Gosia Wrzesień 11, 2013 o 23:14

Temat bardzo fajny (jak kazdy zreszta), ja polecam filmik TED z Jackiem Walkiewiczem „Pelna moc mozliwosci” http://www.youtube.com/watch?v=ktjMz7c3ke4
Wciaz mi w glowie, ze stabilizacja motylka to szpilka 😉
A na serio to warto wychodzic poza swoja strefe komfortu, zawsze warto bo jesli nawet zaryzykowalismy i stracilismy finansowo to na pewno zyskalismy doswiadczenie (bezcenne). Pozdrawiam.

Odpowiedz

Ewa Wrzesień 13, 2013 o 09:25

Michale,
czytam Twój blog od jakiegoś czasu i to jest mój pierwszy komentarz.

Jeśli chodzi o duże sprawy, które wymagały wyjścia ze strefy komfortu, to 1,5 roku temu zrezygnowałam ze znakomicie płatnej pracy na etacie. Jedyną rzeczą, która mnie tam trzymała w końcowym okresie, były pieniądze, które w obliczu stresu i pracy niedostosowanej do predyspozycji stały się nieistotne. Przez 10 m-cy nie pracowałam i to był świetny czas. Czas przemyśleń, regeneracji, realizacji różnych planów, na które wcześniej brakowało czasu… Teraz, od pół roku pracuję w małej firmie (mam własną działalność), w zupełnie innej branży, na zupełnie innym stanowisku, za 1/3 poprzedniego wynagrodzenia i w końcu czuję, że jestem we właściwym miejscu :-) Z perspektywy uważam, że to był świetny wybór.

Ze spraw mniejszych – pod wpływem Twojego bloga, otworzyłam konto z money back w getin i zamykam konta w dotychczasowym banku. Coś do czego nie byłam w stanie zmusić się przez ostatnie miesiące.

Prowadzisz bardzo wartościowego bloga i bardzo Ci dziękuję za inspirację i mnóstwo pożytecznych informacji.

Pozdrawiam serdecznie
Ewa

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 13, 2013 o 18:12

Hej Ewo,

Bardzo serdecznie witam Cię na blogu i dziękuję, że podzieliłaś się swoją historią. Szczerze gratuluję determinacji w szukaniu sobie lepszego miejsca. Twój przykład pokazuje, że niektórym z nas skutecznie udaje się uwolnić ze „złotej klatki” i bardziej cieszyć się życiem za znacznie mniejsze pieniądze.

Jak zapewne wiesz, ja również jestem na tej „ścieżce”, o czym i mówiłem w podcastach (WNOP 007) i pisałem na blogu.

Miło, że się odezwałaś i proszę o więcej 😉

Pozdrawiam serdecznie

Odpowiedz

Jan Martenka Wrzesień 15, 2013 o 19:42

dokładnie, prosto się pisze, mówi o wychodzeniu ze strefy komfortu, a jak przyjdzie co do czego to człowiek jest takim istnieniem któe od razy szuka mnóstwa wymówek
i to niestety ma 80% ludzi, albo więcej

Odpowiedz

Grzesiek J. Wrzesień 16, 2013 o 12:05

Nie wiem czy to dobry przykład, ale ja wczoraj wyszedłem ze strefy comfortu, robiąc obiad – tortillę hiszpańską. To duży sukces, biorąc pod uwagę, że moje umiejętności kulinarne sprowadzają się do ugotowania jajka, zrobienia jajecznicy czy schabowego z ziemniakami :)

Odpowiedz

Jan Martenka Wrzesień 26, 2013 o 07:39

trzeba wychodzić ze strefy komfortu jeżeli chcemy się czegoś nauczyć, jeżeli stawiamy sobie ambitne cele. Zachęcam wszystkich współpracowników, swoje dzieci do tego żeby wychodziły ze strefy komfortu i ćwiczyły to w każdej niemal sytuacji :)

Odpowiedz

Joanna Wrzesień 27, 2013 o 15:36

Drogi Michale!

Trafiłam na Twojego bloga ponad miesiąc temu i zbierałam się , żeby napisać o zmianach do których lektura mnie zainspirowała. I podziękować za tego pozytywnego kopniaka :). Po takim artykule nie mogłam odłożyć tego na „kiedyś” – jak „do it” to „do it” :)

Dzięki Twojemu blogowi udało mi się wreszcie zacząć porządki w moich domowych finansach. Poczułam dzięki temu, jakim dyskomfortem była ta „strefa komfortu” którą zaczęłam opuszczać. Od długiego czasu czułam się sfrustrowana faktem, że sobie z własnymi pieniędzmi nie radzę, że mnie nie stać na to czy tamto. Minął pierwszy miesiąc, podczs którego po raz pierwszy w życiu skrupulatnie notowałam wydatki i które na koniec miesiąca równie skrupulatnie przeanalizowałam. Także podczas tego miesiąca część skromnych oszczędności trzymanych dotychczas na bardzo nisko oprocentowanym koncie oszczędnościowym przerzuciłam na krótoterminową, ale oprocentowaną korzystnie lokatę i założyłam nowe, lepiej oprocentowane od poprzedniogo, konto oszczędnościowe. Nauczyłam się także, żeby muszę kupować większych ilości jedzenia na zapas i bardziej się motywuję do gotowania w domu :) Przeanalizowałam też na kilka miesięcy wprzód czekające mnie wydatki, dzięki czemu widzę wreszcie, ile środków mogę mieć do zagospodarowania na inne cele, o ktorych być może nawet nie ośmielałam się myśleć, przekonana, że i tak mnie nie będzie stać (i znowu frustracja, i tak w kółko).

Teraz jestem dumna z siebie i zadowolona z piewszych efektów :)) Dziękuje Ci Michale za mądre artykuły i wszystkim czytelnikom za komentarze, które uważnie czytam i w ktorych znalazłam wiele wartościowych i inspirujących rad, na które sama nie wpadałam, a teraz wydają mi się oczywiste i takie sprytne! 😉 Najfajniejsze jest to, że te pierwsze sukcesy budzą we mnie chęć do dalszych zmian w budżecie i sposobie myślenia. Ale suuuuper! :)

Dzięki raz jeszcze! Pisz Michale dalej!

Odpowiedz

Darek Wrzesień 27, 2013 o 21:46

Ze szkolnej gazetki Pani psycholog „Lenistwo jest murem, za którym jest Twoje marzenie” – marzenie z datą, cel.
Trzymasz kciuki za Wolnego, ja trzymam za Ciebie. Powodzenia.

Odpowiedz

SylwiaOliwia Wrzesień 28, 2013 o 16:00

Michale!

Mam 19 lat, strefę komfortu opuściłam w wieku 15 lat (poszłam rok wcześniej do szkoły) gdy wyprowadziłam się do zupełnie obcego miasta, mieszkałam na stancji, sama gotowałam, robiłam zakupy, do tego dochodziła nauka w jednym z najlepszych liceów w województwie. Przeskok niesamowity- ze wsi do miasta. Nie wiedziałam nawet, jak czytać rozkład PKS. Rodzina miała mnóstwo obiekcji: zacznę pić, nie będzie nade mną kontroli. Ja wiedziałam czego chciałam, uparłam się i postawiłam na swoim.

Bałam się okrutnie ale miałam motywację: chcę w przyszłości zarabiać na tyle, aby utrzymanie nie spoczywało na barkach mojego męża (wówczas nawet nie miałam kandydata ;).
Po kilku tygodniach rozważałam powrót w rodzinne strony, ale pomyślałam: „jeżeli nie teraz, to i tak przeżyję ten sam stres na studiach”. Nie poddałam się, ukończyłam liceum z kiepską średnią i rewelacyjnymi wynikami na maturze :)

Po liceum postanowiłam ponownie wyjść ze strefy komfortu- zrobić sobie Gap Year. Tu pojawiły się kolejne obiekcje rodziny: nie będę chciała wrócić na studia, zapomnę, czego się nauczyłam, rozleniwię się. Czyli: nie wychylaj się, gdy masz dobrze.
Gdybym chciała wziąć rok wolnego „bo tak” zgodziłabym się z nimi. Ale po ukończeniu liceum i zarazem 18lat chciałam rozwijać swoją pasję- ornitologię. Jeździłam po całym kraju, czasem wędrowałam 6 km z 12-kilogramowym plecakiem, niekiedy wstawałam o 2.00, marzłam, mokłam, spałam w namiocie w listopadzie, przez tydzień jadłam chleb z konserwą. Komfortowo nie było :) ale wiedzy którą zdobyłam nic nie zastąpi, żadna uczelnia ani książka. Znalazłam dziedzinę, w której chcę się rozwijać. Nie żałuję ani chwili :)

Teraz powracam do mojej strefy komfortu- właśnie siedzę w busie i jadę na studia :)
Ale nie na długo- moim celem jest maksymalnie napięty grafik. Może być ciężko i bezsennie, ale wolę zrezygnować z czegoś po miesiącu, niż wyjść z założenia że nie dam rady.
Motywacja: mnóstwo wspomnień na emeryturze :)

Podsumowując: Wyjście ze strefy komfortu jest pasjonujące. Bywa ciężko, ale efekty dają satysfakcję :) tysiące nowych doznań, człowiek dosłownie rodzi się na nowo i zaczyna żyć. Mnie opuszczanie strefy komfortu… uzależniło :)

I jeszcze jedna rada dla innych: warto próbować, co najwyżej może się nie udać :) Czyli… co najwyżej wasze życie wróci na standardowy tor.

Pozdrawiam i czekam na kolejne artykuły
Sylwia

Odpowiedz

Adi Październik 23, 2013 o 08:47

Po przeczytaniu tego wpisu, czyli 4 wrzesnia, zacząłem pić gorzką kawę i herbatę, wcześniej słodziłem 2,5 łyżeczki :)
minęło już 7 tyg, a mi dalej nie smakuje gorzka i marzę, żeby napić się słodkiej :):)
Reguła 21 dni u mnie nie zadziałała, a może w przypadku nawyków żywieniowych to działa inaczej :(

Pozdrawiam

Odpowiedz

Michał Szafrański Październik 23, 2013 o 10:44

Hej Adi,

Myślę, że jest to kwestia mocno indywidualna. Poza tym nikt nie gwarantuje, że gorzka kawa będzie smakowała kiedykolwiek :) Może pora przestać ją pić 😉

Pozdrawiam!

Odpowiedz

HUB Październik 29, 2013 o 15:17

Wszystko fajnie jak widać światło w tunelu. Ja nie potrafię wybrać planu. Zawsze żałuję. …ale nie o to chodzi. Jak człowiek jest oszczędny, wszystko na minimum w sensie wydatków na siebie czy rodzinę to zaczyna brakować powietrza na podążanie w ta stronę.
Zawsze kompromisy, nie da się się mieć niczego co by się chciało. Wiem że są ludzie którzy cieszą się z tego jak świat jest zbudowany i z tego co sobie kupią, ja jestem za wymagający i tylko jak coś trafi 100% w mój gust to dopiero jest zadowolenie. ..wyjść ze strefy komfortu, tylko w która stronę. Czego nie zacznę analizować to jest nieopłacalne. Cel musi być namacalny. A ograniczanie siebie w sytuacji gdzie wszystko ogranicza jest samobójstwem własnej psychiki. ..żeby nie było ze leniwy jestem, jak wiem ile zarobie to robię to szybko. Motywacja do wyjścia i do ryzyka jak nie ma celu..

Odpowiedz

Anna Listopad 5, 2013 o 22:07

Pojęcie strefa komfortu było mi znane od dawna. Od miesiąca intensywnie snuję w głowie plan dla mojego Projektu. Póki co jeszcze nieśmiało. Ale dopiero dzisiaj, czytając Twój tekst (i pewnie w efekcie intensywnego miesięcznego snucia planów), zdałam sobie sprawę, jak mocno tkwię w swoich strefach komfortu. Teraz wiem, że trzeba je będzie porzucić. Witaj przygodo 😉
Dzięki za ten tekst. Ja czytam motywacyjne a mój mąż o oszczędzaniu, Pozdrawiamy :)

Odpowiedz

Michał Szafrański Listopad 7, 2013 o 07:24

Hej Anna,

Dziękuję za komentarz i cieszę się, że mogłem jakoś pomóc.

Pozdrawiam Was serdecznie

Odpowiedz

Michal Listopad 7, 2013 o 12:53

Witam,

ciekawy artykuł dobrze mi się go czytało :) . Sam na swoim blogu http://www.twojetat.pl napsiałem podobny

Odpowiedz

Michal Listopad 7, 2013 o 12:54
Pawel Grudzień 19, 2013 o 19:57
Michał Marzec 1, 2014 o 01:37

Uwielbiam takich mędrców i ekspertów życiowych, na każdą sprawę sto porad i wszystko wiedzą najlepiej.. Kojarzy mi się to z ludźmi, którzy sami nie umieją żyć i gubią się w tym wszystkim i leczą się w ten sposób, że dają rady innym..

Odpowiedz

Mania Kwiecień 30, 2014 o 00:54

Trafiłam na ten blog parę godzin temu i nie mogę się oderwać:) Szukałam informacji o racjonalnym oszczędzaniu wody a kończę na refleksji i podsumowaniach ogólnożyciowych -dzięki! W ciągu niecałego roku udało mi się (a właściwie nam wspólnie z mężem) przekroczyć kilka naszych stref komfortu i zrealizować to, co jeszcze niedawno pozostawało w sferze marzeń.
W wielkim skrócie:
– przeprowadzka do innego-większego miasta, do wynajmowanego mieszkania a swoje na kredyt oddane w najem (Co się okazało o dziwo korzystne finansowo, gdyż teraz wynajmujemy ciut mniejsze i ciut starsze, ale w podobnym komforcie użytkowania na co dzień. Mało tego, mąż po przeprowadzce zaczął dojeżdżać z kolegą, dzieląc koszty i unikając nielubianego prowadzenia auta)
– rzucenie znienawidzonej pracy u wykorzystującego pracodawcy miesiąc po podpisaniu umowy na czas nieokreślony (bardzo odżyłam wówczas psychicznie a w czasie miesięcznego zaległego urlopu wyjechaliśmy na wakacje, zrobiłam naszemu przedszkolakowi dłuższy pobyt z mamą, ku jego uciesze i znalazłam nową, lepiej płatną pracę)
– potem zajście w ciążę, świadome i dobrowolne :p (Mimo ewidentnego zespołu stresu pourazowego po porodzie, bagażu ciężkich początków z macierzyństwa naszego pierworodnego – i to jest chyba w tych zmianach ta, którą odbierałam za najtrudniejszą i prawie niemożliwą do podjęcia decyzję)
Stawianie sobie wyzwań i ich realizacja im trudniejsza – tym bardziej rozwija.

Odpowiedz

Barbara Styczeń 9, 2015 o 08:31

Jako fizjoterapeuta podpowiem Ci jedno: nie rób brzuszków! Doprowadzają one do dyskopatii, a mięśnie brzucha nie są ćwiczone efektywnie. Polecam rzeźbić brzuch robiąc deskę (plank) i wszystkie jej urozmaicenia dla zabicia monotonii 😉

Odpowiedz

Kaśka Styczeń 9, 2015 o 14:49

Jest taki Pan, znany dość mocno i nazywa się Bear Grylls. Gardzę większością jego ‚wytworów’ i tymi pretensjonalnymi książkami, ALE napisał w nich jedną baaaaardzo fajną rzecz, która ma jakąś część wspólną z tym, co napisałeś. Kontekst tego stwierdzenia dotyczył wprawdzie ćwiczeń fizycznych, ale myślę, że spokojnie można to rozciągnąć na dowolne inne czynności:

„Zmuś się na 10 minut. Idź na zewnątrz i pobiegaj przez 10 minut. Jeśli po 10 minutach Ci się odechce to wróć do domu. Jest jednak duża szansa, że jednak się ‚rozbiegasz’ ” :)

Odpowiedz

Kamila Kwiecień 3, 2015 o 09:46

Dla mnie największym wyjściem ze strefy komfortu było rzucenie starej pracy (słabo płatnej i bez możliwości brania płatnego urlopu, ale za to pewnej), wyprowadzka od rodziców i wyjazd do innego miasta – po to aby znaleźć i podjąć lepszą prace w zupełnie nowej dla mnie specjalizacji i bez doświadczenia zawodowego w tej branży, przy okazji nie mając w nowym mieście żadnej rodziny ani znajomych. Kilka rewolucyjnych zmian za jednym razem.

Do tego od momentu podjęcia takiej decyzji do realizacji minął niecały miesiąc, dzięki czemu nie zdążyłam utonąć w swoich wymówkach i obawach, jedynie doprowadziłam do zszokowania rodziny i byłego pracodawcy. 😉

Teraz uważam to za najlepszą decyzję jaką podjęłam w życiu. Gdybym miała zrobić coś takiego ponownie – bułka z masłem. :)

Odpowiedz

Katarzyna Kwiecień 3, 2015 o 10:30

Ja ostatnio wyszłam kiedy dołączyłam do scholi. Wydaje się głupie,.ale po zmianie miejsca zamieszkania nie mialam znajomych a do tego uwielbiam śpiewać. Poszłam na spotkanie po milionie wymowek i jednym argumencie ‚jutro będziesz żałować że zmarnowałas dzień na oglądanie telewizji’. Poszłam i powiem wam że nic mnie nie zjadło a wręcz przeciwnie :-)
Moje pierwsze wyjście to wiązało się z wyjazdem za.granice na rok. Niby z narzeczonym ale.. Juz po przylocie jak zobaczyłam smutna Anglię zaczęłam marudzić. Po dwóch tygodniach przestałam płakać po pół roku nie chciałam stamtąd wyjeżdżac..
Za każdym razem jeszcze nie mogę się przełamać przy głupim kupowaniu biletu w mpk. Nie wiem czemu

Odpowiedz

Katarzyna Kwiecień 3, 2015 o 10:32

Ja ostatnio wyszłam kiedy dołączyłam do scholi. Wydaje się głupie,.ale po zmianie miejsca zamieszkania nie mialam znajomych a do tego uwielbiam śpiewać. Poszłam na spotkanie po milionie wymowek i jednym argumencie ‚jutro będziesz żałować że zmarnowałas dzień na oglądanie telewizji’. Poszłam i powiem wam że nic mnie nie zjadło a wręcz przeciwnie :-)
Moje pierwsze wyjście to wiązało się z wyjazdem za.granice na rok. Niby z narzeczonym ale.. Juz po przylocie jak zobaczyłam smutna Anglię zaczęłam marudzić. Po dwóch tygodniach przestałam płakać po pół roku nie chciałam stamtąd wyjeżdżac..
Za każdym razem jeszcze nie mogę się przełamać przy głupim kupowaniu biletu w mpk i pociągu . Nie wiem czemu ale wydaje mi się że coś źle zrobię i będą wszyscy się że mnie śmiać. Hah.
Teraz takie najbliższe wyjście planowane czeka mnie żeby pójść na badania lekarskie. Okropnie boję się że coś będzie nie tak a przecież nic mi nie jest nie? 😉

Odpowiedz

Katarzyna Kwiecień 3, 2015 o 10:34

Reasumując teraz mogę jechać na koniec świata i nie boje się niczego. A wyjście do obcych niestety nadal mnie napawa głupim lekiem haha 😀

Odpowiedz

Lucas Mikuc Kwiecień 3, 2015 o 10:43

Na czasie przeczytałem Twój tekst, Michał. Dzięki! Kolejny kopniak motywacji do dalszego działania. A na Twoje pytanie odpowiadam: wyszedłem ze strefy komfortu w moje urodziny kilka dni temu, spełniając swoje – od kilku miesięcy zapowiadane – postanowienie. Powołałem do życia wreszcie własnego bloga i zaczynam zabawę :)
Pozdrawiam serdecznie!

Odpowiedz

Max Kwiecień 3, 2015 o 23:29

Kiedyś pewien Holenderski pisarz napisał ” życie jest jak jazda na rowerze, aby utrzymać równowagę, trzeba cały czas pedałować do przodu” to właśnie kiedy poruszamy (rozwijamy ) sie do przodu, jesteśmy szczęśliwi, radośni…

Odpowiedz

Robert Kwiecień 4, 2015 o 20:46

Dobry jest opis, że nie chcesz żeby dzieci nie miały taty nie-wymoczka ;-)) I jak z tym ci idzie – udało się nie być wymoczkiem? To słowo mi się spodobało!

Odpowiedz

Janek Kwiecień 10, 2015 o 23:01

Bardzo podoba mi się położenie nacisku na to, że trzeba wybierać cele, za którymi coś się kryje, a nie po prostu sobie je wyznaczać (niestety, ostatnio poznałem wielu takich ludzi).

W kwestii „strefy komfortu” mnie kiedyś naszło, że czemu wszyscy mówią o tym, że trzeba ją opuszczać. Przecież jeśli już poświęcam energię na to, żeby ją zbudować, to chyba po to, żeby czuć się w niej komfortowo, a nie szukać tylko okazji, żeby z niej zniknąć. Po jakimś czasie doszedłem do przemyśleń w tym temacie, które zamieściłem we wpisie: http://www.operator-paramedyk.pl/2015/01/29/kazdy-dzien-to-operacja-specjalna/ . I życzę czytelnikom tego bloga, żeby ich dnie też były operacjami specjalnymi.

Odpowiedz

magdalena Październik 9, 2015 o 13:46

:) świetne

Odpowiedz

Przemo Listopad 11, 2015 o 13:45

Dzięki za kolejny świetny artykuł. Także podzielę się swoimi doświadczeniami.

Również mam swoje strefy komfortu – fajnie byłoby mieć tylko jedną :) jestem z natury introwertykiem i bardzo nieśmiałym gościem, który ma problem odezwać się w nowym towarzystwie. Ciekawe że w trakcie studiów dostałem pracę na słuchawce (sprzedaż, dzwonienie do klienta) i genialnie wyszedłem z tej strefy komfortu – wygrywałem minikonkursy, i nie chwaląc się prowadziłem jedne z najlepszych i najdłuższych rozmów (rekord to ze dwie godziny z klientem, który prowadził w międzyczasie:) ), które nawet były przedstawiane jako wzorowe przy szkoleniu nowych pracowników. Przy okazji ćwiczyłem sterowanie głosem, rozbijanie obiekcji, argumentowanie swoich racji i negocjacje. Podczas obrony pracy dyplomowej przewodniczący komisji pogratulował tego jak przeprowadziłem prezentację. To efekt wyjścia z tej strefy komfortu.

Kolejne – dokładnie rok temu przeprowadzka do innego miasta, piękny Gdańsk, ale wielki minus to brak znajomych. Co prawda z tym jeszcze walczę i tutaj totalnie nie potrafię się odnaleźć. Ale udało mi się znaleźć pracę, która jest moją pasją. Wyjazd i taki nowy rozdział to na tę chwilę jedna z moich najlepszych decyzji.

Kolejna sportowa – mam nadwagę, nie lubiłem aktywności fizycznej. Ale parę lat temu kolega namówił mnie na wspólne bieganie. Nie żałuję tego i biegałem dopóki nie rozwaliłem sobie kolana. Teraz mam nadal blokadę przed bieganiem (nadal coś boli, do tego nadal nadwaga). Przekonałem się do roweru i mam plan odzyskać formę i wrócić do biegania po zrzuceniu paru kilogramów. Bo już wiem jakie jest fantastyczne.

Ludzie wychodźcie ze strefy komfortu i poszerzajcie ją. Nowy, wspaniały świat czeka :) Powodzenia!

Odpowiedz

Piotr Styczeń 16, 2016 o 00:25

Ostatni raz wyjście ze strefy komfortu. Październik 2014… W czerwcu 2015 było mnie 35kg mniej. Teraz rozpisany jest harmonogram i kosztorys następnego celu. Stwierdziłem, że do takich rzeczy trzeba mieć ppdejście jak do projektu. Przygotowujesz składowe projektu, planujesz i ten plan realizujesz. Powodzenia życzę wszystkim.
Ha… Właśnie przypomniałem sobie jeszcze jedną rzecz. Od 10 marca 2015 biegam. Trzy razy w tygodniu. To było wyjście ze strefy komfortu. Gdyby wcześniej ktoś mi powiedział, że będę biegał, to bym się dłuuugo śmiał. Kutro parkrun. Fajny, bo ze śniegiem.

Odpowiedz

desamparada Styczeń 16, 2016 o 15:24

Moje wyjście było trudne ale jest ich kilka :) zawsze bałam się mówić odzywać jestem typem introwertyka :( ale kocham śpiewać mam głos i słuch do tego zaczęła ćwiczyć śpiew :) kolejna rzecz kupowałam od cholery kosmetykow przez YouTube i z bólem serca ich sprzedaż. Kolejne wyście dla mnie ważne nie daje się uderzyć umiem stawiać granicę i nie daje się prowokować i jedna z ważnych rzeczy mam gdzie uwidaczniac moją wrażliwą naturę i mam bloga w którym piszę o emocjach i miłość do księdza kolejna rzecz garbie się i tancze by poprawić postawę:)

Odpowiedz

Ania Styczeń 17, 2016 o 03:52

W stu procentach zgadzam się z tym co napisałeś!
Należy rozszerzać strefę komfortu poprzez wyznaczanie sobie nowych wyzwań.
Pochwalę się moim ostatnim osiągnięciem. Całe życie bałam się wystąpień publicznych, w ubiegłym roku jednak dostałam szanse wygłoszenia referatu na międzynarodowej konferencji. Do ostatniej chwili się wahałam czy pojechać, zdecydowałam się jednak to zrobić. Kosztowało mnie to kilkanaście dni podświadomego strachu, nie spokojnego snu, a kiedy przyszedł ten dzień, wszystko poszło idealnie i poczułam jak moja pewność siebie i moich umiejętności wzrosła. Teraz nie odczuwam strachu, raczej szukam kolejnego wyzwania tego typu. A więc warto wychodzić ze strefy komfortu!

Odpowiedz

Dodaj nowy komentarz

{ 2 trackbacks }

Poprzedni wpis:

Następny wpis: