Informacje o nowych artykułach i sposobach oszczędzania pieniędzy prosto na Twój e-mail

    

Ile zaśpiewać? – czyli jak określić swoje wymagania finansowe

przez Michał Szafrański dodano 19 lutego 2015 · 94 komentarzy

Ile zaśpiewać czyli jak określić wymagania finansowe

„Ile Pani / Pan chce zarabiać?” – to chyba najtrudniejsze pytanie, jakie słyszymy w procesie rekrutacji. Warto znać precyzyjną odpowiedź.

No przecież każdy kto szuka pracy lub stara się o podwyżkę wie, że pytanie o oczekiwane zarobki musi paść. A jednak wiele osób słysząc je wzdycha, przewraca oczami, ucieka wzrokiem lub zaczyna niebezpiecznie (dla siebie) kombinować z odpowiedzią.

Jeśli dobrze przygotowaliśmy się do rozmowy kwalifikacyjnej i w naszym odczuciu konwersacja miała dobry przebieg, to powinniśmy już mieć przygotowany “grunt” do określenia naszych oczekiwań finansowych. Żeby je jednak podać – trzeba się wcześniej przygotować i uczciwie odpowiedzieć sobie na dwa pytania: ile musimy zarabiać żeby przeżyć i ile chcielibyśmy zarabiać w optymalnych dla nas warunkach.

Dzisiaj spróbuję Wam podpowiedzieć, jak wyliczyć obydwie te kwoty i w jaki sposób możecie próbować wyceniać siebie na rynku pracy. Weźcie jednak poprawkę na to, że nie jestem żadnym ekspertem w tej dziedzinie. Dzielę się tylko swoimi przemyśleniami, które nie muszą mieć wiele wspólnego z Waszą rzeczywistością.

Zapraszam do lektury. :)

Ten wpis powstał w ramach komercyjnej współpracy z serwisem www.zarobki.pracuj.pl, czyli porównywarką zarobków online. To przydatne narzędzie, które umożliwia zestawienie własnej pensji z zarobkami innych osób pracujących w konkretnej branży, w danym regionie.

Wypełniając prosty formularz, możemy łatwo i szybko przekonać się, czy zarabiamy dużo czy mało w porównaniu do innych pracowników na podobnym stanowisku. Dzięki temu możemy rzetelnie przygotować się do negocjacji wysokości pensji. Bezpłatne raporty zarobków powstają w oparciu o zweryfikowane dane pochodzące od ponad 900 tysięcy Polaków, którzy już skorzystali z serwisu.

>>> Sprawdź, na ile wycenia Cię rynek pracy <<<

Perspektywa pracodawcy

Czy pamiętacie wpis “Jak negocjować wynagrodzenie? 8 przemyśleń pracownika, szefa i przedsiębiorcy”? Tam wcielałem się w różne role, m.in. szefa i przedsiębiorcy, który próbował rekrutować pracowników. Dzisiaj zacznę od tej perspektywy.

Sprawa jest bardzo prosta: w zdecydowanej większości przypadków firma rekrutująca osobę na konkretne stanowisko wie, jaki całkowity koszt może ponieść. W przypadku korporacji są to konkretne “widełki” zarobków dodatkowo wzbogacone o benefity pracownicze. W przypadku mniejszych firm pakiet może być uboższy, ale nadal wszystko sprowadza się do całkowitego kosztu danego stanowiska.

Skąd pracodawca wie ile powinien pracownikom płacić? Mówiąc w dużym uproszczeniu korzysta z tych samych źródeł informacji o wynagrodzeniach, co kandydat do pracy. Jedyna różnica jest taka, że być może ma dostęp do bardziej szczegółowych raportów wynagrodzeń – zwłaszcza jeśli za nie zapłaci. Gdy firma nie prowadzi rekrutacji samodzielnie lecz korzysta z usług agencji pośrednictwa pracy, to często właśnie od niej ma informacje o parametrach danego stanowiska oraz wysokości pensji oferowanej przez konkurencję i oczekiwanej przez kandydatów.

Na niektórych stanowiskach obowiązują “widełki”, a na innych – np. związanych ze sprzedażą – podejście może być zupełnie inne. Znowu w dużym uproszczeniu sprowadza się to do kalkulacji i odpowiedzi na pytanie “ile pieniędzy ten konkretny pracownik jest w stanie przynieść firmie?”. Oczywiście odpowiedź nie jest łatwa. Zależy od rzeczywistej pracowitości, przydatności i efektywności (albo mówiąc wprost jakości) pracy danej osoby. Na etapie rekrutacji nie sposób jej znać lub potwierdzić w praktyce. Bierze się więc pod uwagę dotychczasowe doświadczenie i zdobyte wcześniej umiejętności, które mogą być przydatne w nowym miejscu pracy, wiedzę, wiek, charakter, chęć do nauki, możliwość wniesienia czegoś nowego do zespołu a także – nie oszukujmy się – ryzyko związane z zatrudnieniem bądź niezatrudnieniem danej osoby. Przykładowo: “czy nowozatrudniona kobieta nie zniknie nam za chwilę na urlopie macierzyńskim i wychowawczym?” lub “czy możemy sobie pozwolić na jej / jego utratę i zatrudnienie przez naszą konkurencję?”. Ostatnie z tych pytań jest szczególnie istotne w przypadku negocjacji podwyżki wynagrodzenia w dotychczasowym miejscu zatrudnienia.

Mądry pracodawca będzie także próbował ocenić nasz potencjał, który może dotyczyć kilku aspektów:

  • Czy sprawiamy wrażenie stabilności, czy może jesteśmy typem “meteorytu” latającego po rynku pracy?
  • Czy rokujemy, że będziemy wychodzić poza nasz podstawowy zakres obowiązków?
  • Czy istnieje szansa, że obejmiemy w przyszłości większy obszar odpowiedzialności, np. zostaniemy szefem, kierownikiem, dyrektorem lub prezesem 😉 – oczywiście to nie dotyczy wszystkich stanowisk.

Te wszystkie elementy układanki mają swoje znaczenie i mogą wpływać na większą lub mniejszą skłonność do spełnienia naszych oczekiwań finansowych.

A no i jeszcze jedno: dobrze jest rozumieć język, jakim posługują się pracodawcy i umieć przeliczyć kwoty kosztu pracodawcy (tzw. brutto brutto) na wynagrodzenie brutto oraz wynagrodzenie netto, czyli to co otrzymamy na rękę. Kwoty potrafią się od siebie istotnie różnić, co szczegółowo przedstawiałem we wpisie “Samozatrudnienie, czyli ile można oszczędzić przechodząc z etatu na fakturę”. Do tego wątku jeszcze powrócę w dalszej części artykułu.

Jak określić minimalną pensję?

Jak wygląda sytuacja z drugiej strony? Jako pracownik chcemy oczywiście zarabiać jak najwięcej. Nie ma w tym nic złego. Warto jednak zacząć określanie oczekiwanego wynagrodzenia od negocjacji z samym sobą – określić ile musimy zarabiać minimalnie żeby przeżyć do 1-ego kolejnego miesiąca.

Co nam to da? Będzie to dobry punkt odniesienia w późniejszych rozmowach o pracę. Taki realny “próg bólu” lub inaczej “próg bezpieczeństwa” poniżej którego nie możemy zejść w naszych negocjacjach, choćbyśmy nawet nie wiem jak bardzo chcieli pracować w danej firmie i bylibyśmy gotowi pójść na ustępstwa.

Najprostszym sposobem wyznaczenia tej kwoty jest zsumowanie wszystkich koniecznych wydatków, które ponosimy przez cały rok, a następnie ich podzielenie przez 12 miesięcy. Dlaczego sumujemy wydatki w skali roku? Bo część z nich ponosimy co miesiąc (opłaty stałe), ale niektóre ponoszone są raz na kilka miesięcy lub raz do roku. Dla pełnego obrazu potrzebujemy ich wszystkich.

Jakie kategorie wydatków można uznać za niezbędne lub konieczne? Tu pewnie intuicyjnie czujecie, że każdy sam musi sobie odpowiedzieć na to pytanie. Inaczej wygląda to w przypadku osoby samotnej, a inaczej w przypadku rodzin wychowujących dzieci. Generalnie do tej kategorii zaliczam te koszty, które zaspokajają podstawowe potrzeby człowieka:

  • Pożywienie
  • Schronienie
  • Ubranie
  • Transport i komunikacja
  • Higiena i podstawowa opieka zdrowotna

Przy czym w każdej z kategorii określamy te koszty, które ponosić rzeczywiście musimy. Przykładowo: jeśli mamy mieszkanie kupione na kredyt, to będą to wszystkie opłaty (czynsz, media) oraz rata kredytu. Z drugiej strony: jeśli jeździmy dzisiaj komunikacją miejską, to nie powinniśmy wliczać kosztów taksówek lub samochodu. Jeśli jednak mamy samochód, to powinniśmy uwzględnić także okresowo ponoszone wydatki, np. koszt ubezpieczenia czy przeglądu. To ma być rzeczywiste odzwierciedlenie naszych podstawowych kosztów.

Ktoś mógłby uznać, że jego podstawową potrzebą jest rozrywka – jeśli naprawdę tak uważacie, to doliczcie także i te wydatki. :) To ma być Wasze zestawienie – chociaż ja zalecam uwzględnienie tylko poziomu minimum, czyli najgorszego możliwego scenariusza.

W przygotowaniu takiego zestawienia może Wam pomóc artykuł “Prosty budżet domowy” oraz zamieszczony poniżej szablon Excel. Po jego wypełnieniu uzyskamy jednoznaczną informację o tym ile netto (czyli “na rękę”) powinniśmy zarabiać co miesiąc, aby przeżyć do końca każdego minimalistycznego miesiąca.

Pobierz załączniki do artykułu

Jak określić zarobki optymalne?

Nikt z nas nie chce wegetować, więc po określeniu minimum pora przejść do określenia optymalnych zarobków. Tu możemy już popuścić wodze fantazji – chociaż ja nadal zalecam, aby trzymać się realiów:

  • Ile chcemy wydać na wakacje?
  • A ile na książki czy inną szeroko rozumianą rozrywkę?
  • Planujemy odwiedzać restauracje? No to ile wydamy na rachunki miesięcznie?
  • Pływalnia? Weekendowe wypady? Wyjazd na narty?
  • Nowy rower? Komputer? Telefon? Inne gadżety?
  • Nowa garderoba? – zwłaszcza jeśli będziemy musieli się inaczej ubierać do nowej pracy
  • Dodatkowe ubezpieczenia?
  • Zabawki dla dzieci? Prezenty dla najbliższych?
  • Zamiar oszczędzania np. 1000 zł miesiecznie?

To wszystko ma swoją cenę i warto uwzględnić ją w naszym planie zarobkowym. Po spisaniu wszystkich kosztów do szablonu Excel otrzymamy uśredniony poziom wymaganych zarobków netto.

W ten właśnie sposób określiliśmy widełki naszych minimalnych i optymalnych zarobków w odniesieniu do naszych rzeczywistych potrzeb. Tu jest podobnie jak z budżetem domowym – albo potrafimy wszystko w miarę dobrze policzyć, albo tylko wydaje nam się, że wiemy czego oczekujemy.

Margines negocjacyjny

Kolejne pytanie, które czasami do mnie trafia, to jak określić swój margines negocjacyjny? O ile podwyższyć realnie oczekiwaną kwotę zarobków, aby z jednej strony – pozostawić pole do negocjacji, a z drugiej – nie przestrzelić.

Bardzo niepoważnie wygląda, jeśli ktoś mówi “Chcę zarabiać 10 000 zł”, po czym na jeden grymas na twarzy rekrutera sam z siebie wyrzuca “No może 7500 zł”. Po takiej zagrywce od razu widać, że jesteśmy nieprzygotowani. Osłabiamy naszą pozycję negocjacyjną i dajemy od razu pole do pytania “a dlaczego nie 4000 zł?”. I w takim przypadku nie ma dobrej odpowiedzi. Na ewentualne nasze doprecyzowujące pytanie typu “Pan żartuje?” możemy usłyszeć odpowiedź “No tak, ale to Pan zaczął…” 😉

W mojej opinii idealny jest minimalny margines negocjacyjny w postaci dodatkowych 10%. Zresztą zauważcie, że my już mamy nasz przedział negocjacyjny – mieści się on pomiędzy pensją optymalną i minimalną. Te 10%, to taki dodatkowy bufor bezpieczeństwa.

I jeszcze jedno: pracodawcy teoretycznie nie interesuje na co będziemy wydawać zarobione w firmie pieniądze, ale z drugiej strony – nasze przygotowanie merytoryczne i rzetelne policzenie ile musimy zarabiać, może pomóc w uzasadnieniu naszych żądań. Oczywiście potraktujcie to jako bardzo luźną sugestię, bo ma ona swoje dobre i złe strony. Rekruterzy co do zasady odradzają powoływanie się na sytuację prywatną, kwestie wydatków itp. Doradzają skupić się raczej na doświadczeniu, osiągnięciach i innych kwestiach zawodowych.

Z jednej strony ewentualne “odsłonięcie kulis” naszej skrupulatnej kalkulacji może pokazać, że poważnie podchodzimy do tematu i nie “nadmuchujemy” bezzasadnie roszczeń finansowych. Z drugiej jednak strony potencjalnemu pracodawcy łatwo jest podważyć w takim przypadku, np. zasadność tego byśmy wyjeżdżali na kosztowne wakacje. Po prostu rekrutująca nas osoba może mieć inny styl życia niż my, co może zostać wykorzystane przeciwko nam.

Naucz się przeliczać wynagrodzenie netto i brutto!

To co nas interesuje, to wynagrodzenie “na rękę” czyli netto. Pracodawcy wolą jednak posługiwać się wynagrodzeniem brutto lub wręcz odwołują się do całkowitego kosztu firmy. Czasami uzależniają także zaoferowanie lepszych warunków finansowych od zmiany formy zatrudnienia, np. z etatu na umowę o dzieło / zlecenie lub wręcz samozatrudnienie.

Lepiej to sobie wszystko dokładnie przeliczyć i nie podejmować pochopnie decyzji. W takim przypadku pomocny może być kalkulator wynagrodzenia netto/brutto zainstalowany na telefonie komórkowym:

Czy nie przesadziliśmy?

“A dlaczego tak dużo?” – to pytanie, które potrafi zbić z tropu.

Jeśli dobrze wykonamy powyższe zadanie z obliczeniem minimalnych i optymalnych zarobków, to dosyć łatwo będzie nam odpowiedzieć – przynajmniej przed sobą samym. A to jest najważniejsze. Bo jeśli my sami nie wierzymy w racjonalność kwoty, którą podajemy i sami nie potrafimy jej obronić, to dlaczego pracodawca miałby uwierzyć i zaakceptować nasze wymagania? Wydaje mi się, że podczas rozmów od razu widać, czy jesteśmy przekonani do kwot, które podajemy, czy “bujamy w chmurach”.

Oczywiście zanim pójdziemy na rozmowę warto upewnić się, czy nasze wymagania finansowe mieszczą się w widełkach rynkowych na danym stanowisku, w danej miejscowości, w sytuacji w jakiej się znajdujemy. Tu po raz kolejny odsyłam do serwisu zarobki.pracuj.pl, który – po wypełnieniu ankiety dotyczącej naszej osoby – pozwala uzyskać szczegółowy raport porównujący nasze zarobki oraz benefity pracownicze z zarobkami innych osób w branży. Taki indywidualny raport przygotowywany jest w oparciu o rzeczywiste dane dotyczące honorariów podobnych do nas osób (serwis zarobki.pracuj.pl zebrał już informacje od ponad 900 000 pracowników z całej Polski). Przykładowy raport możecie znaleźć tutaj.

Oczywiście nie jest to jedyne źródło informacji. W czasach Facebooka i innych serwisów społecznościowych bardzo łatwo można dotrzeć do znajomych znajomych pracujących na stanowiskach zbliżonych do tego, na które aplikujemy. Krótka rozmowa z nimi potrafi dać dużo więcej niż samodzielnie poszukiwanie informacji w sieci.

Jeśli ze wszystkich stron płynie potwierdzenie, że wyliczone przez nas “widełki” mieszczą się w limitach wynagrodzenia dla tej konkretnej pracy, to “jesteśmy w domu”. Wystarczy tylko trafić na fajnego pracodawcę i dobrze wypaść w rozmowie. Jeśli jednak nasze wyobrażenia o wysokości pensji wypadają poza skalę, to warto zastanowić się skąd się bierze tak duża rozbieżność. W tym przypadku powinna nam się zapalić lampka ostrzegawcza.

Co podnosi naszą wartość dla pracodawcy?

No i tu pojawia się kolejne kluczowe pytanie: Jak dobrze wypaść w trakcie rozmowy o pracę?. To jest w zasadzie temat na oddzielny artykuł, ale postaram się dać tutaj kilka podpowiedzi. Dla jasności: to co wymieniam, to kryteria, którymi ja bym się kierował, gdybym dzisiaj rekrutował pracowników.

Zacznę od tego, że rozmowy kwalifikacyjnej (lub rozmowy o podwyżce) nie należy traktować jako pojedynczego zdarzenia. To w zasadzie punkt kulminacyjny całego procesu przygotowywania się do uzgodnienia najlepszych warunków zatrudnienia. Proces ten rozpoczyna się dużo wcześniej – optymalnie jeszcze przed pierwszym kontaktem z nowym pracodawcą. Nawet jeśli to pierwsza rozmowa, to trzeba być do niej jak najlepiej przygotowanym i zadbać o “handicap” już na starcie, czyli ruszać z lepszej pozycji niż nasza ewentualna konkurencja.

Podobnie jest z rozmową o podwyżce u obecnego pracodawcy. Jeśli przez kilka miesięcy świetnie wykonywaliśmy obowiązki i szef jest zadowolony z efektów naszej pracy, to mamy dużo lepszą pozycję wyjściową, niż gdyby ostatnio zdarzały nam się “wtopy”. Tu łatwiej wyczuć kiedy atmosfera do rozmowy jest lepsza, ale również tu trudniej cokolwiek koloryzować. 😉

Co może podwyższać naszą wartość w oczach przyszłego pracodawcy?

  • Rekomendacje od innych osób – szefowie to też ludzie. Jeśli ich dobry znajomy nas poleci, to nasze szanse rosną. Tu warto od razu dodać, że w wielu firmach działają już programy rekomendacji kandydatów do pracy. Można spróbować przez naszych znajomych dotrzeć do pracowników firmy przez media społecznościowe i wręcz zaproponować, że “damy zarobić” na takiej rekomendacji. To nie są małe pieniądze, np. za dobrego programistę rekomendująca go osoba może otrzymać nawet kilka tysięcy złotych (o ile kandydat z polecenia zostanie zatrudniony po okresie próbnym). Całkiem solidna premia.
  • Samodzielne dotarcie do firmy poza procesem rekrutacyjnym – to rozwiązanie mocno polecam. Jeśli chcielibyśmy pracować w konkretnej firmie, to lepiej do niej samodzielnie zapukać. Jeśli nie prowadzi w danej chwili rekrutacji – to nawet lepiej. Mamy wtedy mniejszą konkurencję, niż gdy ogłoszony zostanie otwarty nabór na konkretne stanowisko. Ale tu trzeba też powiedzieć o tym, że ta metoda może nie zadziałać w niektórych firmach – wszystko zależy od przyjętych tam zasad. Niektóre nie przyjmują kandydatur poza okresami rekrutacji.
  • Doświadczenie zawodowe – brzmi banalnie, ale musimy umieć pokazać, w jaki sposób możemy być przydatni dla firmy. Formalne wykształcenie ma coraz mniejsze znaczenie (no może poza zawodami typu “lekarz”). W większości wypadków liczy się praktyczne doświadczenie. Im wcześniej zaczniemy pracować i je zdobywać – tym lepiej. Ja osobiście lubię się dowiedzieć, w jakich konkretnie projektach brała udział dana osoba, co dzięki niej się udało (lub nie) i usłyszeć dlaczego. Już na podstawie jakości konstruktywnej autokrytyki wiele mogę się dowiedzieć o tym, jak kandydat postrzega siebie i otaczającą go rzeczywistość.
  • Certyfikaty i nagrody – warto chwalić się dodatkową wiedzą. Zdecydowanie bardziej od certyfikatów i dyplomów potwierdzających odbyte szkolenia (z których niewiele musiało zostać w głowie) cenię uzyskane nagrody. Prawie zawsze pokazują one, że mam do czynienia z osobą ambitną i ponadprzeciętną.
  • Rozpoznawalna marka – albo inaczej: czy istnieje zewnętrzne potwierdzenie naszego statusu eksperta? Jeśli chcemy być za taką osobę uważani, to na pewno nie zaszkodzi prowadzenie bloga związanego z naszą profesją, występowanie na konferencjach branżowych, publikowanie bądź cytowanie przez tradycyjne media. Takie dokonania pokazują, że nie jesteśmy tylko “wyrobnikiem” od 9:00 do 17:00, ale naprawdę traktujemy nasz fach poważnie poświęcając na niego także prywatny czas.
  • Dobry i pozytywny wizerunek – uśmiech, otwartość, wrażenie pewności siebie, umiejętność słuchania, gotowość do rozmowy – zdecydowanie wolimy przebywać w towarzystwie takich osób niż mruków.
  • Dobre przygotowanie do rozmowy – średnio 4 na 5 osób, z którymi miałem szansę odbywać spotkania rekrutacyjne, nie były tak naprawdę przygotowane do rozmowy, tzn. nie potrafiły odpowiedzieć na kluczowe pytania. Przykłady niektórych z nich znajdują się poniżej w artykule.
  • Wykazywanie zainteresowania tym, na czym będzie polegała nasza praca – wbrew pozorom niewiele osób szczegółowo dopytuje się o zakres zadań na nowym stanowisku, zakres oczekiwań i to w jaki sposób szef mierzyć będzie sukcesy pracownika. A od tego już niebezpiecznie blisko do stwierdzenia “skoro nie interesujesz się tym co będziesz robić to znaczy, że szukasz po prostu jakiejkolwiek roboty i wszystko Ci jedno co będziesz robić dopóki hajs się będzie zgadzał”. Czy to źle? Zależy na którym stanowisku.

Jest jeszcze jedno istotne kryterium decyzji o zatrudnieniu danego kandydata, które wynika ze zsumowania wszystkich powyższych punktów. Ja je sprowadzam do dwóch pytań, które zadawałem sobie jako osoba rekrutująca współpracowników:

  • Czy mogę sobie pozwolić na utratę takiego kandydata? Czy to nie będzie błąd?
  • Czy będę żałował ew. negatywnej decyzji, jeśli ta osoba znajdzie zatrudnienie u mojej konkurencji?

Tłumacząc to na język kandydata do pracy można zadać sobie następujące pytania:

  • Czy wyglądam na osobę, która ma spore szanse pracy w innym miejscu (która może przebierać w ofertach pracy)?
  • Czy warto się o mnie zabijać?

Jeśli na to ostatnie pytanie odpowiadasz sobie “nie”, to być może jest to dobry moment, by popracować nad poczuciem własnej wartości. Ja głęboko wierzę w to, że największy wpływ na to ile będziemy zarabiać mamy my sami. Nikt nam nie każe pracować dla konkretnego pracodawcy lub w konkretnym zawodzie. Nikt nie każe też pracować za konkretne, zbyt niskie pieniądze. Oczywiście ew. przekwalifikowanie, zdobycie nowej wiedzy lub przeprowadzka do innego miasta “za chlebem” nie są łatwe, proste i przyjemne, ale często jest to najlepsza metoda na istotne podwyższenie zarobków.

Jeśli potrafimy się w jakiś sposób wyróżnić, to nasze szanse na zatrudnienie są wyższe. Niestety, według moich dotychczasowych obserwacji (skromnych), kandydaci zbyt często próbują zaszpanować fajnym wyglądem CV, a zbyt rzadko dbają o to, by po prostu być przygotowanym do merytorycznej rozmowy i odpowiedzi na mniej lub bardziej trudne pytania.

Umiejętność odpowiedzi na trudne pytania

Tu dochodzimy do kolejnej kwestii: naprawdę można przewidzieć większość pytań, które mogą nam być zadane na rozmowie kwalifikacyjnej. I warto mieć na nie dobre odpowiedzi.

Chcecie kilka takich “klasyków”? Proszę bardzo:

  • W czym jest Pan dobry? Jakie są Pana najmocniejsze strony?
  • Jakie są Pana wady?
  • Ile chciałby Pan zarabiać?
  • Co chciałby Pan robić za 5 lat?
  • Dlaczego chce Pan u nas pracować?
  • Co Pan wie o naszej firmie?
  • Czy ma Pan jakieś pytania? 😉
  • Dlaczego powinniśmy Pana zatrudnić?
  • Dlaczego tak drogo?

Czy są jednoznacznie dobre odpowiedzi na te pytania? Nawet jeśli nie, to jednak trening czyni mistrza. Stańcie przed lustrem w domu i spróbujcie sobie wielokrotnie na nie odpowiedzieć. Jeśli będziecie uczciwi sami ze sobą, to szybko wyłapiecie wszystkie niepotrzebne i zdradzające Was grymasy czy źle brzmiące odpowiedzi. Wystarczy poświęcić trochę energii.

W boju hartuje się stal

Zachęcam do tego, by stale poszukiwać lepszej pracy. Jeśli nie macie dzisiaj zamiaru jej zmieniać, to możecie brać udział w spotkaniach rekrutacyjnych chociażby po to, by zdobywać doświadczenie w tego typu trudnych rozmowach. Im więcej ich przeprowadzicie, tym lepiej poznacie siebie i własną reakcję w różnych sytuacjach, które na tym etapie nie będą jeszcze dla Was wybitnie stresujące. A doświadczenie w rozmowach z rekruterami przyda się Wam, gdy naprawdę będziecie chcieli lub musieli zmienić pracę. Albo poszukać jej po niespodziewanym zwolnieniu (czego nikomu nie życzę).

Zapewniam Was, że jeśli opanujecie sztukę rozmawiania, to z łatwością będziecie mogli stosować takie “numery”, na które nie pozwolilibyście sobie bez zdobytego w boju doświadczenia. Przykładowo można z uśmiechem na ustach powiedzieć przyszłemu pracodawcy: “Proszę Pana – nie jesteśmy na tureckim bazarze. Dopuszczam pewną elastyczność w zakresie wysokości oczekiwanego wynagrodzenia, ale przy omówionym pakiecie – rozbieżność jest zbyt duża” i pomimo tego otrzymać propozycję etatu za oczekiwaną kwotę.

Przeczytaj inne artykuły o pracy i zarobkach

Ten wpis nie wyczerpuje tematu. Koncentruje się tylko na jednym aspekcie – próbie odpowiedzi na pytanie jak wyceniać siebie na rynku pracy i od czego może zależeć taka wycena.

Pomocą w przygotowywaniach do zwiększenia zarobków mogą być następujące wpisy:

Zachęcam do ich przeczytania.

Tyle na dzisiaj. Mam nadzieję, że ten artykuł pomoże Wam urealnić Wasze oczekiwania finansowe i jednocześnie dobrze przygotować się do rozmów kwalifikacyjnych. Nie zapominajcie, że sytuacja się zmienia i warto na bieżąco weryfikować swoją wartość na rynku pracy. Zwłaszcza teraz – gdy PKB rośnie i bezrobocie od roku spada.

Jeśli podobają się Wam moje przemyślenia, to zachęcam do podzielenia się linkiem do artykułu z Waszymi znajomymi. Być może będą Wam wdzięczni. :)

Chętnie usłyszę także, jakie Wy przyjmujecie kryteria przy określaniu wysokości oczekiwanego wynagrodzenia.

Miłego dnia!

Zdjęcie na początku: Fotolia, Patryk Kosmider

"Finansowy ninja" - podręcznik finansów osobistych

Finansowy ninjaMożna już zamawiać moją książkę "Finansowy ninja". To ponad 540 stron praktycznej wiedzy o oszczędzaniu, zarabianiu, optymalizacji podatkowej, negocjowaniu i inwestowaniu, które pomogą Ci zostać prawdziwym finansowym ninja i osiągnąć bezpieczeństwo finansowe.

Przewodnik po finansach osobistych, który każdy powinien przeczytać jeszcze w szkole.

PRZEJDŹ NA STRONĘ KSIĄŻKI →

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach o oszczędzaniu pieniędzy. Nie ujawnię nikomu Twojego adresu!



{ 94 komentarzy… przeczytaj komentarze albo dodaj nowy komentarz }

Kosmita Luty 19, 2015 o 18:25

Hej Michał,

Dobre podsumowanie!
Odniosę się do jednego z punktów, które wymieniłeś na końcu: „Wykazywanie zainteresowania tym, na czym będzie polegała nasza praca”. Po wielu rozmowach kwalifikacyjnych mam wrażenie, że kandydaci za bardzo skupiają się na sobie i tym co potrafią. A jak znajdzie się ktoś fantastyczny, to i pieniądze na niego się znajdą.
Michael Masterson w „Gotów, Pal, Cel” napisał te fajne słowa:
„Wymagaj od kandydatów, aby jak najwięcej mówili o sobie. Jeśli jednak zauważysz, że któryś z nich nieustannie kieruje rozmowę na tory związane z tobą i twoimi potrzebami… to właśnie udało ci się wyłonić zwycięzcę. Idealny pracownik wie, że jego główną troską powinno być to, co może zrobić dla firmy, a nie, co firma może mu zaoferować.”

A z wad… to przypomina mi się dowcip, mam nadzieję, że konkretne słowo nie wytnie tego komentarza 😉

– jakie ma Pan wady?
– szczerość
– nie sądzę, żeby szczerość była wadą?!
– gówno mnie obchodzi co pan sądzi

😉
Pozdrawiam!

Odpowiedz

Krzysztof Marzec 12, 2015 o 20:15

Ale z kolei przy takim podejściu robi się „fabryka lizusów” którzy mówią to co chcesz usłyszeć :) . Od strony osoby która szukała pracy widzę że najczęściej wymaga się od kandydata żeby odczytał myśli rekrutującego. Nawet jeśli to jest naciągany teatrzyk który akceptują obydwie strony. Coś jak pisanie matury z polskiego: nie ważne co naprawdę chcesz powiedzieć, ważne żeby wstrzelić się w klucz. Nie oszukujmy się – choć praca to sytuacja win-win to główną rolę dla pracownika gra to co on może dostać. To moim zdaniem dość naturalne i nie ma co z tym walczyć :)

Odpowiedz

Sebastian Żołnowski Luty 19, 2015 o 18:28

Ciekawy wpis, ale w mojej sytuacji dobrze byłoby przeczytać wpis z drugiej strony – ile pieniędzy ten konkretny pracownik jest w stanie przynieść firmie? :)

Odpowiedz

Darek Luty 23, 2015 o 15:58

Sorry Sebastian, to Ty powinienes wiedziec kogo potrzebujesz, co chcialbys aby wniosl do firmy i ile jestes w stanie za to zaplacic?

Odpowiedz

Bartłomiej Panek Luty 19, 2015 o 19:25

Z nieba mi ten wpis spadł – jutro idę na rozmowę o pracę.

Odpowiedz

Gosia Luty 19, 2015 o 19:51

Ostatnio wynegocjowałam podwyżkę i właściwie jedyna dobra rada to świetne przygotowanie do rozmowy! Najważniejsze to mieć mocne argumenty i dobre uzasadnienie. Jeśli to będziemy gotowe to sama rozmowa idzie po maśle :-)

Odpowiedz

Mariusz Luty 19, 2015 o 19:54

Dzięki Michale, artykuł bardzo na czasie, jak dla mnie. Od kilku miesięcy próbuję zmienić pracę, ale średnio mi idzie. Gdy już znalazłem konkretną ofertę to pracodawca nie chciał rozwiązać ze mną umowy za porozumieniem stron, a 3 miesiące okresu wypowiedzenia to nie wszystkim pasuje. Jestem w trakcie walczenia o podwyżkę, wczoraj rozmawiałem w tej sprawie, może coś wywalczę. Jak nie, to złożę wypowiedzenie, stara dobra metoda, kilku kolegom się opłaciła, szczególnie gdy jest sporo pracy i sporo możliwości.

Odpowiedz

John Locke Luty 19, 2015 o 20:11

Dużo rekrutuje i niestety muszę stwierdzić że 40% w CV to kłamstwa. Gdy kandydat zostanie na takim „kłamstewku” nagle traci rezonans, parę i to co do tej pory w CV świeciło jest wyblakłe. Z drugiej strony po rozmowie z „fajerwerkami” zawsze warto sobie zadać pytanie kogo chcemy zatrudnić „specjalistę ds. promocji” (no chyba że rzeczywiście chodzi o takie stanowisko”) czy pracownika do pracy. Dlatego warto być prawdomównym. Ja zawsze dodaje 30% więcej takim kandydatom bo wiem że mnie potem nie oszukają w pracy tj. będą lojalni.

Odpowiedz

Michał Szafrański Luty 19, 2015 o 21:02

Hej John,

Prawda z tymi CV. Też się sporo w życiu naczytałem „opowieści”, a rzeczywistość bardzo szybko weryfikowała chociażby tak ewidentne „fakty”, jak znajomość konkretnego języka. O bardziej wyszukanych kwestiach nie wspominając.

Pozdrawiam

Odpowiedz

oponek Luty 20, 2015 o 00:24

no opowiesci sa z obu stron

w kazdej ofercie mlody dynamiczny zespol
w kazdej ofercie konkurencyjne wynagrodzenie – po czym okazuje sie ze to 2/3 sredniego w polsce i jeszcze bulwers ze inni daje 2brutto

klamanie w polsce to nie klamanie bo oklamuje sie klamce :(

w UK nie ma takich problemow, sa widly, idziesz, rozmowa za dwa dni zaczynasz, gospodarka dziala, praca jest, wszyscy zadowoleni

a tu caly wpis opiera sie o ciaglym kryzysie wszystkie, wszystkiego co jest bylo i bedzie w polsce, klamcy placowi spotykaja sie z kolorowanymi cv i kazdy zly na drugiego

Odpowiedz

Michał Luty 20, 2015 o 15:17

Hehe.. święta prawda oponek!

Czasem jak widzę oferty pracy na stanowiska które znam to nie wiem, czy śmiać się czy płakać.

Niestety firmy nakręcają się nawzajem i stąd takie bajki w ofertach. Jak któraś napisze rzetelny opis – wygląda on nieatrakcyjnie. Zresztą podobną logiką kierują się kandydaci w tuningowaniu swoich CV.

Idealnie byłoby gdyby wszyscy mówili prawdę i nikt nie udawał tego kim nie jest. Ale w tej chwili świat stoi na czymś innym. Prawie każdy deklaruje, że szczerość i prawda są dla niego wartościowe. Jednocześnie gdy się nie picuje i nie udaje w dogodnych sytuacjach – to jest się frajerem. Cyrk po prostu.

Odpowiedz

Mateusz Maj 2, 2015 o 09:49

Witam
Do tego manipulacje psychologiczne na kandydacie. Najpierw zdegradują Cię psychicznie, udowodnią Ci, że nic nie umiesz i proszą o zaproponowanie stawki
To wojna. Po obu stronach są ranni
Pozdrawiam

Odpowiedz

Darek Luty 21, 2015 o 18:49

Oponek 10\10 tylko w Polandii rekruterow interesuje co bys chcial robic za 5 lat lub chca zeby opisywac cechy polozonego przed Toba dlugopisu…. W De idziesz na rozmowe wiesz Jamie sa widelki na tym stanowisku i wszystko jak pasuje to sie zglaszasz jak nie to nie…. Nie tracisz czasu bo chyba tylko rekrutorz musza sie wykazac ile to rozmow odbyli….

Odpowiedz

Mariusz Luty 20, 2015 o 15:04

Mnie zawsze bawiła w CV znajomość pakietu office oraz programów word i excel… (masło maslane), a na prośbę o stworzenie prostej tabelki z paroma danymi, zaczynał od szukania szablonu.

Odpowiedz

Kama Luty 19, 2015 o 20:22

A ja bym dodała tu jeszcze jedną rzecz, która pewnie zabrzmi dziwnie, ale moim zdaniem to bardzo ważne.

Mianowicie uważam, że możemy, a często zdecydowanie warto negocjować NIE TYLKO kwotę wynagrodzenia!

Co dokładnie możemy negocjować zależy oczywiście od firmy, stanowiska i bieżącej sytuacji, ale wypiszę przykładowe obszary takich negocjacji (wzięte z firmy, w której sama pracuję):

– Zachowanie obecnego wynagrodzenia, ale zmniejszenie wymiaru czasu pracy do 4/5 etatu – czyli będziemy dostawać to co teraz, ale 1 dzień w tygodniu będzie wolny. Wynegocjował to mój znajomy, który był dobrym – wręcz niezastąpionym – pracownikiem, ale w jego projekcie chwilowo było mniejsze obciążenie. Dobre dla obu stron – pracodawca nie ponosi dodatkowych kosztów na podwyżkę, praca i tak jest zrobiona, a pracownik ma dodatkowy dzień wolny, w którym może podjąć jakąś drugą pracę albo spędzić czas z rodziną (czas też ma wartość). Tak naprawdę otrzymał realną podwyżkę stawki godzinowej o 20% nie dostając żadnej podwyżki! :)

– A może przeciwnie – jest dużo pracy i pracownik zgodzi się zostać na dodatkowe nadgodziny, jeśli otrzyma za ten czas np. 150% bazowej stawki? Dla firmy może być to korzystniejsze niż zatrudnianie kolejnej osoby, która za parę miesięcy gdy ilość pracy się „unormuje” okaże się już niepotrzebna. Pamiętajmy, że proces rekrutacyjny kosztuje, przeszkolenie nowego pracownika kosztuje, nowy pracownik nie jest przez długi czas tak efektywny jak ci już doświadczeni itd. Oczywiście negocjacje będą trudniejsze gdy nowa osoba potrzebna będzie na stałe. :)

– Czasami pracownicy dopłacają do benefitów takich jak np. Multisport, a stawka dopłaty zależy od firmy. „Moja firma” to jednak nie jedna firma, tylko kilka firm blisko współpracujących w obrębie jednej grupy kapitałowej i istnieje możliwość zawarcia umowy o pracę z jedną ze spółek, a wykonywania pracy na umowę o dzieło w drugiej. Można więc dogadać się w sprawie przeniesienia umowy o pracę do innej spółki i w tym momencie opłata za Multisporta spada z np. 130 zł/miesiąc do 20 zł/miesiąc. Tak więc otrzymujemy zamiast podwyżki… obniżkę kosztów. :) Oczywiście warto się upewnić, czy w ogóle z tych benefitów korzystamy i czy nam się to opłaca.

– Zakres obowiązków – bardzo ważny temat przy staraniu się o podwyżkę. Bo może chcemy zarabiać więcej, gdyż poszerzenie naszej wiedzy umożliwiło nam lepsze wykonywanie obecnych obowiązków, ale równocześnie po odpowiednim finansowym „zmotywowaniu” jesteśmy gotowi przejąć jakieś nowe obowiązki, albo zmienić projekt? Czyli nie tylko chcemy więcej, ale też w zamian możemy sami dać więcej.

– Dofinansowanie do studiów magisterskich / podyplomowych, kursów, szkoleń – jeśli i tak je planowaliśmy, a pracodawca się zgodzi, możemy zaoszczędzić spore pieniądze, a dobrze dobrane studia mogą zwiększyć naszą wartość na rynku pracy i przynieść w ten sposób dodatkowe profity finansowe w przyszłości. Uważam, że pieniądze na wykształcenie mogą być naprawdę świetną inwestycją. Oczywiście nie każdy pracodawca się na to zgodzi i to zależy również od profilu firmy oraz profilu studiów (np. gdy pracujemy w handlu telewizorami, a chcemy studiować ogrodnictwo ;)). Ale jeśli te obszary się pokrywają – korzyść może być duża dla obu stron. Pracodawca będzie zadowolony, jeśli nowe umiejętności pracownika usprawnią jego pracę (a może umożliwią wdrożenie go w nowe zadania), prawdopodobnie też (w przypadku studiów które trwają np. parę lat) nie będzie osobą, która za chwilę ucieknie z firmy. A pracownik dostanie podwyżkę poprzez obniżkę własnych kosztów na edukację.

– Spotkałam się z przypadkiem wynegocjowania dużych dofinansowań do studiów, szkoleń i zagranicznych konferencji, a w zamian pracownik zgodził się na przygotowanie i poprowadzenie serii szkoleń wewnętrznych dla pozostałych pracowników w oparciu o zdobytą wiedzę.

– W ogóle możemy negocjować warunki pracy – praca zdalna? Bardziej elastyczne godziny pracy? Może zmiana formy zatrudnienia? Czasem jest możliwość przejścia z umowy o pracę na dzieło – pracodawca płaci nam tyle samo brutto, ale na rękę dostajemy więcej. Warto jednak dokładnie rozważyć tu wszystkie za i przeciw i dokładnie przeliczyć, czy nam się to opłaca.

– Podwyżka „odłożona w czasie” – czasem gdy się pracuje nad jakimś projektem dla np. zewnętrznego klienta, a taki projekt jest priorytetowy, można dogadać się, że podwyżkę (lub część podwyżki) otrzyma się nie od razu, tylko po jego sukcesywnym zakończeniu.
Ba, można negocjować też premię!

Myślę, że pomysłów znalazłoby się dużo więcej, ale opisywałam tylko te, z którymi faktycznie miałam do czynienia. :)

Macie jakieś jeszcze? :)

Odpowiedz

Michał Szafrański Luty 19, 2015 o 20:58

Hej Kama,

Bardzo dziękuję za obszerny komentarz. Informacyjnie: o benefitach i dodatkach sporo pisałem w oddzielnym materiale:

http://jakoszczedzacpieniadze.pl/jakie-benefity-i-swiadczenia-pracownicze

Pozdrawiam

Odpowiedz

Marcin Luty 20, 2015 o 22:14

Kama: „Tak naprawdę otrzymał realną podwyżkę stawki godzinowej o 20% nie dostając żadnej podwyżki! ”
– Nawet 25% :)

Odpowiedz

Mateusz Maj 2, 2015 o 10:09

„Czasem jest możliwość przejścia z umowy o pracę na dzieło – pracodawca płaci nam tyle samo brutto, ale na rękę dostajemy więcej.”
To jest właśnie Wasze myślenie i pracodawców z bożej łaski.
Przy umowie o dzieło odchodzą Ci urlopy i zwolnienia lekarskie. Żeby obliczyć stawkę jaką powinien zapłacić Ci pracodawca stosuje się wzór obecna pensje brutto razy 12 dzielona przez 10 (miesiąc na urlop miesiąc chorobowego) i taką kwotę powinieneś zarabiać na zleceniu lub o dzieło. Jeśli w umowie o dzieło Ty ponosisz ryzyko to powinieneś dodać kwotę za ryzyko do miesięcznej pensji.
Moim zdaniem ten wpis pisał cwany pracodawca chcący siać ferment.
Pozdrawiam

Odpowiedz

Kamila Maj 2, 2015 o 13:25

100% racji. Dodałabym jeszcze, że często na takich umowach odchodzą nie tylko płatne urlopy i zwolnienia lekarskie, ale również święta. :( Kiedyś pracowałam na umowie zlecenie, która precyzowała nawet w miarę satysfakcjonującą mnie stawkę za godzinę….ale… właśnie. Jeśli nie chciałam pracować np. 25-26 grudnia, to już mi ta całkowita pensja spadała o dwie dniówki.. Dlatego obowiązkowo trzeba sobie wszystko przeliczyć.

Teraz moją główną umową jest znów umowa o dzieło, ale tym razem dogadałam się z pracodawcą na 26 dni urlopu w roku, brak pracy w święta i wolne gdy jestem chora. Niestety umowa tego nie precyzuje (nie jestem pewna, ale umowa o dzieło chyba nawet nie może określać w żaden sposób czasu i miejsca wykonywania dzieła), ale pracodawca w 100% się wywiązuje z tych ustaleń. Taki model jest dla mnie nawet bardziej korzystny niż umowa o pracę, gdzie okresy choroby nie są płatne 100%, tylko chyba 80%, a ja mam stałą stawkę miesięczną nawet gdybym była chora przez miesiąc.

Odpowiedz

Konrad Luty 19, 2015 o 20:56

Witaj Michale,

jedna uwaga – widelki negocjacyjne proponowalbym ustawic inaczej – minimum ok, tak jak opisales – to ponizej czego nie moge zejsc zeby przezyc, ale po drugiej stronie nie optium czytli to co bym chcial tylko maksimum tego co moze mi dac pracodawca;

w ten sposob trzeba wykonac wieksza prace bo nie tylko rozeznac sie w swoich potrzebach ale takze w moziwosciach drugiej strony – co daje znaczne lepsze (pelniejsze) przygotowanie do negocjacji, a rownoczenie pozwala swietnie przygotowac sie do samej rozmowy kwalifikacyjnej, w ktorej negocjacje cenowe sa tylko jednym z elementow ;

pozdrawiam i dziekuje za wpis :)

Odpowiedz

Paweł Wiatrak Luty 19, 2015 o 21:16

Witam, jako że oboje nosimy okulary dobrą odpowiedzią na pytanie. „Jakie są Pana wady?” jest powiedzenie na rozluźnienie „Największa wada? Myślę, że wada wzroku” :)

Inne jakie przychodzi mi do głowy to „pracoholizm” Kiedyś tak odpowiedziałem pracodawcy to ten najpierw się zaśmiał a potem zapytał „z gotowych odpowiedzi Pan to wziął? to mu powiedziałem, że nie. Po prostu przypomniała mi się historia, jak żona na mnie wykrzykuje, że nie może wytrzymać stukotu klawiatury w nocy jak chce spać w czasie, gdy tworzę kolejny projekt. Do dobrych rad warto powiedzieć, że do tych gotowych odpowiedzi warto czasem dodać przykład z własnego doświadczenia (np. ten mój banalny ze stukotem w klawiaturę) to BARDZO podwyższa naszą autentyczność, bo nie jesteśmy postrzegani wtedy jako roboty wyuczone na blachę jak odpowiadać na pytania, wręcz przeciwnie pracodawca wtedy wyobraża sobie moją żonę jak to faktycznie do mnie mówi co podwyższa wiarygodność. Dostałem wtedy tą pracę :)

Odpowiedz

Karol NC Luty 24, 2015 o 10:42

A to ciekawa odpowiedź. Przyznam że też tak miałem przez kilka dobrych lat zaraz na starcie świeżo założonej działalności, potrafiłem siedzieć przed komputerem do 3.00 w nocy a następnego dnia wstać o 9.00 do pracy. Tworzyłem nowe strony, każdy wolny czas poświęcałem na ich promocję i choć nie przynosiły zysku wierzyłem że kiedyś zaczną go generować. Co prawda na efekt musiałem poczekać kilka dobrych lat ale można powiedzieć że się udało. Dziś to moja główna praca a ja nie muszę już przesiadywać przed komputerem do późnych godzin nocnych a zamiast tego z małżonką oglądać maraton wieczornych seriali telewizyjnych :)

Odpowiedz

Emil Marzec 6, 2015 o 09:46

Karolu, przepraszam że tak późno odpowiadam ale mam jedno pytanie: czy naprawdę zarywałeś noce, niedosypiałeś, wykańczałeś swój organizm, po to tylko, żeby teraz, po kilku latach móc oglądać do późnych godzin maraton seriali itelewizyjnych?

Odpowiedz

Adam Luty 19, 2015 o 21:24

Gdy jest się profesjonalistą w swojej dziedzinie nie trzeba bać się rozmowy o pieniądzach, czy też rozmowy rekrutacyjnej w ogóle. Jeżeli się nie jest, to warto zainwestować czas i energię by stać się jednym z nich. A moim zdaniem w profesjonalizmie chodzi głównie o podejście do pracy i swoich obowiązków. To kontrakt z samym sobą na wykonywanie powierzonej pracy najlepiej jak można, sprzeciw wobec bylejakości, to wiele małych rzeczy, które razem tworzą potężną różnicę. Niestety codziennie trzeba dokonywać takiego wyboru, co nie jest proste. Jednak po jakimś czasie staje się to drugą naturą i z tego co zaobserwowałem, to dobrzy rekruterzy są w stanie to wyczuć, a tym bardziej inni profesjonaliści z dziedziny.
Podejście takie jest mało popularne w Polsce, gdzie ludzie „chodzą do roboty” i od poniedziałku do czwartku powtarzają „byle do piątku”.

Odpowiedz

Bartosz Sosiński Luty 19, 2015 o 21:56

Gdy jest się jedną z osób, które „chodzą do roboty” to tak naprawdę strach wywoła już pytanie „niech pan opowie czym się pan zajmował do tej pory” – ludzie nie są często w stanie opowiedzieć co do tej pory robili. Czyli, że co? Ktoś za nich wykonywał pracę?

Odpowiedz

Andrzej Luty 19, 2015 o 22:55

AMEN :)

Odpowiedz

Bartosz Sosiński Luty 19, 2015 o 21:52

Hej Michał,
ciekawy wpis :)
W sumie, co do pytania, o którym wspomniałeś, że może wprawić w zakłopotanie: Dlaczego tak dużo? – o kwocie, którą podamy jako swoje oczekiwania. Myślę, że warto się tutaj przygotować nie tylko od strony „matematycznej”. Fajnie mieć na takie pytanie odpowiedź wskazującą precyzyjnie, dlaczego właśnie tak się cenimy. Dlaczego warto zapłacić za nasze umiejętności. To będzie dobra karta przetargowa, która może zadecydować o być albo nie być. Pokażemy potencjalnemu pracodawcy, że naprawdę jesteśmy przygotowani i wiemy czego oczekujemy i co dajemy w zamian.

Taka moja opinia. Pozdrawiam, Bartek :)

Odpowiedz

Marek Październik 26, 2016 o 13:25

Jeśli osoba rekrutująca zapyta ile Pan / Pani chce zarabiać – odpowiem 10.000 zł brutto. Adwersarz odpowie – dlaczego tak dużo ? – odpowiadam: co muszę zrobić żeby takie wynagrodzenie otrzymać, bądź: jak muszę być proaktywny żeby takie wynagrodzenie otrzymać. Nie widzę potrzeby, by enumeratywnie wymieniać potrzeby bytowe, socjalne, rodzinne, etc. gdyż chcę tyle zarobić, a firma winna wskazać – jakie zadania, kompetencje, wiedzę i wyobraźnię wymaga żeby tyle zapłacić.

Odpowiedz

Kamil Luty 19, 2015 o 22:34

Dzięki za artykuł, zgadzam się, choć tytuł jako przedsiębiorcy mi się nie podoba :) Mam nadzieję, że dzięki artykułowi zwiększy się jakość aplikacji i ludzie pomyślą zanim stracą swój czas i czas przyszłej firmy :) Nie mam problemu z tym, aby śpiewano jednak śpiewanie musi mieć poparcie w czynach i konkretach.

Mam wrażenie, że często osoby przychodzące na rozmowę kwalifikacyjną traktują swój i pracodawcy czas jako mannę, która nieustannie spada z nieba. Kochani czas to jeden z najsilniejszych aktywów i nie spada z nieba, mamy go silnie ograniczoną ilość. Zbudowanie swojej strategii jest czasochłonne ale się opłaca. Wymagacie od pracodawcy? Wymagajcie przede wszystkim od siebie – w każdym aspekcie :)

Odpowiedz

Kamila Luty 19, 2015 o 23:42

Kamil, jest też druga strona medalu z tym czasem.

Mi się na przykład marzy, aby w ofertach pracy podawane były widełki wynagrodzenia, bo w mojej branży rozrzut zarobków w różnych firmach na podobnych stanowiskach jest ogromny.

Zdarzyło mi się uczestniczyć w rozmowie o pracę, na której wszystko było wspaniale do momentu rozmowy o oczekiwaniach finansowych – pracodawca był skłonny zapłacić dużo poniżej moich oczekiwań. Efekt – zmarnowane 3 godziny pracy rekruterów (rozmowa o finansach miała miejsce dopiero po trzecim etapie rekrutacji – pierwszy etap to rozmowa z osobą z HR, druga – z menedżerem technicznym, bo jestem inżynierem, trzecia – test wiedzy) + zmarnowane moje 1.5 dni urlopu (każdy etap rekrutacji innego dnia, w godzinach pracy, trzeba było brać po pół dnia wolnego). Oferta wydawała się atrakcyjna pod względem rozwojowym, firma interesująca, ale rozminęliśmy się z pracodawcą w rozumieniu definicji „atrakcyjne wynagrodzenie”. A szkoda, bo gdyby widełki zostały podane, albo przynajmniej rozmowa zaczęła się od finansów, to żadna ze stron nie straciłaby tak wiele czasu.

Poza tym nie do końca się zgodzę z – „Wymagacie od pracodawcy? Wymagajcie przede wszystkim od siebie – w każdym aspekcie”. Osoby, które wymagają tylko od siebie, raczej rzadko są doceniane. Prędzej już zaczyna wymagać się od nich więcej i więcej.. Piszę to na podstawie doświadczenia wyniesionego z pracy w kilku różnych firmach (od malutkich po korporacje). Zazwyczaj gdy pracownik X zaczyna na przykład wykonywać swoje zadania szybciej (np. jest krótki deadline, a zależy mu na dobru firmy, więc przestaje wychodzić na przerwy, rezygnuje z obiadu na rzecz szybkiej przekąski między zadaniami, zabiera pracę do domu), to tylko na początku ma szansę usłyszeć „dziękuję”. Po pewnym (krótkim) czasie jego nowe tempo staje się normą porównawczą i gdy spróbuje zwolnić, otrzyma upomnienie – „ale dlaczego tak wolno?”. 😉 Podobne przykłady mogłabym mnożyć.

Powiedziałabym więc raczej – wymagajcie przede wszystkim od siebie, wymagajcie dużo i dawajcie z siebie wszystko, ale gdy już macie argumenty, nie czekajcie aż ktoś was doceni sam z siebie, tylko biegiem zasuwajcie do pracodawcy! :)

Z drugiej strony umiem sobie wyobrazić zirytowanie pracodawców, gdy pracownik/kandydat domaga się wszystkiego nie oferując w zamian niczego. Nawet tu gdzie pracuję zdarzają się takie „kwiatki”, których głównym obowiązkiem służbowym jest w ich mniemaniu chodzenie po podwyżkę. A właściwie to na tym punkcie lista się kończy.

Zapewne ból od tej drugiej strony jeszcze poznam, gdyż powoli przymierzam się do założenia własnej firmy.

Odpowiedz

Mateusz Maj 2, 2015 o 10:49

Witam
Ale właśnie taki ma cel długi proces rekrutacyjny, by jak najbardziej zbić stawkę. Dlatego na końcu podawane jest wynagrodzenie, by człowieka zmiękczyć. To zabieg psychologiczny. Ty nie masz płacone za to, że oni na Tobie przeprowadzają eksperymenty psychologiczne, pracownica HR ma za to płacone od godziny i pozyskania taniego pracownika, dlatego warto opisywać takie firmy w internecie, by następny się nie naciął na ich sztuczki.
Dlatego ja nie jeżdżę już na rozmowy rekrutacyjne, bo sam byłem kierownikiem i uczono mnie jak manipulować ludźmi, by zbić stawkę za ich pracę. Ja oczywiście nie manipulowałem, bo jestem uczciwy. Jeśli firma szuka konkretnego pracownika, to spokojnie można po pracy porozmawiać przez telefon lub Skype, jeśli firma wymaga rozmowy byś przyjechał, to widzi, że Ci zależy i zbija stawkę. Szkoda czasu na przeciętnych pracodawców przynajmniej w mojej branży, bo czas jest cenny jak to napisał ktoś wcześniej.
Pozdrawiam

Odpowiedz

Andrzej Luty 19, 2015 o 22:53

Od wielu lat na pytanie – ile Pan chciałby zarabiać, zawsze odpowiadam pytaniem:
„- Zna Pan oczekiwania wobec kandydata, więc proszę mi powiedzieć, za ile Pan/Pani zgodził by się pracować na danym stanowisku?”
Owszem lekko bezczelne, ale:
a) pokazuje, że jesteśmy wymagającymi negocjatorami,
b) możemy sporo się dowiedzieć na ten dość trudny temat
c) 99% rekrutujących nie spodziewa się takiego obrotu sprawy i zdejmuje maskę, co dla mnie też pokazuje naturę być może przyszłych współpracowników/przełożonych.
Pozdrawiam Michała i czytelników 😉

Odpowiedz

Luki Luty 19, 2015 o 23:27

Mam prośbę o zapisywanie plików Excela w formacie również dla starszych wersji, wtedy skorzysta szersze grono odbiorców – xls, dziękuję.

Odpowiedz

Wiktor Luty 20, 2015 o 11:58

Możesz użyć darmowego pakietu biurowego, np. Openoffice

Odpowiedz

Piotr Luty 19, 2015 o 23:52

Michał, a może by tak w jednym z najbliższych podcastów rozmowa z hr’owcem, który wyjaśniłby co kryje się za tymi wszystkimi pytaniami? Jak najlepiej wypaść na takiej rozmowie, czego oczekują od nas rekruterzy, jak zdradza nas nasze zachowanie itp. zresztą będziesz sam doskonale wiedzieć o co zapytać :)

Odpowiedz

Mateusz Maj 2, 2015 o 10:56

Nie jestem zawodowym HRmanem 😉 ale powiem Ci, że wszystko obraca się wokół zbicia stawki i zrobienia z Ciebie wielbłąda.
Oczywiście są uczciwi rekruterzy, a prawda jest taka, że każdy człowiek ma potencjał i zadaniem kierownika jest ten potencjał wydobyć, kiepski kierownik szuka ideału jak kobieta, która do końca życia zostaje panną. Kiepski kierownik tylko wymaga od innych i ma roszczeniową postawę wobec życia. Dobry kierownik kieruje i sprawia, że innym się chce pracować i osiągać cele przedsiębiorstwa.
Na rozmowie rekrutacyjnej polecam być sobą. Jeśli jesteś osobą z odpowiednimi cechami już uformowanymi, to w firmie dobrej pokierują Tobą byś rozwijał swoje najlepsze cechy. W kiepskiej firmie będą patrzyli tylko, by z Ciebie zedrzeć, zapłacić jak najmniej.
Pozdrawiam

Odpowiedz

Anna Luty 20, 2015 o 00:09

Michale,
Ponownie bardzo dobry materiał choć spoza Twojej centralnej działalności. Dodatkowy temat „Jak się przygotować do rozmowy rekrutacyjnej?” zahaczyłeś i faktycznie zasługiwałby jeszcze na pogłębienie.
Wchodzisz na pole gdzie ja jestem ekspertką ale nie zmaterializowałam jeszcze bloga choć ma roboczą nazwę: rekrutacja&more. Na co dzień nie tylko rekrutuję specjalistów IT ale też doradzam im jak się skutecznie przygotować do ostatecznej rozmowy np. w Komisji Europejskiej. Robię to też „pro bono” dla kolejnych trafiających do mnie prywatnie osób.

Tym, którzy znają angielski i mają czas polecam platformy MOOC np. Coursea gdzie uczelnie z całego świata udostępniają w super atrakcyjnej formie kursy na przeróżne tematy.
np. jeśli chcesz podreperować swoją karierę możesz dodać do listy obserwowanych ten kurs: https://www.coursera.org/course/career?action=watchlist
kiedy go wznowią dostaniesz powiadomienie:)

Zainteresowanym innymi darmowymi MOOC kursami polecam świetną listę na:
http://lifehacker.com/plan-your-free-online-education-at-lifehacker-u-summer-1576045015#extracredit

Takie kursy dają dostęp do wypasionych prezentacji, polerowanie angielskiego przy okazji i imponujący wpis w CV jeśli się dobrze dobierze rodzaj kursu.

Pozdrawiam i życzę sukcesów zawodowych,
Anna
Specjalistka nie tylko od rekrutacji

Odpowiedz

Darek Luty 20, 2015 o 00:17

Coś mnie trafia kiedy po wpisaniu iluś danych i informacji na końcu okazuje się, że mam się gdzieś zarejestrować i utworzyć konto…. Nie można tej informacji umieścić na początku by uniknąć niepotrzebnego marnowania czasu?

Odpowiedz

Anna Luty 20, 2015 o 08:16

Darku,

Dają wypasione kursy za darmo a jedyne czego wymagają to utworzenie konta. Do mnie przychodzi newsletter z proponowanymi kursami i zawiadomienia jeśli je sobie poustawiam.

Odpowiedz

Darek Luty 21, 2015 o 23:45

Nie neguję tego ale niech to będzie z góry wiadome.

Odpowiedz

Jacek Luty 20, 2015 o 08:36

Praca nie jest w życiu najważniejsza, ale bez niej nie da się przeżyć – to takie błędne koło. Co do tematu wynagrodzenia, to najważniejsze jest opieranie się na prawdziwych i konkretnych danych dotyczących posiadanej wiedzy, doświadczenia, umiejętności (dziś wszystko da się zweryfikować). Ludzie piszą, że znają excel’a, a na rozmowie nie potrafią sformatować komórki. Ale z drugiej strony pracodawcy też nie są lepsi – obiecują różne benefity, systemy premiowe, a w rezultacie oferują zupełnie coś innego. Takie życie.
Swoją drogą podoba mi się wyliczenie wynagrodzenia jako iloczyn ponoszonych wydatków + pewien margines bezpieczeństwa (10 proc.). Bardzo trafne wyliczenie.

Odpowiedz

Krzysztof Luty 20, 2015 o 09:50

A mi się takie wyliczenie wynagrodzenia – „iloczyn ponoszonych wydatków + pewien margines bezpieczeństwa (10 proc.)” – niezbyt podoba.
Nie przewiduje możliwości rozwoju (np. płatne studia podyplomowe w przyszłości – teraz nie ma takiego kosztu) czy oszczędzania na parszywą starość.

Odpowiedz

Mateusz Maj 2, 2015 o 13:46

A najlepsi są Ci, którzy oferują Ci dużo, przy podpisaniu umowy już masz mniej a przy wypłacie jeszcze mniej a praca wykonana.

Odpowiedz

Rafik Luty 20, 2015 o 10:46

Teraz tylko szukać zadowalającej pracy 😉

Odpowiedz

Damian Luty 20, 2015 o 11:20

– Czemu tak drogo?
– Za jakość trzeba płacić 😀

Dobra odpowiedź?

Odpowiedz

robert Luty 20, 2015 o 12:30

Cześć !

Mam pytanie trochę „z innej beczki”, mianowicie jak w ogóle wpleść temat wypłaty do rozmowy kwalifikacyjnej ? Ostatnio przeszedłem w sumie 2 etapy rozmowy kwalifikacyjnej (dwie rozmowy z tym samym dyrektorem oddziału banku) na stanowisko doradcy klienta. Po dwóch rozmowach niestety musiałem zrezygnować z rekrutacji, ale zastanawia mnie kiedy mój przyszły pracodawca chciał podjąć temat wynagrodzenia ? Gdy przeszedłbym wszystkie możliwe etapy, a na końcu zaproponowałby mi np. najniższe możliwe wynagrodzenie, byłaby to dla mnie kompletna strata czasu.

Odpowiedz

Kaja Luty 20, 2015 o 16:53

Niestety mam wrażenie, że bardzo często się tak zdarza; nawet kawałek wyżej jedna komentująca opisała dokładnie taką historię – stracony urlop, zawracanie głowy, a na koniec totalnie bezsensowna propozycja i tyle z rozmowy…
Z jednej strony zrozumiałe, że pracodawca chce rozmawiać na ten temat jak już ma jakieś wyobrażenie o kandydacie, ale z drugiej – ileż zachodu oszczędziłoby obu stronom podanie widełek już na starcie! Szkoda, że u nas ten zwyczaj popularyzuje się tak powoli, i to i tak tylko w niektórych branżach.

Odpowiedz

Greg Luty 20, 2015 o 12:47

Artykul ok.

Chce tylko przyblizyc sytuacje w polskim spoleczenstwie i polskiej mentalnosci : ILE ZARABIAC ABY PRZEZYC ? czy to jest motywacja dla pracownika ?

zarzadzam duzym przedsiebiorstwem za granica i pracownik ktory nie ma oczekiwan lub wartosci samego siebie nigdy nie wniesie do firmy zbyt duzo. smutne i prawdziwe.

polacy musza sie nauczyc aby byc pewnymi siebie na rynku miedzynarodowym ale i polskim.

to my decydujemy gdzie i za ile pracujemy. nie podoba sie praca ? zmien. nie mozesz znalezc ? improwizuj, rob cos, nie siedz i nie narzekaj, badz aktywny.

to tyle.
pozdrawiam

Odpowiedz

wojtekm Luty 20, 2015 o 12:50

A nie uważacie, że te raporty typu zarobki.pracuj.pl za guzik warte? Przecież nikt nie weryfikuje kto to wypełnia… Ja tam się nie uważam za wybitnego specjalistę z branży(jestem programistą)-widzę ile mi brakuje, a te raporty zawsze mówią mi: „zarabiasz więcej niż 90% ludzi na podobnym stanowisku”. Do tego wiem ile zarabiają koledzy. Trzymam rękę na pulsie i wiem, że jestem w stanie dostać w ciągu kilku dni kolejną pracę za pieniądze które będą nas plasowały w czołówce.
Już nie raz słyszałem przedstawiając swoje wymagania: „tyle to kierownik u nas nie zarabia, a Pan nie startuje nawet na seniora”.

Podejrzewam, ze te raporty wypełniają sfrustrowani nieudacznicy i bezrobotni, albo wręcz one są fałszowane przez agencje szukające taniej siły roboczej.

Odpowiedz

Pracuj.pl Luty 20, 2015 o 13:17

Przygotowując raporty płacowe, serwis zarobki.pracuj.pl bazuje na danych deklaratywnych pochodzących od internautów. Wiarygodność danych zależy więc od tego, jakie informacje przekażą nam użytkownicy biorący udział w badaniu. Jednak dane są poddawane weryfikacji, podczas której informacje przypadkowe i odbiegające od realiów są eliminowane. Baza danych, na podstawie których powstaje raport z każdym dniem się powiększa – to również istotne, bo statystycznie większa liczba ankiet pozwala na bardziej miarodajne wyniki (dzisiaj ankietę wypełniło już ponad 900 tysięcy osób). Pozdrawiamy!

Odpowiedz

Darek Luty 20, 2015 o 13:03

Najlepsza metoda to wypytanie znajomych z kręgu naszych kompetencji. Oczywiście w niektórych branżach nie będzie to łatwe, zawsze warto jednak próbować.

Sprawdziłem raport i póki co niewiele ma wspólnego z rzeczywistością.

Odpowiedz

Szukjący Luty 20, 2015 o 14:15

Skoro jest tutaj tylu rekruterów, headhunterów, i innych specjalistów od zatrudniania, to może ktoś mi pomoże znaleźć pracę w moim mieście?
Byłbym bardzo wdzięczny. Szczegóły mogę podać w wiadomości prywatnej.
To wpis na serio.
Przy okazji wyzwanie, jak radzić sobie z naborem, i szukaniem pracy, pracowników, w innych warunkach, niż opisywane przez Was. A zapewniam, że rynek pracy jest specyficzny, i zapewne nie tak sielankowy, jak w innych miejscowościach.
Oczekuję propozycji :)

Odpowiedz

Wojtek Luty 20, 2015 o 16:40

Najbardziej nie lubię pytania:

-„Co chciałby Pan robić za 5 lat?”

Jakbym miał być szczery, to bym odpowiedział:

-„Chciałbym być rentierem i nic nie robić :p”

Podejrzewam, że 90% odpowiedzi na to pytanie to ściema niemająca nic wspólnego z rzeczywistością. Czytałem zresztą o badaniach psychologicznych, które dowiodły, że to pytanie jest bez sensu, bo nie ma żadnych empirycznych dowodów na to, że osoba widząca siebie za 5 lat jako wzorowego pracownika danej firmy faktycznie nim zostaje, z kolei osoby, które nie wiedziały co chcą robić za 5 lat, i owszem, zostają wzorowymi pracownikami, bo akurat w trakcie późniejszej pracy w tej firmie odnalazły w tym jakiś sens.

To, że ja „chciałbym” za 5 lat być rentierem nie oznacza, że nie będę przez 15 lat dobrym pracownikiem, bo racjonalnie rzecz ujmując zrozumiem, że dobrze pracując i awansując przez nie 5, a 15 lat, uzbieram kapitał na znacznie większe inwestycje, będę miał znacznie lepszą zdolność kredytową, która pomoże mi w inwestycjach itd…

Dobrym przykładem jest np. znany wszystkim inwestorom w nieruchomości Sławek Muturi. Podejrzewam, że nigdy nie ukrywał dążenia do rentierstwa, a w firmach w których pracował dochodził do najwyższych stanowisk. W swojej autobiografii przyznał, że zawsze był bardzo leniwy. Gdyby na rozmowie kwalifikacyjnej w swojej pierwszej pracy powiedział, że jego wadą jest lenistwo, a celem zostanie rentierem, to chyba za daleko by nie zaszedł.

I co z takimi pytaniami robić? Delikatnie mówiąc używać „dyplomacji” ? 😉

Odpowiedz

Karolina Luty 21, 2015 o 14:55

Nienawidzę zadawać tego pytania kandydatom. Muszę je zadać bo menadżer chce (nie wiem po co mu to), więc pytam zazwyczaj czy kandydat widzi dla siebie jakąś ścieżkę rozwoju kariery na ten moment, czy interesują go jakieś konkretne obowiązki/stanowiska na przyszłość.
Tak czy inaczej, uważam to pytanie za zbędne, nie sprawdza ono niczego. Jak połowa głupich pytań rekrutacyjnych.

Odpowiedz

Wojtek Luty 21, 2015 o 18:32

„czy kandydat widzi dla siebie jakąś ścieżkę rozwoju kariery na ten moment, czy interesują go jakieś konkretne obowiązki/stanowiska na przyszłość” – już jest znacznie lepsze pytanie niż „co chciałbyś robić / gdzie się widzisz za 5 lat?” :)

Może zbyt dosłownie traktuję tę kwestię, pewnie dla większości ludzi te pytania się niewiele różnią, ale dla mnie pytanie „co chcesz robić za 5 lat” aż się prosi o odpowiedź „leżeć pod palmami”, a pytanie „czy interesują cię konkretne stanowiska na przyszłość”, to pytanie, które wymaga jakiejś racjonalnej oceny swojej ścieżki kariery w tej konkretnej firmie.

Mogę sobie chcieć różne rzeczy, ale racjonalnie za 5 lat widzę siebie powiedzmy na stanowisku kierownika działu sprzedaży – to drugie, to już jest bardziej konkretne pytanie motywujące konstruktywną odpowiedź.

Odpowiedz

Mateusz Maj 2, 2015 o 14:14

1) Jeśli powiesz, że masz kredyt do spłaty, pracodawca będzie Ci zbijał stawkę za pracę, bo Ci na niej zależy, bez niej nie spłacisz kredytu. W poradnikach radzą się tym pochwalić, bo dobry pracodawca da Ci podwyżkę, raczej Ci dołoży zadań i darmowych nadgodzin.
2) Na pytanie co chcesz robić za 5 lat jak odpowiesz, że chcesz być rentierem i nic nie robić, pracodawca Cie wyrzuci za drzwi, bo będziesz dla niego zagrożeniem – konkurentem. Owszem są ludzie, którzy Cię przyjmą, zapłacą za MBA, ale to raczej zagranica. Polak Cie wyrzuci za drzwi. Mi jeden zagraniczny dyrektor chciał płacić za MBA. Polak jak się dowie, że chcesz być kierownikiem/dyrektorem/właścicielem firmy wyrzuci Cie z wilczym biletem. Takie realia – polskie piekiełko.

Odpowiedz

Beata Luty 23, 2015 o 17:00

Troche dziwne jest, ze okres, o ktory pytaja rekruterzy w Polsce to 5 lat. Trzy lata jest bardziej realne w kontekscie zmian zyciowych i celow zawodowych.

Gdzies czytalam, ze na tak postawione pytanie (niesmiertelne 5 lat) podczas rekrutacji do Microsoft programista odpowiedzial, ze wtedy chce zostac misjonarzem. I to byla wlasciwa odpowiedz (ja bym odpowiedziala, gdyby rekrutowal moj bezposredni przelozony, ze chce siedziec na jego miejscu), nie stwarzajaca dla nikogo zagrozenia i rekrutacja zakonczyla sie sukcesem.

Odpowiedz

M Luty 20, 2015 o 23:00

Michał, przeglądając na feedly nie widać polskich znaków, same kratki.

Odpowiedz

sia Luty 21, 2015 o 11:43

W tym szaleństwie jest metoda! 😉

Odpowiedz

sia Luty 21, 2015 o 12:06

Może to temat na inny wpis ale akurat jestem Mamą powracają na rynek pracy. Mam wrażenie po ostatniej rozmowie kwalifikacyjnej, która zakończyła się pytaniem o posiadanie dzieci, że właśnie ten fakt przekreślił moją szansę… Rozmowa była długa – 1h, znana firma, moje oczekiwania finansowe dla rekrutacji zadowalające etc. Wszystko zapowiadało się idealnie. Rekruter też młoda Mama. Czy lepiej nie mówić o dzieciach? Wiem że nie powinna była pytać ale to inna kwestia…
Szukam pracy od grudnia i mam konto na pracuj.pl dzięki czemu wiem ile maili z cv zostało otwartych. Średnia? 1/10. Czy te oferty są tylko dla picu?

Odpowiedz

Beata Luty 23, 2015 o 17:04

Akurat udzielajac odpowiedzi na to pytanie w swietle prawa mozna sklamac bez ponoszenia konsekwencji, chociaz to pytanie nie powinno pasc wgole. Z drugiej strony, to naprawde ironiczne (i okrutne), ze to wlasnie inna mloda matka Cie tak potraktowala. Bardzo niefair.

Odpowiedz

Dawid Marzec 3, 2015 o 15:48

U mnie podobnie, ogólnie jeśli nie jest się specjalistą to po pierwsze pracy jest niewiele, a jesli już to za pieniądze, które moim zdaniem obrazają godność człowieka. Bo jeżeli po opłaceniu skromnych rachunków (nie mówię o kredycie), zakupów głownie w tanich marketach i biedronce ( nie w Piotrze i Pawle lub Almie), nie ma pieniedzy na rozrywkę typu kino raz w miesiącu to jest to moim zdaniem porażka. Oczywiście nie ma co biadolić tylko wziąć się za siebie. I tak też robię i jest coraz lepiej, natomiast nie wszyscy mają takie możliwości.

Odpowiedz

Karolina Luty 21, 2015 o 14:57

Sia – nikt nie powinien pytać Cię o posiadanie dzieci. Szczyt wszystkiego.

Odpowiedz

Michał Luty 21, 2015 o 16:38

Jest jeszcze kwestia szacunku pracodawcy do przyszłego pracownika a właściwie jego braku, mam na myśli chociażby treśc ogłoszeń gdzie brakuje informacji o wynagrodzeniu co w rezultacie często prowadzi do straty czasu na rozmowę dla obu stron. Lista wymagań i oczekiwań jest bardzo długa, natomiast to co może zaoferować firma sprowadza się do młodego i dynamicznego zespolu, miłej atmosfery jakby to były najważniejsze rzeczy dla których ktoś podejmuje pracę. Wiadomo, że pieniądze są głównym motywatorem, a reszta schodzi na dalszy plan.

Odpowiedz

Kamila Marzec 1, 2015 o 19:22

ja kiedyś podczas rozmowy telefonicznej zapytałam o wynagrodzenie i umowę, pani krzyknęła na mnie, że to jest chamstwo zadawać takie pytanie na pierwszej rozmowie i powiedziała żebym do niej nie przyjeżdżała. Miała być to praca w kwiaciarni , na drugim końcu miasta,podejrzewałam umowę zlecenie i najniższą krajową, i stwierdziłam że zapytam bo po jakiego grzyba mam się tłuc taki kawał drogi, skoro już miałam byle jaką pracę i po prostu szukałam lepszej. Dziwi mnie takie zachowanie , brak szacunku dla ludzi. Sorry że pytam o zarobki. Sorry, że w ogóle chcę pieniądze.

Odpowiedz

Kamila Marzec 1, 2015 o 21:22

Hej, moja imienniczko. :)

Właśnie zupełnie nie rozumiem dlaczego w Polsce wynagrodzenie jest takim tematem tabu.. Przecież to oczywiste, że wszystkich ludzi do podjęcia pracy motywuje głównie wynagrodzenie. Oczywiście zdarzało mi się zmieniać pracę np. dla perspektyw lepszego rozwoju zawodowego, ciekawszych zadań, większej odpowiedzialności, awansu itd., ale to wszystko nie zachęciłoby mnie gdyby płacono mniej niż w poprzedniej pracy.

Gdyby kwestia wynagrodzenia (chociaż orientacyjna) padała na początku rozmów, w wielu przypadkach obie strony (rekrutująca i rekrutowana) oszczędzałyby czas.

Z drugiej strony, czy chciałabyś pracować u kogoś o takim charakterze jak tamta kobieta? Ja nie. :) Zatem to było dobre „pytanie weryfikujące”, dzięki któremu dowiedziałaś się z kim masz do czynienia.

Odpowiedz

Tomek Luty 21, 2015 o 16:38

Ponad 2 lata temu starciłem pracę w korporacji, gdzie pracowałem ponad 20 lat budując rynek pewnych produktów od zera, przez lata utrzymując dominującą pozycję swego pracodawcy na rynku polskim. Oczywiście wymagało to sporej pracy mojej osobiście i mojego zespołu. Jednak nadszedł ten czas kiedy mimo bardzo dobrych wyników sprzedaży mój pracodawca jak większość innych musiał w kreatywnej ksiegowości wykazać pewne oszczędności i wykorzystując słowo wytrych: kryzys (w tej branży, w której pracowałem nie było kryzysu, zresztą jak w wielu innych!!!) zwalniając parę osób z najdłuższym stażem i oczywiście z dobrymi zarobkiami.
Przez pół roku szukałem pracy, wysyłając poprzez portale takie jak pracuj.pl oraz inne z czołówki setki aplikacji. Zarejestrowałem się na głównych portalach czołowych firm rekrutacyjnych i… Zero odpowiedzi. Wszystkie rozmowy rekrutacyjne, na których stawiłem się były z przypadku t.j. ktoś mnie polecił lub w branży zrobiło sie tak głośno o naszych zwolnieniach, że rekruterzy sami docierali do mnie. Na pierwszych rozmowach byłem bardzo podniecony, że ktoś jest zainteresowany moją osobą i kandydaturą ale po jakim czasie czar prysł. Podczas spotkań „paniusia” zupełnie nie była zainteresowana tym co mówię lub dała mi oględnie do zrozumienia, że ona musi po prostu odhaczyć ileś tam takich spotkań. Na końcu każdj z rozmów rekrutacyjnych padały pytania o oczekiwania zarobkowe. I tu jest właśnie sedno sprawy czego nie oraniam: w Polsce jest to jakiś temat tabu bo np. ponoć podczas pierwszego spotkania jak wymieni się kwotę to ma się przerypane. Jak tak niestety zrobiłem podchodząc uczciwie do tematu. Nie rozumię dlaczego tak jest skoro za granicą człowiek w ciągu pierwszych 5 minut spotkania słyszy konkretną kwotę jaką mu się proponuje albo ma się podane widełki. WTF???
Sądzę, że u nas rekruterzy po prostu szukają naiwnych, którzy za średnią krajową podejmą się tej pracy nawet jak budżet na przedmiotowe stanowisko jest 2-10 razy większy. Bo niby jak podchodzić do ofert pracy na stanowisko np. key account managera, który ma odpowiadać za sprzedaż, wykonanie targetów, budżetu, jeżdzić 5x w ciągu tygodnia do klientów, odpowiadać za trylion różnych rzeczy z pensją 3500 brutto a z drugiej strony jest oferta pracy dla portiera, który jedynie rejestruje osoby wchodzące i wychodząca, żadnej odpowiedzialności, zero wyjazdów w delegacje i pensja 2900 brutto. Czy to jest normalne???
Mimo wszystko po po odbyciu wielu spotkań z firmami rekrutacyjnymi, rozmowami ze znajomymi, byłymi pracownikami firm rekrutacyjnych mam takie wrażenie, że większość tych procesów jest ustawiona. Zresztą tak się to odbywało w mojej poprzedniej korporacjji. Kandydatk był wybrany wcześnie bo był ponoć odpowiedni a dział HR przeprowadzał poprzez firmy zewnętrzne (bo takie były procedury) rekrutacje, podczas której kandydaci byli tzw. mięsem armatnim, które trzeba było odstrzelić.
Ostatecznie znalazłem prace zgłaszając się do firmy bezpośrednio i po 1szej rozmowie z prezesem zostałem przyjęty. Wg mnie cały ten proces szukania pracowników przez firmy rekrutacyjne to jedna wielka ściema i nic nie warty precedens nie dający gwarancji, że znajdzie się odpowiednią osobę. Z drugiej strony kochani pracodawcy i rekruterzy: jeśli szukacie za marne pieniądze dobrze wykwalifikowanych pracowników to być może je znajdziecie ale osoby te zahaczą się u Was na chwilę i odejdą jak znajdą o wiele lepszą pracę więc pytanie czy warto? Czy warto szukać oszczędności zwalnijąc bardzo dobrych fachowców i zatrudniając nowych za mniejsze pieniądze? Miejcie świadomość, że w wielu branżach ludzie tworzą firmy i stanowią o jej sile i wartości i nie zawsze zatrudniając nowych można zachować pozycję, bo ludzie odchodząc zabierają nie tylko wiedzę, którą mają w głowach ale przede wszystkim kontakty.
Mój przykład i wielu moich znajomych pokazuje, że nie opłaca się zwalniać doświadczonych i dobrze opłacanych pracowników. Moja poprzednia firma po zwolnieniu mnie straciła ponad 40% klientów i rynku, zyski oraz sprzedaż spadły. Oczywiście kreatywni menadżerownie wytłumaczą to kryzysem itp. itd, papier wszystko przyjmie.
Ja osobiście nie narzekam, kiedy słyszę, że tak dużo młodych osób wyjechało z kraju za pracą. Namawiam wręcz młodych aby z Polski uciekali do kiedy będą na rynku pracy będą istniały firmy rekrutacyjne i rekruterzy chcący znaleźć ludzi do pracy za minimalną stawkę i firmy nie będą chciały płacić za wiedzę i doświadczenie bo tak niesttey obecnie to wygląda. Może jak jeszcze 2-3-5 milionów ludzi wyjedzie z Polski z lepiej płątną pracą to pracodawcy zmądrzeją i zaczną godziwie nas wynagradzać.
I nie mówcie mi proszę o wysokich kosztach pracy w Polsce i innych bzdetach w sytuacji kiedy firmy, które rzekomo nie mogą nam godziwie płacić mają miliony złotych na kontach, właściciele tych firm, zarząd, wysoko postawieni menadżerowie wydają miliony na luksusowe samochody, jachty i inne przyjemności a my mamy zadowolić się 3500 brutto.

Odpowiedz

Adam Luty 22, 2015 o 09:23

Tomek, dobry wpis. Czytając go nasunąła mi się myśl, że to „polskie cebulactwo” jest obecne również na rynku pracy.
Taka analogia do kupowania używanego samochodu. U nas szuka się najtańszych i nie jest ważne, że licznik cofnięty i że powypadkowy. Ważne, że na pierwszy rzut oka wygląda ok i że jest tani! To, że eksploatacja będzie kosztowna, a awaryjność ponadprzeciętna się nie liczy :) Po co kupować lepszy egzemplarz z pewną historią? Samochód to samochód. Dlatego rynek aut używanych w Polsce tak wygląda jak obecnie – ludzie chcą być oszukiwani, bo liczą się pozory i atrakcyjna cena.

Zdałem sobie też sprawę, że obserwowałem coś podobnego w poprzedniej firmie. Jak przyszedł kandydat, który miał doświadczenie i umiejętności potrzebne do właściwego zrobienia roboty, to problemem okazały się pieniądze. To szczególnie boli, jak się okazuje, że w innym, dużo większym dziale zatrudniono po tym fakcie osoby, które (z relacji kolegów, którzy nadal tam pracują) zajmują się głównie siedzeniem na FB i rozmawianiem między sobą jak to im się nie chce pracować. Różnica jest taka, że ich wynagrodzenie mieści się w widełkach, a oczekiwania tego mega-potrzebnego kandydata były poza ich górną granicą. Praca tych obiboków praktycznie nic nie wniesie do tego dużego działu, natomiast praca gościa, którego nie zatrudnili prawdopodobnie by zaowocowała powstaniem produktu o klasę lepszego niż obecnie, za który można brać zupełnie inne pieniądze. Najlepsze jest to, że w tej sytuacji osoby, które trochę bardziej interesują się polityką firmy zaczynają się rozglądać za inną pracą.

Odpowiedz

Marcin Luty 21, 2015 o 17:14

Dobry i rzeczowy artykuł. Jak zawsze zresztą. Pozdrawiam :).

Odpowiedz

XYZ Luty 21, 2015 o 19:29

Dziękuję za interesujący wpis :)
8 lat w jednej firmie (do 8 osób). Zatrudniony pod warunkiem, że założę firmę. Początki fajne, robię to co lubię, koleżeńskie kontakty ze współpracownikami i właścicielami. W trakcie pracy dostałem propozycję symbolicznej współwłasności firmy (1%). Poświęciłem bardzo wiele firmie, czułem współodpowiedzialność, pracowałem coraz więcej, wydajniej, praca w weekend – nie ma problemu.
Z czasem wyszły kwiatki:
– „jesteś chory? To masz problem, jesteś firmą, musisz sam poszukać swoje zastępstwo, praca musi być zrobiona, to nie jest problem firmy”, pomijam tu kwestię „chorobowego”, bo to wiadomo jak jest prowadząc DG.
– „urlop? a kto w tym czasie będzie pracował?” – efektem są obecne problemy zdrowotne, 8 lat bez urlopu (kilka dni w roku bez ciągłości to nie jest odpoczynek)
– rozpoczęta niedawno rozmowa o podwyżce (od początku pracy stawki się nie zmieniły, zakres i odpowiedzialność tak) spotykała się z odpowiedzią „bardzo bym chciał, ale firma nie ma kasy na podwyżki” – takie odpowiedzi był też wcześniej, brałem je na serio, nie ma to nie ma. Obecnie sytuacja się zmieniła bo „koledzy szefowie” zaproponowali obniżenie stawek oraz udostępnienie mojego know-how oraz moich narzędzi pracy. Moja odmowa stała się podstawą do wypowiedzenia umowy.
Podsumowując, pamiętajcie też, że idąc na rozmowę o podwyżkę dajecie również do zrozumienia pracodawcy „o, trzeba szukać innego pracownika, bo ten chce więcej, jak mu nie dam (nie bo nie, nie kalkuluje mi się itd) to pójdzie prędzej czy później gdzieś indziej”. Warto mieć plany awaryjne, a przede wszystkim być pewnym swojej (realnej) wartości na rynku pracy.
Z perspektywy czasu już wiem, że długoterminowe oczekiwanie aż ktoś z przełożonych (czy klientów) mnie doceni, bo daję mu (sam z siebie) więcej się nie opłaca. Lepiej inwestować w siebie (odpoczynek to też inwestowanie w siebie).

Odpowiedz

Kamila Luty 21, 2015 o 19:51

XYZ, strasznie pechowo trafiłeś, naprawdę współczuję.

Potwierdza się moje zdanie, że warto dawać z siebie coraz więcej, ale również zaraz potem samemu oczekiwać więcej dla siebie. :) Nikt Cię nie doceni jeśli sam nie będziesz cenił siebie.

Zresztą popatrz, to naturalne. Mając pracownika, który jest świetny, wspaniały, robi wszystko dla Twojej firmy i będzie robić to nadal bez zmiany warunków zatrudnienia (np. podwyżki), czy dałbyś mu tę podwyżkę sam z siebie? Raczej nie. (Chyba, że realizujesz się w dobroczynności. 😉 Za to mając równie świetnego pracownika, który „przyjmie na siebie więcej obowiązków, ale…”, prędzej pomyślisz o takiej podwyżce. Każdy pracodawca chce płacić jak najmniej, a każdy pracownik chce zarabiać jak najwięcej i to zupełnie naturalne – po to są te wszystkie negocjacje, aby ustalić kompromis.

Natomiast idąc na negocjacje dużej podwyżki zdecydowanie warto mieć plan awaryjny. Ja przed każdą moją negocjacją biegam na .. rozmowy o pracę. Gdy mam już załatwioną inną pracę, zupełnie zmienia to moje podejście w trakcie negocjacji, bo wiem, że w razie czego nie zostanę na lodzie. Przy okazji upewniam się co do mojej wartości na rynku pracy, a to też buduje znaczną pewność siebie.

A poza tym powodzenia i nie daj się w nowej pracy! :)

Odpowiedz

XYZ Luty 24, 2015 o 14:11

Kamila, dziękuję za odpowiedź.

Oczekiwałem więcej dla siebie, ale „jest teraz trudniej, poczekajmy z tym jeszcze trochę” przeciągnęło się w lata. Zdałem sobie sprawę, że teraz (przed wypowiedzeniem) cieszyłem się zachowując status quo.

Widzisz, oczekiwałem, że tak będzie. Poprzednia praca zdalna dla kilku firm ze skandynawii chyba uśpiła moją czujność. Tam po zakończeniu zadania, celu, było podsumowanie, opisanie co można będzie zrobić lepiej/szybciej w przyszłości, ale były też pochwały/nagrody/premie za dobrze lub wyjątkowo dobrze wykonaną pracę. Błędem z mojej strony było oczekiwanie partnerstwa.

Plan awaryjny warto mieć zawsze. Mnie zaskoczono „obcinamy kwotę o 24%, bo są tańsi na rynku – zgadzasz się? -nie – to dziękujemy”. Teraz przeżywam rozstanie jak zraniony kochanek…

Odpowiedz

Kamila Luty 24, 2015 o 14:50

„Mój kraj taki piękny”. 😉 Wiesz, mentalność społeczeństwa w Polsce jest zupełnie inna niż w tej Twojej Skandynawii.

Ja sama też w mojej historii zatrudnienia natknęłam się na jednego szefa – cwaniaczka, który nie płacił w terminie, proponował obniżki pensji „bo klient mi nie zapłacił”, oczekiwał dyspozycyjności 24h/dobę, nie wspominając o nieustannej presji w pracy, pracy w święta i weekendy itp. w połączeniu z niespełnionymi obietnicami, że „kiedyś będzie lepiej”. Miarkę przelało 2.5 miesiąca opóźnienia w wypłacie wynagrodzenia w połączeniu faktem, że dowiedziałam się, iż mój projekt wykonany w tym czasie został sprzedany klientowi za 220 tys zł i pieniądze już wpłynęły, a dla mnie nie ma na marną pensję.

Ale nigdy nie miałam w związku z tym syndromu „zranionego kochanka”, bo ten okres w pracy był dla mnie przełomowy. Nauczył mnie większej asertywności, wzmocnił moją odporność na stres, a przede wszystkim uświadomił ile moja praca może być warta! Nie dla jakiegoś szefa, tylko obiektywnie! :) 220 tys za to, co wykonałam w 2 miesiące? Wow! Zresztą sam czas pracy tam również nie był zmarnowany, bo zdobyłam sporą wiedzę i wyszłam ze znacznie bogatszym CV.

Nie jestem jakąś męczenniczką, więc uznałam, że przyszła pora odejść. Po prostu któregoś dnia powiedziałam szefowi co sądzę o jego podejściu do prowadzenia biznesu i złożyłam wypowiedzenie. Najwyraźniej to on miał później syndrom tego kochanka, gdyż innym pracownikom opowiedział, że to on mnie zwolnił. 😉 Ale to nieistotne, bo tu chodziło o mnie, a nie o niego!

Nową pracę znalazłam szybko i tym razem dużo bardziej się ceniłam, więc i warunki były znacznie lepsze. Chociaż powoli dorastam do myśli o założeniu własnej firmy.

Najlepiej potraktować wszystko to, co cię spotkało, jako bardzo cenne doświadczenie. Serio, wiem że to brzmi jak banał, ale w żadnej z firm, w których pracowało mi się dobrze i bezproblemowo nie nauczyłam się tyle o poczuciu własnej wartości i o walczeniu o swoje, jak u „cwaniaczka”.

Ale bardzo ważna rzecz w takiej sytuacji to oszczędności. Nie wyobrażam sobie takiej akcji w sytuacji, gdy jedna wypłata dzieliłaby mnie od utraty płynności finansowej.

Odpowiedz

Radosław Luty 24, 2015 o 21:41

Kamila święte słowa…
Poczucie własnej wartości i nauka bycia asertywnym.
Z tym byciem asertywnym u mnie słabo stąd te „kwiatki” w pracy.

Odpowiedz

Radosław Luty 24, 2015 o 21:44

Kamila święte słowa…
Poczucie własnej wartości i nauka bycia asertywnym.
Wszystko co nas złe w pracy zastało, starać się przekuć na pozytywny scenariusz na przyszłość.
Z tym byciem asertywnym u mnie słabo stąd te „kwiatki” w pracy.

Odpowiedz

brzydkizdzicho Luty 21, 2015 o 22:51

niestety u nas nadal obowiązuje rynek pracodawcy…my malutcy jesteśmy na przegranej pozycji!

Odpowiedz

Radosław Luty 22, 2015 o 08:41

Michal dziękuje za pozytywny wpis.
XYZ mam podobną sytuację w obecnej pracy… Jeszcze tylko przez 37 dni :)
Warto zrobić rachunek sumienia z samym sobą i pracodawcą. Pomagają w tym liczby, aby przedstawić pracodawcy. W moim przypadku jest wymuszane poczucie winy- „my Tobie tak pomogliśmy” naprawdę??
Cyferki bardzo pomagają – swoje zaangażowanie na tle innych pracowników itp.
Kamila, zanim zrezygnowałem z pracy, miałem już plan awaryjny. Mam już nową pracę, plus wielka zmiana będę mieszkał z moją „rodziną” po 2 latach widzenia się tylko 1 1/2 dnia w tygodniu. Nowa praca 2minuty pieszo od domu, więcej czasu wolnego, wyższe wynagrodzenie, kursy dokształcające na koszt pracodawcy.
Teraz tylko 37 dni pracy, w nerwowej atmosferze, ale odcinam się jak mogę, po pracy biegam i czytam artykuły Michała i książki przez Niego polecane. A w pracy aby czas szybciej płynął słucham bardzo pozytywnych podcastów WNOP – zostałem ukarany pracując poza teamem bo jestem ble – więc aby podnieś swoje morale Michał mi w tym pomaga.
Pozdrawiam serdecznie, życzę miłego dnia Wam wszystkim :)

Odpowiedz

XYZ Luty 24, 2015 o 13:56

Radosław, mam identycznie jak piszesz, wymuszanie poczucia winy, „nie zgodziłeś się na niższą pensję, jak mogłeś, jesteś przeciwko firmie”. Mi zostało 77 dni. Jest już inna praca na horyzoncie, jednak przez te dni tyle się może wydarzyć.
Po takim zaangażowaniu rozstanie boli jak zdrada. Na razie jestem na etapie przeżywania „jak oni mogli” i wściekłości „ja wam pokażę”. Takie zaangażowanie emocjonalne w pracę to można chyba zaliczyć jako „moja wada” w rozmowach z przyszłymi pracodawcami 😉

Odpowiedz

Radosław Luty 24, 2015 o 21:58

XYZ to mamy podobną wadę – zaangażowanie emocjonalne w pracę.
„Ja wam pokażę” wydaje mi się, że to zły pomysł.
Z mojego punktu widzenia, jeśli zaczniesz „olewać” obowiązki – bo nowa praca czeka , to mimo wszystko możesz zaostrzyć klimat w pracy na swoją niekorzyść.
Staraj się pracować tak jak zawsze do ostatniego dnia – mimo że „koledzy” z pracy będą Cię psychicznie gnębić i że tak powiem s… na głowę – to czasami warto być frajerem – odsyłam co do tego tematu na http://www.czasgentlemanow.pl – nie dać się wyprowadzić z równowagi bo o to im chodzi. Bądz uprzejmy miły jak zawsze, a ” ja wam pokażę” poczują w pierwszym dniu po Twoim odejściu…
Ważne abyś Ty sam z sobą się dobrze czuł, i miał swoje sumienie czyste w końcu wiesz ile jesteś wart :)
Pozdrawiam Radosław

Odpowiedz

ka Luty 22, 2015 o 09:26

Moim celem życiowym było (i jest nadal) praca w XXX (wpiszcie sami), natomiast życie tak się ułożyło, że pracuję w YYY; niby podobnie, ale jednak nie to. Mało tego, nie oszczędzam się w pracy, mam ugruntowaną wiedzę na pewnym poziomie i fach w ręku, jednakże – jak już spotkałam się tu z podobnymi przypadkami – i tak jest to mało. Nadgodziny mi niestraszne, jeśli chodzi o skończenie pewnej rzeczy, która musi być wykonana. Zarobki – 1900 brutto… Bez opcji podwyżki. A spróbuj tylko zaczynać rozmowę o wypłaceniu za nadgodziny – wylecisz z roboty przy pierwszej okazji (czyli za dwa tygodnie. Ot, realia. Moja branża nie jest zbyt oblegana, byłam na rozmowach o pracę, niestety bez skutku. Czy to ze mną coś nie tak?…

Odpowiedz

Dawid Marzec 3, 2015 o 16:06

Wszystko z Tobą w porzadku. Ten rynek jest chory i tyle. Pracuje za podobna stawkę i przez godziny pracy mam cały dzień rozwalony (11-20) + dojazd 1,5h. Daję z siebie wszystko (jeszcze mam chęci) a kierownik, olewajacy swoje obowiązki jeszcze Ci powie „na to co robicie i tak dobrze zarabiacie, inni mają gorzej”. Na pewno mu to przypomne gdy już odejdę :)

Odpowiedz

Kamila Marzec 4, 2015 o 13:26

Szukanie winy w sobie („może to ze mną coś jest nie tak”) albo w rynku pracy („w Polsce nie da się i już”) nie jest niczym konstruktywnym i nic nie da poza chwilową ulgą ponarzekania.

Oczywiście, czasem są takie uwarunkowania, że w niektórych zawodach po prostu jest ciężko – np. tam, gdzie są to prace nie wymagające szczególnych kwalifikacji, albo gdzie w ogóle na rynku jest mało miejsc pracy.

Zawsze jednak można na przykład zmienić zawód, co polecam przemyśleć.

Ja tak zrobiłam. Moje dorosłe życie zaczęło się tak, że najpierw skończyłam studia „z przypadku”, wychodząc z założenia, jakie ma wiele osób – że zajmę się tym co mnie interesuje, a z pracą jakoś to będzie. Oczywiście to tak nie działa, skończyło się na długich poszukiwaniach pracy lub pracach za bardzo niskie stawki (moja rekordowo niska płaca to było 6 zł za godzinę, brutto).

W którymś momencie przysiadłam, przejrzałam oferty pracy i postanowiłam zająć się czymś co da mi większe możliwości zatrudnienia (było więcej ofert, lepsze pieniądze). Oszczędności ze stypendium zainwestowałam w studia zaoczne i kursy językowe (te drugie dofinansowane po części z UE), przeprowadziłam się do większego miasta, starałam się łapać prace dorywcze w nowym zawodzie, a potem szukać już stałej pracy i… udało się.

Na początku było śmiesznie, bo moje CV ma taki „przełom” i rekruterzy podejrzliwie dopytywali się skąd nagle taka zmiana zawodu. „Bo tu jest praca i pieniądze” wydawało mi się złą odpowiedzią, więc coś tam ściemniałam na rozmowach o nowo odkrytych pasjach itp. 😉 Wiem, że nie brzmi to dobrze. Ale co poradzić, nowy zawód nie jest moją pasją, jest rzeczą którą oczywiście lubię (bo nigdy bym nie podjęła się pracy, której nienawidzę), ale to bardziej jednak narzędzie do zarabiania pieniędzy, dzięki którym moje pasje mogę realizować po godzinach pracy.

Teraz po kilku latach nikt już mnie o to nie magluje, a ja jestem bardzo zadowolona, bo mam pracę w bardzo dobrych warunkach i nieźle zarabiam.

Gdybym stała przez te parę lat w miejscu i zastanawiała się co ze mną nie tak, pewnie nadal pracowałabym za jakieś 10 zł za godzinę i drżała o utratę posady.

Inne opcje jakie widzę to:

– Wyjazd za granicę – paru moich znajomych się na to zdecydowało i sobie chwalą. Ja bym nie chciała, bo czuję się za mocno związana z Polską i miejscem, w którym mieszkam, ale jeśli ktoś nie ma takich sentymentów, to czemu nie. Jest to dobry pomysł nawet na to, żeby jechać na prace sezonowe na wakacje, wrócić z oszczędnościami do Polski i mieć na np. szkolenia/poduchę finansową na okres szukania nowej – lepszej – pracy. :)

– Własna działalność – czasem to najlepsze wyjście, gdy ktoś nie chce rezygnować z ukochanej branży, a nie ma tam dla niego dobrych ofert pracy.

Najważniejsze to wg. mnie po prostu wziąć odpowiedzialność za swoje miejsce zawodowe, obrać sobie cele i do nich dążyć, a nie płynąć na fali i liczyć na magiczną poprawę i podwyżkę, która może spłynie na nas za rok, dwa, a może nie.

Odpowiedz

Michał Marzec 4, 2015 o 14:26

Dobrze napisane! :)

Są sytuacje łatwe, trudne i trudniejsze.. grunt to szukać rozwiązań. Popieram!

Odpowiedz

Krzysztof Marzec 12, 2015 o 21:14

Hej Kamila :)
Możesz uchylić rąbka tajemnicy na jaką branżę przeszłaś? Bo mam obecnie wrażenie bycia w podobnej sytuacji jak Ty kiedyś tzn studia z przypadku i „jakoś to będzie” a obecnie stwierdzenie że na rynku pracy kiepsko z moim zawodem. Myślę nad przebranżowieniem się i podbiciem swojej wartości przez języki obce bo to daje na początek spory skok do przodu. Jakieś rady na podstawie własnej drogi? Czego unikać? Będę wdzięczny za kilka wskazówek :)

Odpowiedz

Joanna Luty 22, 2015 o 10:21

Dziękuję. Po trzech miesiącach ciężkiej pracy w tym tygodniu będę negocjowała podwyżkę dla siebie na kolejne siedem mc. Podane rady, bardzo mi się przydadzą. Poproszę o trzymanie kciuków.

Odpowiedz

Darek Luty 22, 2015 o 11:28

Gdy starałem się o pracę na magazynie byłem na dwóch godzinnych rozmowach , jedna z kierownikiem a druga z dyrektorem oddziału. Pytania zupełnie z kosmosu w stosunku do tego co miałem tam robić, np. takie jakim bym chciał być zwierzęciem, jak bym sprzedał np. zeszyt, maglowanie każdej pracy z cv, służby wojskowej. Wypytywanie o rodzaje stali, oznaczenia , technologie. A praca…..przekładanie metalowych elementów z kontenerów na palety:) Dodam,że preferowani byli kandydaci z wyższym wykształceniem . Dostałem wtedy 1700 na ręke.

Odpowiedz

KasiaS Luty 24, 2015 o 13:53

Masz rację – wysokość zarobków to trudny temat. Sama jestem prawie świeżo po rozmowie kwalifikacyjnej i prawdę mówiąc załuje, że nie pomyślałam o tym wszystkim, co napisałeś w momencie zmieniania pracy. Myślę, że wtedy moje negocjacje wynagrodzenia wyglądałyby zupełnie inaczej. W sumie to dopiero teraz uświadomiłam sobie, że tak naprawdę chyba nie doceniam swoich umiejętności i nie umiem pewnie zaprezentować swoich oczekiwań na rozmowie o pracę. Ale masz rację, następnym razem zacznę od solidnej kalkulacji, bo chyba do tej pory sama nie wiem czego tak naprawdę oczekiwałam… Dzięki!

Odpowiedz

Popszukujący Luty 27, 2015 o 13:56

Jak widzę, żaden z rekruterów się nie odezwał :( Czyżby mieli coś do powiedzenia tylko tam, gdzie jest jakikolwiek rynek pracy? A w przypadku, gdy takiej pracy nie ma, lub jest dla „wybrańców”, to co? Wszelkie te porady jak się zachowywać, co mówić czego nie, na nic. Nie wspomnę o negocjacjach zarobkowych.
I jak, znajdzie się ktoś, kto znajdzie mi zatrudnienie w mojej miejscowości? Szczegóły w wiadomości prywatnej.

Odpowiedz

Jan Marzec 1, 2015 o 17:39

Rekruterzy nie są po to, aby znaleźć Ci pracę, ale po to był znaleźć najlepszego kandydata dla pracodawcy (który ich zatrudnia i za to im płaci). Gdy pracy nie ma to nie ma rekrutacji 😉 A co do rekrutacji ustawionych pod „wybrańców” – to nie jest temat tego artykułu. Jeśli nie ma pracy w twojej miejscowości, to albo stworzysz sobie sam miejsce pracy (działalność gosp, itp), albo zaczniesz szukać pracy tam gdzie jest.

Odpowiedz

Marta Marzec 3, 2015 o 17:48

Mnie się podobało jak jeden rekruter zadzwonił do mnie i przez telefon zadał pytanie – ile chce pani zarabiać? Domyślam się, że gdybym powiedziała za dużo, to nie zaprosił by mnie na rozmowę. I tak powinni postępować inni, a już cudem i marzeniem moim byłoby, gdyby przy każdym ogłoszeniu o pracę podane były widełki zarobków. Bo część moich rozmów to zupełna strata czasu, moja i osoby rekrutującej. Jedziesz, rozmawiasz,stresujesz się, a na koniec pytanie – ile Pani chce zarabiać, po czym widzisz że ta odpowiedź ich nie satysfakcjonuje:-). Często pisze w CV jakie są moje oczekiwania finansowe i dzięki temu nie marnuje już tak często czasu. Marta (zdrowydzieciak.pl)

Odpowiedz

moni Marzec 5, 2015 o 18:58

Na rozmowach warto przybierac postawe podobna do sytuacji bardziej sprzedawca( kandydat)- klient niz student-egazaminator. W koncu przychodzimy do potencjalnej firmy sprzedac nasza wiedze, doswiadczenie za jakies pieniadze czyli wyplate. Ogolnie sytuacja jednak jak rowny z rownym, choc nie zawsze kazdemu to latwo przychodzi. Wiele osob tego nie pojmuje i na rozmowie zachowuje sie jak ktos kto blaga o prace i juz jest na gorszej pozycji bo widac ze jest niepewny siebie itp. Czesto jest tak ze osoby o mniejszych kwalifikacjach ale ktore dobrze rokuja na wspolprace w firmie sa przyjmowane na dane stanowisko mimo ze byli kandydaci z lepszym CV ale na rozmowie nie potrafili sie „sprzedac” i przepadli. Na to warto zwrocic uwage bo pewnie czesc rekrutujacych kieruje sie jakimis osobistymi odczuciami co do kandydatow.

Odpowiedz

Szukający Marzec 10, 2015 o 12:21

@Jan – i w miejscu, gdzie nie ma pracy, jakby Jakby Jan był rekruterem, to nie miałby co robić, lub miałby bardzo ułatwioną pracę, która, nawiązując do tematu, sprowadzałaby się tylko do pytania (stwierdzenia), czy w ogóle chcesz pracować, łaskawie mogę Ci to umożliwić, ale oczywiście za najmniejszą krajowa, lub może nawet za mniej. Więc jak najbardziej w temacie, na który trzeba spojrzeć z innej strony, a nie tylko ogólnikowo, aby pisać dla samego pisania.

Odpowiedz

Wojtek Marzec 20, 2015 o 21:30

A ja mam pytanie, ja często prosić o podwyżkę/polepszenie warunków pracy?
Przyszedłem do pracy od września 2013. Trzy miesiące okres próbny za 80% umówionej stawki, a od grudnia normalne warunki.
W czerwcu 2014 poprosiłem o znaczące polepszenie warunków zatrudnienia. Wracałem do tematu do skutku – od października 2014 dostałem to co chciałem.
Zastanawiam się ile teraz czekać. Rok to długo, nie długo?

Odpowiedz

Piotr Kwiecień 1, 2015 o 15:07

A ja mam bardzo pozytywne doświadczenie – w czasie rozmowy telefonicznej podczas umawiania się na spotkanie zostałem wprost zapytany o oczekiwane wynagrodzenie – ponieważ zmieściłem się w „widełkach’, zostałem zaproszony na rozmowę i nie była to strata czasu. Czekam teraz na info. Może u pracodawców też coś się zmienia ?

Odpowiedz

Dodaj nowy komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: