Informacje o nowych artykułach i sposobach oszczędzania pieniędzy prosto na Twój e-mail

    

WNOP 137: Wolontariat i pomoc humanitarna, czyli jak naprawdę wygląda praca humanitarysty? – Aleksandra K. Wiśniewska

przez Michał Szafrański dodano 3 września 2019 · 71 komentarzy

Wolontariat i pomoc humanitarna

Ratowała łodzie uchodźców na Morzu Egejskim. Pomagała w obozach uchodźców w Grecji i Francji. Pracowała w obozie IDP pod Mosulem w Iraku. Po co?

Bez owijania w bawełnę – nawet, jeśli temat na pierwszy rzut oka wyda się Wam mało interesujący, to musicie wysłuchać ten odcinek podcastu. Osobiście myślę, że to najważniejszy wywiad, jaki udało mi się do tej pory przeprowadzić.

Mógłbym dać tytuł “Stale odwiedza piekło” albo “Tata wybierał z Nią kamizelkę kuloodporną” albo “Odważna Polka pomaga ofiarom ISIS”, ale to jedynie wycinek rzeczywistości, którą żyje Aleksandra K. Wiśniewska. Wspólnie próbujemy rzetelnie przedstawić kulisy trudnej pracy wolontariuszy i pracowników humanitarnych działających w rejonach, gdzie każdego dnia giną ludzie potrzebujący pomocy.

Ola to osoba absolutnie wyjątkowa. Nie boję się o niej powiedzieć – bohaterka. Pomimo swojego młodego wieku jest już osobą bardzo doświadczoną w obszarze pomocy humanitarnej. Wyjeżdża i pomaga tam, gdzie zdecydowana większość z nas bałaby się zapuścić. Na początku tego roku znalazła się w gronie zwycięzców konkursu „25 przed 25-tką” magazynu Forbes, którego celem było wyłonienie 25 wybitnych Polaków w wieku poniżej 25. roku życia (źródło: Forbes). Wygrała w kategorii Działalność społeczna.

Zapraszam do wysłuchania naszej rozmowy i jednocześnie mam do Was wielką prośbę. Jeśli to co usłyszycie się Wam spodoba i podobnie jak ja uznacie, że takie treści warto szerzyć, to udostępnijcie proszę ten odcinek znajomym. To co robi Ola jest dobre, potrzebne, ważne i po prostu ludzkie. Takie przykłady zdecydowanie warto pokazywać.

A jeśli jesteście wierzący, to pomódlcie się proszę za Olę. W trakcie nagrywania tego odcinka podcastu – jako świeżo zrekrutowany pracownik Polskiej Akcji Humanitarnej (PAH) – szykowała się do wyjazdu na misję do Jemenu, gdzie rozgrywa się aktualnie olbrzymi dramat humanitarny. Jej misja została na razie opóźniona ze względu na eskalację konfliktu, ale spodziewam się, że prędzej czy później trafi do tego kraju.

Wolontariat i pomoc humanitarna za granicą – podcast w formie audio i wideo

Możesz posłuchać podcastu lub obejrzeć wideo na YouTube.

Oglądając wideo zasubskrybuj proszę kanał na YouTube oraz kliknij symbol dzwoneczka. Dzięki temu będziesz otrzymasz powiadomienie, gdy opublikuję nowy film.

W tym odcinku usłyszysz:

  • Kim jest Aleksandra K. Wiśniewska i gdzie niosła pomoc?
  • Jak Ola odnajdowała się w polskiej szkole?
  • Dlaczego Ola wyjechała jako wolontariusz na grecką wyspę Lesbos?
  • Skąd Ola czerpała wiedzę o zadaniach wolontariusza niosącego pomoc?
  • Na co musi być przygotowany wolontariusz na misji zagranicznej?
  • Skąd czerpać wiedzę o realiach miejsc, w które się jedzie?
  • Jak wyglądają szkolenia wolontariuszy i pracowników humanitarnych?
  • Kto zapewnia i dba o bezpieczeństwo wolontariuszy na miejscu?
  • Jak zorganizowany jest czas humanitarystów?
  • Jak dba się o kondycję psychiczną pracowników humanitarnych?
  • Czy wolontariusz musi sam za wszystko płacić?
  • Jak wygląda struktura zarobków pracowników humanitarnych?
  • Plusy i minusy pracy humanitarnej?
  • Czy Ola miewa koszmary?
  • W jaki sposób Ola się relaksuje i skąd czerpie siłę do swojej pracy?
  • Jakie są zdaniem Oli niezbędne cechy osoby, która jest dobrym kandydatem na humanitarystę jeżdżącego na zagraniczne misje?
  • Jak na wyjazdy Oli zapatrują się Jej rodzice?

Kliknij prawym przyciskiem, aby ściągnąć podcast jako plik MP3.

Strony, osoby i tematy wymienione w podcast’cie:

Poniżej znajdziesz pełny tekstowy zapis naszej rozmowy. Możesz również kliknąć i pobrać spisaną treść w formacie PDF.

UWAGA: Wszystkie zdjęcia w tym artykule pochodzą z archiwum Aleksandry K. Wiśniewskiej i opublikowane są za Jej zgodą.

Jak naprawdę wygląda praca humanitarysty?

Ola to osoba absolutnie wyjątkowa. Na początku tego roku znalazła się w gronie zwycięzców konkursu „25 przed 25-tką” magazynu Forbes, którego celem jest wyłonienie 25 wybitnych Polaków w wieku poniżej 25 lat.

Aleksandra K. Wiśniewska wygrała w kategorii Działalność społeczna. Forbes napisał o Niej tak:

„Zaczynała od zabezpieczania łodzi uchodźców na Morzu Egejskim i prowadzenia schroniska dla kobiet i dzieci w Grecji. Pracowała w obozie dla uchodźców we Francji, w zespołach ONZ w Turcji i Jordanii. Ostanie miesiące spędziła w Iraku, gdzie wspierała prowadzenie obozu dla 70 tys. osób wewnętrznie przesiedlonych przez wojnę. Prowadziła badania wspierające m.in. zmianę brytyjskiego prawa odnośnie do azylu dla dzieci z Syrii. Od 2014 roku członkini rady nadzorczej Fundacji Pomocy Dzieciom Happy Kids, prowadzącej 14 Rodzinnych Domów Dziecka.”

Przyznam się Wam, że od kilku lat szukałem osoby, która byłaby w stanie wiarygodnie, uczciwie i ciekawie opowiedzieć o pracy wolontariusza niosącego pomoc w miejscach dotkniętych największymi klęskami i kryzysami. Kogoś kto był wolontariuszem, ale na tym się nie zatrzymał i pełnił także funkcję pełnoetatowego pracownika humanitarnego.

Wszyscy mamy jakieś wyobrażenie o tej pracy, ale zupełnie inaczej coś sobie wyobrażać, a zupełnie inaczej poznać realia.

Czasami mamy wyobrażenie, że osoby niosące pomoc humanitarną to jacyś herosi, ludzie ciężko doświadczeni przez życie. A tymczasem są to ludzie tacy sami jak my. Wcale nie więksi, nie silniejsi. Po prostu osoby, które aktywnie przechodzą od deklaracji chęci pomocy innym do praktycznego działania – niekiedy w ekstremalnych warunkach.

Mój dzisiejszy gość – Ola Wiśniewska – jest właśnie takim niepozornym bohaterem i pomimo swojego młodego wieku osobą już bardzo doświadczoną w obszarze pomocy humanitarnej. 

Misje humanitarne i historia Oli

Michał: Cześć, Ola! Przedstaw się, proszę, Słuchaczom. Powiedz, kim jesteś i co robisz.

Ola: Cześć, Michał! Nazywam się Aleksandra Karolina Wiśniewska. Mam 25 lat. Technicznie z wykształcenia akademickiego jestem po politologii i filozofii – jestem politologiem ze specjalizacją strategia wojenna – natomiast tak z przypadku i z potrzeby jestem pracownikiem humanitarnym, inaczej nazywanym humanitarystą. Moja ekspertyza to odpowiedzi humanitarne na konflikty zbrojne, w szczególności na Bliskim Wschodzie.

Olu, masz olbrzymie doświadczenie. Wiem, że brałaś udział w wielu misjach. Byłaś w wielu miejscach. Opowiedz, od czego to się wszystko zaczęło i w jakich miejscach byłaś.

Wszystko zaczęło się w grudniu 2015 r. Jako wolontariuszka, a właściwie jako nurek ratownik, byłam na Morzu Śródziemnym, a konkretnie: na Morzu Egejskim, między Turcją a Grecją, na wyspie Lesbos. Tam pracowałam w nocy na morzu, w dzień prowadziłam schronisko dla kobiet i dzieci w obozie Moria, jednym z największych obozów na wyspach greckich. Moją kolejną misją była praca we Francji. Tam prowadziłam badania dla rządu brytyjskiego, które dotyczyły identyfikacji miejsc, w których ukrywały się samotnie dzieci syryjskie. Wtedy było ok. trzech tysięcy dzieci syryjskich ukrytych w różnych obozach, na różnych etapach szlaku uchodźców w Europie. Moim zadaniem było zbieranie takich danych i przekazywanie ich rządowi brytyjskiemu po to, aby walczyć o przyjęcie tych dzieci, które już miały jakąś rodzinę w Wielkiej Brytanii, do Wielkiej Brytanii.

Wolontariat

Wolontariat

Wolontariat

Następnie pracowałam już jako pracownik humanitarny w Turcji dla ONZ, a konkretnie dla takiego ciała ONZ, które nazywa się UNDP Istanbul International Center for Private Sector in Development. Jest to centrum w Stambule, które pracowało nad wkładem sektora prywatnego w działalność rozwojową. Po ośmiu miesiącach pracy przedostałam się stamtąd do innego ciała oenzetowskiego, tym razem w Jordanii, pracując nad konfliktem w Syrii. Tam pracowałam dla UNDP-UNHCR Joint Secretariat, czyli dla wspólnej inicjatywy wysokiego komisarza ONZ do spraw uchodźców i agendy ds. rozwoju. Tam próbowaliśmy tworzyć plany dotyczące odpowiedzi humanitarnej na kryzys w Syrii w pięciu państwach, które przyjęły największą ilość syryjskich uchodźców, czyli w Turcji, Libanie, Iraku, Egipcie i Jordanii.

Następnie pracowałam w Iraku podczas bitwy o Mosul, zdając raporty dla ONZ. Po roku przerwy, który wzięłam na studia magisterskie, powróciłam do Iraku, gdzie pracowałam przez ok. sześć miesięcy z iracką organizacją pod Mosulem. Wtedy w Mosulu dogorywała właściwie największa bitwa ostatnich dziesięcioleci o odbicie miasta od jednostek ISIS. Pracowałam tam z jednostką iracką, która prowadziła największy obóz pod Mosulem dla osób przesiedlonych – było tam ok. 70 tys. ludzi – i starała się reaktywować gospodarkę doszczętnie zniszczonego Mosulu.

Wolontariat

Wolontariat

Od kilku dni jestem pracownikiem Polskiej Akcji Humanitarnej. Mam wielką radość pracować trochę w imieniu Polek i Polaków, którzy chcą pokazywać solidarność z ofiarami konfliktów zbrojnych i katastrof naturalnych na całym świecie. I właśnie z ramienia PAH-u będę teraz koordynować nasze projekty w Jemenie.

Realia życia multikulturowego dziecka w Polsce

Niesamowite! Pewnie niektórzy Słuchacze pomyślą: „Ładna dziewczyna, pewnie nie-Polka”. Poznaliśmy się niedawno i pomyślałem, że świetnie mówisz po polsku. I później dowiedziałem się, że Ty jesteś urodzona w Polsce, jesteś Polką, w Polsce się wychowałaś. Wiem, że urodziłaś się i wychowałaś w Łodzi. Jak dziewczyna o takiej urodzie jak Ty, różniąca się wyglądem od typowej Polski i Polaka, odnajdywała się w polskiej szkole?

To trudne pytanie, bo to dawna historia i kawał mojego dzieciństwa, które pewnie w dużym stopniu wpłynęło na to, jak dzisiaj postrzegam świat. Więc być może dobrze rozgryzasz genezę mojej pasji.

Moja mama pochodzi z Tajlandii. Jest w połowie Chinką, w połowie Tajką. Mój tata jest Polakiem. Ja posiadam obywatelstwo i polskie, i tajskie. Natomiast tak do końca nie zdawałam sobie sprawy z tej rozbieżności wizualnej pomiędzy mną a przeciętnym słowiańskim, polskim dzieckiem, aż do momentu, gdy wysłano mnie do przedszkola, w którym uświadomiły mnie o tym polskie dzieci i ich rodzice. I niestety zdarzały się sytuacje bolesne. Gdy uczęszczałam do szkół publicznych, gdy już udało mi się poczuć komfortowo w klasie z moimi rówieśnikami, to pamiętam ten stres i ten paraliż, gdy musiałam wyjść na przerwę i zmierzyć się z tym, że niektóre dzieci może będą chciały mnie troszeczkę powyzywać czy nawet trochę poznęcać się nade mną. Zdarzyła się sytuacja, w której dziewczyny ze starszej klasy zamknęły mnie na nieużywanym piętrze w toalecie. Pamiętam takie sytuacje, w których dzieciaki przychodziły do mnie na urodziny i ich rodzice mówili im, że nie mogą nic jeść, bo u nas je się tylko psy i koty. Z perspektywy czasu uważam, że to mnie tylko wzmocniło. Czyli dosyć szybko nauczyłam się odnajdywać takie strefy świata, które były dla mnie bezpieczne i które pozwalały mi na spokojny rozwój, czyli książki i sztuka. I dosyć szybko nauczyłam się bronić, nie robiąc tego w sposób agresywny, tylko starać się zrozumieć, dlaczego inne dzieci mogą być tym zainteresowane, przecież to jest zupełnie naturalne, że chcą znać historię mojej rodziny. W ten sposób mogłam uświadamiać innych, jak wygląda życie w rodzinie, która jest wielokulturowa, w której ja pamiętam buddyzm i chrześcijaństwo od najwcześniejszych lat.

Natomiast jeżeli chodzi o moją wrażliwość na globalne problemy świata, to wynika to nie tylko z moich personalnych doświadczeń, co ze złożonej tożsamości narodowej i historii obu moich rodzin. Mianowicie tego, że życie każdej z moich rodzin, czyli zarówno mojej rodziny w Chinach i Tajlandii, jak i w Polsce, życie moich dziadków i pradziadków było naznaczone wojną. I szczególnie w kulturze Wschodu bardzo ważne jest to, aby żyć tak, jakbyś nosił herb rodzinny na piersi, jakby to walk worthy. Mój dziadek z Chin był uchodźcą. W wieku sześciu lat uciekł razem z rodzicami z Chin na łodzi – był wtedy 1940 r., trwała ogromna wojna domowa i klęska głodu. Schronił się w Tajlandii pod fałszywą tożsamością. Natomiast moi dziadkowie w Polsce oboje byli sierotami. Tata mojej babci był pilotem i bronił Łódź przed bolszewikami, a podczas II wojny światowej prowadził działalność dywersyjną. Kierował jedną z większych fabryk w Łodzi – Scheiblera i Grohmana – która została zmuszona do wyprodukowania mundurów dla Wehrmachtu. I on zaczął działalność sabotażową, został aresztowany przez gestapo i torturowany. Rodzina wykupiła go od strażników, gdy był już na granicy śmierci. Lecz gestapo dosyć szybko się zorientowało, że go nie ma, odnalazło go w szpitalu i zamordowało. Drugi mój dziadek, czyli druga część moich polskich korzeni, również był sierotą, ponieważ jego matka zginęła w bombardowaniu Szpitala Praskiego w Warszawie w 1939 r.

Więc jak myślę o historii Polski, o tym, że przez ostatnich kilkadziesiąt lat bardzo duża część społeczności międzynarodowej okazywała Polakom dużo życzliwości, oczywiście odczuwaliśmy ogromną frustrację, biorąc pod uwagę makrosytuację polityczną, gdy tej pomocy nie otrzymaliśmy, natomiast jeżeli chodzi o takie drobne gesty czy nawet to, że 116 tys. Polaków otrzymało schronienie w Iranie, uciekając z ZSRR, to jestem głęboko wzruszona, widząc, że po tych kilkudziesięciu latach Polacy są teraz w stanie pomagać w innych częściach świata i zwracać trochę ten dług, będąc solidarnymi. Jak patrzę na Polską Akcję Humanitarną (PAH), na to, że dzięki ostatnim 26 latom ich działalności polska flaga zawisła w 46 państwach, to uważam, że jest to symbolem tej solidarności, zrozumienia, empatii Polaków, tego, że „my jesteśmy z wami, mimo że jesteśmy tak naprawdę wiele kilometrów od was”, to mnie to wzrusza. Mam wrażenie, że to, że jestem jednocześnie i Polką, i Tajką – bo jedno drugiego nie wyklucza – sprawia, że chcę działać humanitarnie trochę w imieniu obu tych państw.

Podziwiam to, że tak dogłębnie znasz historię swojej rodziny, bo ja sam nie wiem, czy mój dziadek był sierotą, czy nie, gdzie się urodził i gdzie przypłynął. Sięgnę jeszcze do czasów szkolnych i Twojego dzieciństwa: czy próbowałaś sobie z tą sytuacją w jakiś sposób radzić? Kto był dla Ciebie wsparciem w tych momentach, gdy w szkole z koleżankami było nieciekawie? Gdzie Ty tej siły szukałaś? Powiedziałaś, że nauczyłaś się z tym żyć, ale co było dla Ciebie takim budulcem poczucia własnej wartości?

Wiedziałam, że to nie dotyczy tylko mnie, ale również mojego brata i mojej mamy. W pomocy humanitarnej nauczyłam się tego, że największą siłę otrzymujemy w momentach, w których jesteśmy w stanie skupić się na dawaniu innym siły. Gdy jesteś w trudnej sytuacji, uświadamiasz sobie, że być może koło ciebie jest druga osoba, która być może jest w trudniejszej sytuacji, a dla mojej mamy po wielu latach życia w Tajlandii, w momencie, gdy w 1992 r. wyjechała z Bangkoku do Łodzi, aby zamieszkać z moim tatą, była to zupełnie inna rzeczywistość. Ona nie umiała mówić po polsku. A ja urodziłam się w Polsce, więc dla mnie pewne rzeczy były oczywiste, natomiast dla niej bardzo trudne. Więc gdy zaczynamy dawać siłę innej osobie, to tak naprawdę stajemy się silniejsi. I wydaje mi się, że swoją siłę jako ludzie często odkrywamy w momentach, gdy tak naprawdę nie mamy innego wyboru, niż być silni. Więc wydaje mi się, że stawianie się w obronie mojego młodszego brata i mojej mamy, dla której polski nie jest językiem ojczystym, gdy np. w niektórych sytuacjach ktoś mógłby być dla niej nieuprzejmy, kiedy ja mogłabym powiedzieć: „Przepraszam, ale nie życzę sobie tego, żeby pan mówił tak do mojej mamy”, sprawiało, że stawałam się silna i odporna, bo widziałam, że to nie ja jestem tą osobą, która może sobie pozwolić na bycie ofiarą, że muszę być silna również dla innych.

Wydaje mi się, że swoją siłę jako ludzie często odkrywamy w momentach, gdy tak naprawdę nie mamy innego wyboru, niż być silni.

UWC – Towarzystwo Szkół Zjednoczonego Świata

Wiem, że uczyłaś się za granicą. To było pewnie dla ciebie źródłem wiedzy chociażby o świecie. Wspomniałaś, że kończyłaś studia w Londynie. Ale ciekaw jestem tych wcześniejszych doświadczeń, bo już w czasach licealnych wyjechałaś na stypendium. Opowiedz o tym, bo szkoła średnia też była u ciebie dosyć specyficzna.

Gdy miałam 16 lat, to nie odnajdywałam się zbyt dobrze w polskim systemie edukacji. Wydawało mi się, że często narzucone są mi pewne dogmaty, z którymi się nie zgadzałam, więc szukałam innych ścieżek rozwoju. Natrafiłam on-line na stronę uwc.org. Bardzo serdecznie zapraszam tam wszystkich tych, którzy mają dzieci w wieku 15-16 lat. Uważam, że to jest najlepsze doświadczenie edukacyjne, które można dać młodej, ambitnej osobie, która chce się rozwijać. Na tej stronie zobaczyłam, że Towarzystwo Szkół Zjednoczonego Świata szuka 15-16 latków w klasie pierwszej liceum, którzy osiągnęli jakiś pułap akademicki czy brało udział w olimpiadach. I jeśli te dzieciaki przejdą dość rygorystyczną edukację, to otrzymają pełnostypendialne miejsce na dwa ostatnie lata szkoły średniej – albo w szkole prywatnej w Wielkiej Brytanii, albo w jednej z tych Szkół Zjednoczonego Świata – UWC – jest ich 18 na całym świecie, na czterech kontynentach. One powstały w 1962 r. jako odpowiedź niemieckiego edukatora Kurta Hahna na zimną wojnę. Doszedł on do wniosku, że można zwiększyć współpracę międzynarodową poprzez budowanie przyjaźni wśród dzieciaków na bardzo wczesnym stadium ich rozwoju intelektualnego i osobowościowego, np. między Izraelitą a Palestyńczykiem, między Ormianinem a Turkiem. Więc przystąpiłam do tego procesu rekrutacyjnego, nie zdając sobie sprawy z tego, za co się zabieram, nie ufając za bardzo, że mi się uda.

Czy zrobiłaś to tak sama z siebie? Czy rodzice o tym wiedzieli?

Rodzice dowiedzieli się o tym ode mnie. Okazało się, że oni też muszą iść na rozmowę rekrutacyjną w jednym z ostatnich etapów, żeby przypadkiem nie zablokowali dziecku wyjazdu. Rodzice poszli na tę rozmowę bardzo zestresowani. Z tego, co wiem, to z Polski aplikowało 460 osób, a dla Polski było tylko jedno miejsce pełnostypendialne do szkoły we Włoszech – UWC Adriatic, taka szkoła była między Triestem a Wenecją. I było kilka miejsc ufundowanych na 50-80%.

Zaaplikowałam i zostałam zaproszona najpierw na pierwszą rozmowę kwalifikacyjną. I nagle z 460 osób ścięto nas do 60. Potem z 60 do 30, a z 30 do 15. A z 15 tylko 5 otrzymało stypendium, w tym jedna osoba pełne. I muszę powiedzieć, że miałam ogromne szczęście, bo rzeczywiście udało mi się otrzymać pełne stypendium, które wynosiło wtedy ok. 40 tys. euro, czyli 180 tys. zł na dwa lata nauki we Włoszech. To otworzyło mi oczy na wiele problemów świata.

Ten konkurs UWC Polska startuje co roku. W tym roku startuje we wrześniu, więc serdecznie zapraszam wszystkich do rekrutacji. Dla mnie to były dwa niezapomniane lata. Mieszkałam w jednym pokoju z Ormianką i Etiopką. Więc już samo dzielenie pokoju przez dwa lata z dziewczynami z zupełnie innych regionów świata było dla mnie bardzo wzbogacające.

Nauczyłam się tego, że Etiopia i Armenia były kolebką chrześcijaństwa, że Armenia ma zamknięte granice z Turcją ze względu na konflikty jeszcze z czasów Imperium Osmańskiego, że jest na wojnie z Azerbejdżanem i walczy o Nagorno-Karabakh, że Etiopia była pod okupacją Włoszech i Mussoliniego. To wszystko były problemy, które wcześniej dla mnie nie istniały. I nagle chodząc na lunche z dzieciakami, chodząc po górach czy bawiąc się, otrzymywałam perspektywy z całego świata. Było nas 200 osób z ok. 100 krajów, i wszyscy na pełnych stypendiach. Wszyscy robiliśmy maturę międzynarodową – IB, International Baccalaureate – która powstała właśnie w tych szkołach UWC. To doświadczenie otworzyło mi oczy na świat.

I potem studia w Londynie.

Tak. Potem podjęłam trzyletnie studia licencjackie. Na licencjacie uczyłam się i nauk politycznych, i filozofii na London School of Economics and Political Science, inaczej zwany LSE. Tam uczyłam się przez trzy lata, jednocześnie prowadząc Polskie Stowarzyszenie Biznesowe na LSE w Londynie, zrzeszające Polonię, polskich studentów, którzy starali się mieć wspólną wizję transformacji polskiej polityki i gospodarki, zapraszając gości z Polski na konferencje – Polskie Forum Ekonomiczne, które corocznie ma miejsce w Londynie. A już na studia magisterskie wróciłam na Uniwersytet Oxfordzki, gdzie uczyłam się master of public policy, inaczej można powiedzieć, że szeroko rozumianej politologii, ale z elementami finansów, prawa, nauk rozwojowych, filozofii. Specjalizowałam się w strategii militarnej.

Pierwszy wolontariat zagraniczny na Lesbos

Kiedy zdecydowałaś, że wyjeżdżasz do Grecji? Jak do tego doszło?

Byłam wtedy na trzecim roku studiów. Właśnie kończyłam licencjat na LSE w Londynie. To było tuż przed przerwą zimowa, świąteczną, więc wiedziałam, że mam miesiąc wolnego. Z reguły zawsze wracałam do domu na święta, natomiast od dłuższego czasu wiedziałam, co dzieje się na Morzu Egejskim. Akurat wrócił stamtąd mój kolega Greg.

Jestem nurkiem, nurkowanie jest naszą rodzinną pasją. Więc doszłam do wniosku, że być może się przydam. Natomiast popełniłam kilka błędów w organizowaniu tej wyprawy, tzw. bad practice, których lepiej nie powtarzać. To, co zrobiłam, to to, że po napisaniu egzaminów z filozofii spakowałam plecak, spakowałam piankę do nurkowania, latarkę, kilka batonów energetycznych, kupiłam bilety z Londynu do Aten, potem z Aten do Mityleny – Mitylena to stolica wyspy Lesbos – stawiłam się w nocy w obozie na brzegu jako niezrzeszona wolontariuszka, bez kontaktowania się wcześniej z jakąkolwiek organizacją.

Czyli pojechałaś tam zupełnie w ciemno, nie wiedząc, kto właściwie na miejscu za cokolwiek odpowiada, żadnego kontaktu nie miałaś, po prostu pojechałaś. Co Ci do łba strzeliło?

Wydaje mi się, że wtedy odczuwałam taką potrzebę serca. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, co zobaczę. Więc szczerze mówiąc, wydawało mi się, że przyjadę, może przydam się dwie godziny dziennie w jakimś magazynie, rozdając ubrania osobom, które wychodzą z wody. Natomiast nie zdawałam sobie sprawy, że cała odpowiedź humanitarna na kryzys na Lesbos opierała się na cywilach. Więc to, że się tam stawiłam, okazało się bardzo przydatne.

Cała odpowiedź humanitarna na kryzys na Lesbos opierała się na cywilach.

I od razu od pierwszego dnia otrzymałam ogromną odpowiedzialność, na którą byłam absolutnie nieprzygotowana, a podkreślam, że byłam tam jako wolontariuszka. Nie byłam tam profesjonalnym pracownikiem humanitarnym i to, co tam robiłam, nie do końca miało związek z profesjonalnym sektorem ani nie miało żadnego związku ze standardami, które obowiązują w tym sektorze. To troszeczkę pokazuje, że my jako Europa w ogóle nie byliśmy przygotowani na taką sytuację. Czyli mamy standard, jeżeli chodzi o kryzysy, które dzieją się na Bliskim Wschodzie czy w Afryce, natomiast jak rzeczywiście coś takiego uderzyło w zdecydowanie mniejszej skali, ale mimo wszystko np. w Grecję czy Włochy, to liczyliśmy na to, że Unia Europejska, Frontex, organizacje pomocowe, UN sobie z tym poradzą. Okazało się, że wcale tak nie jest.

W grudniu 2015 r., kiedy przyjechałam na Lesbos po raz pierwszy, był jeden obóz główny dla uchodźców, który nazywał się Moria, a jeden mniejszy, który nazywał się Karatepe, natomiast te obozy łącznie mogły zarejestrować miesięcznie ok. 2,5 tys. uchodźców. I wtedy w grudniu 2015 r. 120 tys. osób przedostało się z Turcji do Grecji – mówię tylko o tych osobach, które przeżyły, bo wiele osób ginęło w morzu. Więc Unia Europejska, rząd w Grecji, wojska greckie nie były na to przygotowane. Skończyło się na tym, że wszystko – od pracy na morzu, od wyciągania ludzi w połowie żywych, po różne akcje medyczne, reanimacyjne, organizacje pracy w obozach i poza nimi, po pomoc prawną – organizowane było przez dobrą wolę cywili, którzy byli w stanie rzucić swoją pracę i przyjechać na kilka tygodni, po czym wrócić i ktoś następny ich zastępował. Więc spotkałam się z absolutnym chaosem, z totalnym brakiem organizacji i z sytuacją, w której od pierwszego dnia zostało mi powiedziane, że mam wziąć na siebie ogromną odpowiedzialność.

Pomoc humanitarna

Pomoc humanitarna

Od pierwszego dnia w obozie pracowałam w schronisku, którego zadaniem było dać azyl na noc. Tam było naprawdę zimno, temperatury zimą w Grecji spadały do minus siedmiu, ośmiu stopni. To miało być miejsce azylu dla najbardziej wrażliwych osób, m.in. starców, niemowląt, samotnych kobiet, dla których niebezpieczne było spanie na ziemi w innym miejscu. Natomiast składało się to z trzech baraków, które były byłym więzieniem. Cały obóz Moria znajdował się na terenie byłej bazy militarnej, wojskowej otoczonej wysokim murem i drutami kolczastymi. A ponieważ była to struktura wojskowa, to dawało to wygodny pretekst rządowi greckiemu, żeby nie wpuszczać tam dziennikarzy. Więc robienie zdjęć było zabronione. Nie było tam żadnych dziennikarzy, przez co ja tym bardziej czułam, że muszę robić zdjęcia. Policja grecka zabierała mi aparat, po kilku dniach go odbierałam i robiłam dalej.

Otrzymałam te trzy baraki, które służyły za miejsce schronienia na noc dla najbardziej wrażliwych osób i za szpital. Natomiast było tam miejsce dla 200 osób i piętrowe łóżka. Razem z innymi wolontariuszami wyciągnęliśmy wszystkie łóżka na zewnątrz i zaczęliśmy wykładać te baraki kocami, śpiworami, materacami, gazetami czy nawet kartonami tylko po to, aby móc co noc wepchnąć tam ok. 200 osób. Policja grecka dawała nam na to 15 min. Więc to była zupełna masakra organizacyjna. Niestety po dwóch tygodniach mojej pracy w tych barakach do mnie i do grupki wolontariuszy zwróciło się ONZ, mówiąc, że organizacja, która prowadzi nadzór nad tymi barakami, profesjonalna organizacja humanitarna – wydawało nam się, że profesjonalna – zostaje wydalona z obozu za podejrzenia wykorzystywania seksualnego i przemocy seksualnej na uchodźcach. Zwrócili się do nas z pytaniem, czy moglibyśmy wziąć na siebie prowadzenie tych baraków przez kolejny miesiąc aż do momentu, gdy ogromna organizacja pomocowa Danish Refugee Council, czyli Duńska Rada ds. Uchodźców, przyjedzie i przejmie to od nas. Ja miałam 21 lat, żadnego szkolenia poza jednym z udzielania pierwszej pomocy i nagle wraz z pięciorgiem osób w moim wieku musiałam prowadzić szpital. To było ogromne wyzwanie. Natomiast uznałam, że nie mogę tego nie zrobić, tylko poprosiłam ONZ o koce i o posiłki.

Pomoc humanitarna

Pomoc humanitarna

ONZ rozdzielało ok. tysiąc posiłków między dwa obozy. Nie starczało na jeden posiłek dziennie dla jednej osoby, więc rozwadnialiśmy te posiłki. Nie było mleka dla niemowląt. Brakowało koców. Jednej nocy otrzymałam ich 70, podczas gdy ludzi było 7 tys. Więc wyszłam poza baraki, uznałam, że osoby, które dostaną koce, to nie będą te, które śpią w środku, tylko te, które mogą zamarznąć. Zdecydowałam się rozdystrybuować je osobom, które spały na ziemi. Po dwóch godzinach wyszłam z powrotem na zewnątrz i zobaczyłam, że ludzie wymieniają wszystkie swoje najbardziej drogocenne przedmioty za te koce, np. złoto, pieniądze. Więc masakra.

Trudne realia pomocy humanitarnej w samej Unii Europejskiej

Była taka sytuacja w Nowy Rok między 2015 r. a 2016 r., że niemowlę zamarzło na śmierć w obozie Moria w Grecji. I to niemowlę wydostało się z Syrii, Afganistanu, Palestyny czy Iranu, przedostało się przez granice, góry, morza, dotarło do obozu i zamarzło na terenie Unii Europejskiej, dosłownie kilka kilometrów od szpitali, od centrów medycznych, od miejsc, w których ludzie świętowali Nowy Rok! To był dla mnie duży cios. Jako Europejce było mi wstyd.

Natomiast zdecydowanie najbardziej drastyczne sceny, które widzieliśmy, to były te, które działy się na morzu. Z perspektywy czterech lat pracy w sektorze widziałam miejsca takie jak Irak, bitwa o Mosul, ale nic nie dorówna temu, co widzieliśmy na Morzu Śródziemnym. Za dnia pracowaliśmy w obozie, a w nocy na brzegu razem z grupą wolontariuszy hiszpańskich, którzy byli strażakami. Znali się oni na udzielaniu pierwszej pomocy i na ratowaniu ludzi. Byłam jedyną kobietą w tej grupie. Dostałam podstawowe szkolenie. Co noc zbieraliśmy się przy lotnisku, ponieważ wojska greckie zabraniały nam wypływać w morze, gdyż Unia Europejska podpisała z Turcją dyrektywę, która miała zamknąć szlak morski. Więc aresztowali wszystkich wolontariuszy, którzy pracowali na wodzie po obu stronach. Mogli oskarżyć nas o przemyt ludzi, co było kłamstwem, absurdem, rzeczywistością orwellowską. Bo międzynarodowe prawo morskie nakazuje ci pomóc łodzi w niebezpieczeństwie, jeżeli jesteś w pobliżu.

Pomoc humanitarna

Pomoc humanitarna

Więc to, co robiliśmy, to zbieraliśmy się przy lotnisku, skąd uchodźcy widzieli w nocy światła lotniska. I oni nakierowywali się mniej więcej na to lotnisko. Natomiast łodzie wyglądały w ten sposób, że to były pontony zupełnie nieprzygotowane do żeglugi morskiej, czasem z jakimś silnikiem, który wysiadał na środku morza. Przemytnicy pakowali ludzi po 40, 50, czasem nawet 60 osób na jedną łódź, na której swobodnie mogłoby usiąść zaledwie 15 osób. Więc te łodzie były przeciążone. Wystarczyło, żeby ktoś wstał, aby łódź zaczęła się chybotać. Ponadto brzeg grecki i turecki są bardzo kamieniste. Zdarzało się, że łodzie uderzały o skały, szczególnie że większość osób nie znała się na prowadzeniu jakiejkolwiek łodzi, gdyż państwa na Bliskim Wschodzie są w większości pustynnymi, zamkniętymi, bez dostępu do morza. Ci ludzie w większości nie potrafią pływać. Dzieci kładziono pośrodku łodzi, aby nie powypadały z boków. Natomiast oznaczało to również, że jeżeli łódź załamywała się, dochodziło do złamania kadłuba, więc dzieci szły w dół jako pierwsze. Dochodziło zatem do bardzo trudnych scen. Wtedy my otrzymywaliśmy sygnał z tzw. spotting stations, czyli z miejsc, z których inni wolontariusze obserwowali morze w nocy, które nas informowały, w którym miejscu jest dana łódź: czy bliżej brzegu tureckiego, czy greckiego. W zależności od tego różne grupy morskie reagowały.

Naszym śmiesznie małym pontonikiem wypływaliśmy w morze. Zanim wypłynęliśmy, miałam obowiązek zadzwonić do greckiej straży przybrzeżnej i powiedzieć im, że: „Emergency, emergency, emergency, a vessel in distress, coordinates these and these…”,czyli: „W tym i tym miejscu znajduje się łódź w niebezpieczeństwie, współrzędne to…”. I tylko w momencie, w którym oni mówią, że np. jest za duży sztorm albo są zajęci i nie mogą wypłynąć, albo nie chcą wypłynąć, wtedy wypływaliśmy my. I ewentualnie w sytuacji np. potencjalnego aresztowania mogliśmy wytłumaczyć się tym, że rzeczywiście przybyliśmy na ratunek po kontakcie, że to nie było tak, że ruszyliśmy zupełnie spontanicznie. Wtedy wypływaliśmy.

Wolontariat

Wolontariat

Naszym zadaniem jako nurków było uspokoić ludzi w łodziach, które właściwie były już tonące, i postarać się ustabilizować łódź pod spodem. W tym celu zanurzaliśmy się. Jak ktoś wypadł, to staraliśmy się go z powrotem włożyć, uspokoić wszystkich. I ze względu na to, że większość łodzi rozbijała się ok. 200-300 metrów od brzegu, to byliśmy w stanie doprowadzić tę łódź do brzegu. Nie mogliśmy posługiwać się prawnie większymi łodziami, aby przełożyć ludzi na naszą łódź. To było nielegalne; np. we Włoszech ludzie są aresztowani za tego typu działalność. Więc staraliśmy się ich uspokoić i doprowadzić do brzegu.

Podczas mojej pierwszej nocy na morzu udało nam się zabezpieczyć lądowania trzech łodzi, po 40-50 osób na każdej, czyli może ok. 120 osób, ale zginęło 18.

Podczas mojej pierwszej nocy na morzu udało nam się zabezpieczyć lądowania trzech łodzi, po 40-50 osób na każdej, czyli może ok. 120 osób, ale zginęło 18. Pamiętam ten moment, w którym wracałam do hotelu około 7. nad ranem, strasznie bolały mnie mięśnie, byłam zupełnie nieprzygotowana fizycznie, o 10 kilo więcej ważyłam niż teraz. Zdjęłam z siebie sprzęt nurkowy. Siadłam. Nie byłam w stanie stwierdzić, czy sól na moich ustach to jest jeszcze woda morska, czy to są moje łzy. W takim szoku byłam. To był moment, w którym moja rodzina namawiała mnie do powrotu na święta do domu. Ja im powiedziałam, żeby oni do mnie przyjechali, ale ja nie mogłam wyjechać. Nie byłabym w stanie spojrzeć sobie w oczy, mając świadomość tego, że policja co noc stara się aresztować wolontariuszy. To nie było tak, że jak ja nie przyjdę, to przyjdzie ktoś inny. Więc pracowałam na morzu dalej.

Po trzeciej, czwartej łodzi wracałam do obozu, pracowałam w obozie, potem spałam kilka godzin, po czym wracałam z powrotem na morze. W którymś momencie, po półtora miesiąca w Grecji musiałam wrócić do szkoły na mój licencjat. Zastanawiałam się, czy nie przełożyć tego ostatniego roku. Nie byłam w stanie być jednocześnie w Londynie i w Grecji, ale udało mi się wypracować ze szkołą rozwiązanie. Ponieważ miałam lekcje od poniedziałku do czwartku, to w czwartek na lekcjach siedziałam z plecakiem. Po ostatniej lekcji biegłam na lotnisko, stamtąd brałam samolot do Aten, z Aten do Mityleny na Lesbos. Pracowałam trzy noce na morzu i trzy dni w obozie i wracałam z powrotem do szkoły – tak było do końca mojego roku szkolnego na studiach.

Ile czasu spędziłaś na Lesbos?

Od grudnia byłam tam właściwie co tydzień. To trwało do momentu, aż dyrektywa między Turcją a Unią Europejską zupełnie zamknęła te szlaki. Unia Europejska zainwestowała chore pieniądze w to, żeby Turcy monitorowali szlaki morskie, np. nocą wywożono uchodźców autobusami z Lesbos z powrotem do Turcji, cofano ludzi z powrotem, przez co ludzie musieli wybierać coraz trudniejsze szlaki morskie, co doprowadzało do masowej śmierci. I po co? Po to, żeby w perspektywie kilku miesięcy czy kilku lat można było zmniejszyć ilość ludzi, którzy wracają. Ta polityka uznawana jest obecnie przez Amnesty International za zbrodnię przeciw ludzkości. Wydaje mi się, że to jest coś, z czym politycy europejscy będą mieli duży problem moralny i etyczny, z czego już powoli zdają sobie sprawę. Przez tę politykę bezpośrednio zginęło ok. 12 tys. ludzi. Gdy ludzkie ciało się rozkłada, to pewne gazy sprawiają, że unosi się ono na wodzie. Natomiast nikt nie ma czasu, aby wydobyć te ciała, aby doszło do godnego pochówku. I tak naprawdę mamy morze, które jest pełne trupów – Morze Egejskie. Sytuacja wygląda podobnie między Włochami a Libią.

To było moje pierwsze doświadczenie w tym sektorze. A nie byłam wtedy przygotowana. Byłam bardzo młoda i nie wiedziałam, z czym to się wiąże. Wyszło mi to na dobre, bo nic potem innego nie robiłam, wiedząc, że cokolwiek zrobię będzie zdradą wobec tego, czego ci ludzie by ode mnie oczekiwali.

Jeśli któryś ze Słuchaczy chciałby wejść w ten sektor, to są bardziej ustrukturyzowane sposoby. Jeśli chcielibyście wybrać się na Lesbos, to pierwszym podstawowym punktem wyjścia jest w ogóle grupa na Facebooku, która nazywa się „Lesbos information point for volunteer”. Każdy może do niej dołączyć. Tam znajduje się ogromny dokument Google Spreadsheet. Znajdziecie tam setki stron informacji dotyczących tego, czego możecie spodziewać się na wyspie, jakie są organizacje, jakich potrzebują wolontariuszy, na jakie okresy czasu, z jakimi umiejętnościami. Czy np. otrzymacie rekompensatę za pobyt, za paliwo, za koszty utrzymania, za jedzenie. Jeśli chcecie zostać dłużej niż na dwa tygodnie, jest w stanie Wam w tym pomóc.

Tylko chciałam Was ostrzec, że jeszcze cztery lata temu ta praca była prostsza. Gdy wyciągaliśmy ludzi wody, to oni mieli wdzięczność. Oni widzieli, że mają przed sobą jakieś jutro, że udało im się dotrzeć do tej ziemi wymarzonej. Pobyli w tych obozach kilka tygodni, potem ruszali dalej. Natomiast teraz po wejściu dyrektywy zamykającej szlaki morskie obozy zamieniły się de facto w więzienia. Oznacza to, że wszystkie osoby, które dostają się do tych obozów, nie mają normalnej ścieżki aplikacji o azyl, która jest rozpatrzona w normalnym okresie, tylko są skazani na siedzenie w tym obozie przez rok, dwa lata. To oznacza, że osoby, które na początku miały nadzieję, ta nadzieja w nich umiera. Mieszkają w absolutnie nieludzkich warunkach sanitarnych, higienicznych, bez dostępu do psychologa, lekarza, prawnika, nie wiedząc, jakie są ich prawa, przywileje jako uchodźców. I dochodzi do strajków głodowych, do samopodpaleń, samobójstw w geście rozpaczy, próby zwrócenia uwagi na ich los. Więc wydaje mi się, że teraz ta pomoc, która jest potrzebna, musi być dużo bardziej profesjonalna, czyli potrzebują psychologów, prawników, lekarzy, profesjonalnych humanitarystów, osób, które są gotowe na to, żeby spotkać się z człowiekiem, który cierpi przez długi czas, który ma myśli samobójcze. Gdy ją zaczynałam, było trochę inaczej.

Wolontariat

Wolontariat

Zrzutka na kamizelkę “kuloodporną” dla dziecka

Strasznie się tego słucha. Nie potrafię sobie tego wyobrazić, co Ty tam przeżyłaś. Próbuję się postawić w roli rodzica 21-letniej dziewczyny, która jest pełnoletnia, ale podejmuje decyzję wyjazdu w tak ekstremalne miejsce. Kiedy Twoi rodzice dowiedzieli się, że ty tam jedziesz i jak zareagowali?

Moi rodzice dowiedzieli się dosyć wcześnie, ok. pięć dni przed moim lotem, czyli w momencie, w którym tak naprawdę się na to zdecydowałam. Natomiast oni też nie zdawali sobie sprawy z tego, co tam się dzieje. Filtrowałam im te informacje, wtedy jeszcze nie znając procedur bezpieczeństwa, nie wiedząc, jak o siebie zadbać w takich sytuacjach, nie wiedząc, co zrobić, aby nie doprowadzić do wypalenia psychicznego i fizycznego. Wtedy narażałam się na pewne sytuacje, na które nie pozwoliłabym sobie teraz. Na pracę bez wytchnienia, na nocną pracę w obozie, będąc samotną kobietą, gdzie te sytuacje były ekstremalne.

Natomiast z perspektywy czterech lat mojej pracy, tego, że moi rodzice nadal bardzo cierpią z powodu moich wyborów życiowych, na pewno jest to dla nich bardzo trudne, to pewnie stało się to już jakąś rutyną. Ale czy rutyną może stać się to, że zrzucasz się na kamizelkę kuloodporną dla swojego dziecka? I nagle orientujesz się, że nie ma czegoś takiego jak kuloodporna kamizelka! Kamizelki nie są bulletproof, tylko bullet-resistant, co oznacza, że istnieją różne wkłady balistyczne do kamizelek. Są cztery poziomy takich wkładów. I nawet ten najwyższy jest w stanie ochronić cię prawdopodobnie przez pociskami z pistoletu, rewolweru, ale nie z karabinu maszynowego i nie z eksplozji bomby. To zależy od typu pocisku, od szybkości, z jaką jest wystrzeliwany. Więc nawet to, jak mierzyłam się z tatą, aby kupić kamizelkę, na pewno było dla rodziców traumatycznym doświadczeniem. Nawet jeśli dziesięć razy wyszłam z sytuacji bez szwanku, z takich, z których nie do końca powinnam wyjść bez szwanku, pewnie dramatycznie zmniejsza moje szanse na to, że po raz jedenasty wyjdę z takiej sytuacji bezpiecznie.

Kamizelka kuloodporna

Jeżeli rodzice słuchają mojego podcastu, to prawdopodobnie już jestem w Jemenie. I chcę powiedzieć, mamo i tato, że pewnie nie jest mi łatwo i że za wami tęsknię każdego dnia. Mam nadzieję, że mi kiedyś wybaczycie.

Moi rodzice są dla mnie ogromnymi autorytetami. Działają charytatywnie. Prowadzą fundację, która buduje rodzinne domy dziecka w Polsce. Bardzo Państwu polecam: happykids.org.pl. Ta organizacja wyciąga sieroty w Polsce z ekstremalnie trudnych warunków. Takie dzieciaki, które nie mają właściwie żadnej szansy na adopcję, a takich w Polsce jest ok. 80%. Tylko 2-3% sierot w Polsce nie ma rodziców, a większość z nich ma rodziców w więzieniach, takich, w których domach była przemoc czy alkohol, których prawa rodzicielskie są ograniczone i które wychowują się w domach, które możemy kojarzyć z czasami Olivera Twista – sieroty, którego wszyscy kojarzymy.

Naprawdę to, co się teraz zmieniło, to to, że w domach jest internet i elektryczność. A jeżeli chodzi o pieczę zastępczą dla takiego dziecka, to się ona w ogóle nie zmieniła. Więc w dalszym ciągu mamy ogromne domy dziecka, brzydko nazywane w Polsce „bidulami”, w których jest po 60 dzieciaków w różnym wieku, od dwu-, trzylatków po osiemnastolatków, gdzie bardzo często dochodzi do przemocy, gwałtów między dziećmi, do prób samobójczych. Fundacja Happy Kids stara się identyfikować takie dzieci, szczególnie rodzeństwa w różnych domach, rozsianych po całej Polsce i potem je reunifikować, złączać z powrotem, i profesjonalnie trenować profesjonalnych rodziców zastępczych, czyli mamę i tatę, ciocię i wujka, jeżeli dzieci tak wolą mówić. I rzeczywiście dawać im kompleksową pomoc, budować dom i jednocześnie dawać im wsparcie edukacyjne, psychologiczne, zdrowotne aż do 18. roku życia, a jeżeli chcą się uczyć, to dłużej.

Trafiały do nas dzieciaki w wieku 11 lat, które były po kilku próbach samobójczych, a które teraz zakładają własne rodziny, co dla dziecka z domu dziecka czasem jest zwykłą abstrakcją. Więc w tym aspekcie moi rodzice są dla mnie ogromnymi autorytetami. Oboje są głęboko mądrzy.

Jak zostać wolontariuszem?

Powiedziałaś, że dzisiaj ten charakter pomocy na Lesbos jest zupełnie inny. Gdybyś mogła w oparciu o twoje kilkuletnie doświadczenie zdefiniować zestaw cech, które powinien posiadać ktoś, kto chce być wolontariuszem w takich miejscach, a które pomogą mu przetrwać tam na miejscu. Na co musi być psychicznie i fizycznie przygotowany?

Osobom, które rozważają wolontariat, radziłabym zacząć od miejsc, które nie są tak wymagające i ekstremalne. Nie trzeba jechać na drugi koniec świata, wystarczy wyjść poza swój dom i rozejrzeć się. Jest wiele kamienic w Polsce, w których dzieją się naprawdę trudne rzeczy, które wymagają kompleksowych programów psychospołecznych, których w Polsce po prostu nie ma. Więc radziłabym od identyfikacji jakiegoś problemu, najlepiej takiego najbliżej nas. Bo często na nie mamy największy wpływ.

Natomiast jeżeli chcemy decydować się na pracę w sektorze humanitarnym, to już rozważyć wejście z poziomu wolontariusza w jakąś dużą organizację, która rzeczywiście ma te ścieżki ustrukturyzowane. Czyli np. Polska Akcja Humanitarna ma miejsce dla wolontariuszy, dla stażystów, którzy przez kilka miesięcy się wdrażają. Często ci wolontariusze zostają w organizacji. Po wielu miesiącach szkoleniach i pracy, czasem po wielu latach pracy w centrali dopiero jadą na pierwszą misję.

Profesjonalne przygotowanie na misję humanitarną jest bardzo kompleksowe i trwa bardzo długo. Po pierwsze musimy przejść testy psychiczne z psychologami wojskowymi. Siadamy razem, mamy kompleksowe testy osobowościowe i rozmowę. Z nich wyniknie, czy jesteśmy w stanie poradzić sobie w sytuacjach ekstremalnie stresowych. Czy jesteśmy w stanie podejmować rozsądne decyzje i zachować zimną krew w sytuacjach, w których normalny człowiek pewnie by się załamał. Czy wytrzymamy w takich miejscach. Kiedy jeszcze nie było tych testów, to bardzo często osoby z misji wracały, ponieważ zamykały się w sobie, nie wychodziły z budynków, bo łatwo być chojrakiem, ale jak potem siedzisz w oblężonym mieście pod obstrzałem i zaczyna brakować jedzenia, to dopiero w takich warunkach okazuje się, czy twoja psychika jest wystarczająco silna. Więc na początku są kompleksowe testy psychologiczne. I one pokazują, czy w ogóle możesz rozważyć taką opcję.

Następnie są treningi, przede wszystkim bezpieczeństwa. Składają się one częściowo z testów on-line. Oprócz testów on-line przechodzisz przez serię symulacji. Gdy pracowałam dla irackiej organizacji, miałam szereg symulacji, w których rozmawialiśmy o rozpoznawaniu prawdziwych min, podczas gdy nagle wpadało kilku uzbrojonych ludzi, gasili światło, zaczynali krzyczeć, strzelać. Zakładali ci worek na głowę, upokarzali, wyzywali, przykładali ci atrapy broni do twarzy. Więc znajdowałeś się w sytuacjach, w których uczyłeś się reagowania w sytuacjach ekstremalnie stresowych. Po szeregu takich szkoleń wiem pewne rzeczy, które absolutnie nie byłyby dla mnie oczywiste wcześniej. Umiem posługiwać się podstawowym kodem morsa. Kod „SOS”, czy wymrugany, czy pokazany latarką, czy wystukany, wygląda tak: „…—…”.

Bezpieczeństwo pracowników humanitarnych

Uczyłem się tego w dzieciństwie. Myśmy się tak komunikowali z kumplami.

Za każdym razem, jak mieszkam w hotelu, to nigdy nie na parterze, bo tam jest się za łatwo dostać. I nigdy nie zatrzymuje się na piętrach zbyt wysokich. Czyli idealne piętro do zatrzymania się w hotelu to między trzecim a szóstym. Czyli wystarczająco wysoko, żeby nikt nie wbiegł od razu do ciebie, i wystarczająco nisko, żeby straż pożarna byłaby w stanie wyjąć cię z danego pokoju drabiną. Albo np. to, że nigdy nie zostawiam w hotelu prośby o to, aby ktoś posprzątał mój pokój. Nie chcę, aby ktoś do niego wszedł, wręcz do tego stopnia, że wkłada się w drzwi wykałaczkę. Jeżeli ona spadnie, to wiesz, że ktoś wszedł do środka. Jak wsiadam do taksówki, to nigdy nie usiadłabym z przodu. Zawsze chcę mieć dwie pary drzwi do ucieczki. To są rzeczy bardziej użytkowe, ale są też takie totalnie nieużytkowe, które są normalnością w strefie wojennej, czyli że przed wyjazdem samochodem gdziekolwiek sprawdza się lustrami spód samochodu, żeby zobaczyć, czy nikt nie podłożył ci ładunku wybuchowego. Jeżeli będą Państwo musieli kiedyś uruchomić sygnały dymne, to robi się to trójkami. Wszystkie systemy wywołania pomocy są trójkami: „Mayday! Mayday! Mayday!”, „Emergency! Emergency! Emergency!”, potrójne „SOS”.

Jeżeli chodzi o sygnał dymny, to staramy się, żeby był on w innym kolorze niż nasze otoczenie. Jeśli chcemy wywołać biały dym, to wychodzi on z mieszanki zielonych liści, mchu i wody. Jeżeli chcielibyśmy wywołać czarny dym, to będzie to np. guma albo ubrania nasiąknięte ropą. Ta wiedza pewnie do niczego mi się nie przyda, natomiast w takich treningach uczysz się pewnych rzeczy. Wiesz, że większość ludzi porwanych, jeżeli ginie, to ginie w ciągu pierwszych 45 min, bo szamocze się, atakuje. I sprawca, który jest bardzo zestresowany, który chce cię porwać, po prostu strzela. Więc jeśli ktoś cię porywa, to poddajesz się, spełniając te życzenie swojego porywacza. Mam nadzieję, że absolutnie nigdy nie znajdę się w takiej sytuacji. I też to, że jestem kobietą, nadaje inny poziom kompleksowości, jeżeli chodzi o takie wyzwania.

Czy są jakieś specjalne zalecenia dla kobiet?

Bycie kobietą w takim sektorze i w strefie wojennej sprawia, że najlepszą rzeczą, która może ci się zdarzyć w sytuacji zagrożenia życia, jest śmierć na miejscu. Oczywiście w sytuacjach, w których najbardziej bym się bała. Natomiast są plany bezpieczeństwa, które nie doprowadzają mnie do takich sytuacji. Ale najbardziej bałabym się porwania, przetrzymywania, handlu ludźmi, przemocy seksualnej. I jako kobieta w miejscach, w których pracuję, czyli w świecie arabskim, muszę przede wszystkim szanować kulturę lokalną i odpowiednio się ubierać. Sytuacja, w której siedzę sobie w t-shircie i widać moje ramiona, jest absolutnie niedopuszczalna. Więc z reguły mam na sobie abaję, czyli szatę aż do ziemi, hidżab, czyli szatę, która zasłania moje włosy. Czasem jeszcze nikab, która zasłania całą moją twarz, tak że widać tylko oczy. To wynika z kultury danego miejsca, a nie religii. W większości stosowane są w Arabii Saudyjskiej, czasem w Jemenie, ale np. w Iraku, Jordanii czy w Libanie takich rzeczy się nie robi i nie musisz być do tego stopnia zakryta.

Staram się w żadne miejsca nie chodzić sama. W Jemenie zawsze poruszam się wyłącznie z kierowcą. W miejscach publicznych mamy tylko 15 min w danym miejscu, na które mogę sobie pozwolić. Zdaję sobie sprawę z tego, że samotna kobieta, prowadząca działania w takich państwach jak Jemen, jest sytuacją generalnie dosyć sztuczną i trzeba uwzględniać wszelkie środki ostrożności. Natomiast każda profesjonalna organizacja humanitarna ma swoje plany bezpieczeństwa. Ma osoby, które są odpowiedzialne za to bezpieczeństwo, które mają wieloletnie doświadczenie wojskowe, policyjne i które tworzą ci plany, procedury bezpieczeństwa, które są święte i których należy bezwzględnie przestrzegać.

Chcę porozmawiać jeszcze odnośnie bezpieczeństwa i tego, kto jest za nie odpowiedzialny. Rozbiłbym to na dwie sytuacje. Z jednej strony mówiliśmy o wolontariacie, w którym byłaś na Lesbos, gdzie panował, jak to określiłaś, chaos. W jaki sposób wyglądało tam zapewnianie bezpieczeństwa? Czy zastanawiano się nad tym? Czy ktoś był za to odpowiedzialny, czy Ty musiałaś je sobie zapewnić we własnym zakresie, nie posiadając na ten temat wiedzy, ani nie będąc przeszkolona? A z drugiej strony: jak to wygląda w profesjonalnych organizacjach humanitarnych, w których pracują eksperci, którzy takie procedury tworzą? Najpierw opowiedz o tym pierwszym przypadku, czyli takim trochę spontanicznym wolontariacie i jak to wyglądało na przykładzie Lesbos.

Ponieważ byłam wolontariuszką niezrzeszoną, nie należałam do żadnej organizacji, nie byłam obecna w żadnej strukturze, to nie miałam żadnych procedur bezpieczeństwa. To sprawiło, że kilkukrotnie znalazłam się w sytuacjach, w których pewnie proste zasady bezpieczeństwa i opieka eksperta pozwoliłyby mi na ich uniknięcie.

Raz znalazłam się w sytuacji, w której nocą pracowałam nad czymś o nazwie „afgańskie wzgórze”, poza obozem, gdzie spali uchodźcy z Afganistanu. Ponieważ uchodźcy syryjscy w tym systemie aplikowania o azyl mieli priorytet ze względu na to, że w Syrii toczy się straszliwa wojna, to mimo tego, że w Afganistanie również toczy się wojna, to tamci po prostu nie byli tak priorytetowo traktowani i mieli spać poza obozem. Było ich tam tysiące ludzi. Policja grecka stosowała bardzo niskie sabotaże. Mówiono im, że mogą zarejestrować się o ten azyl, ale w momencie, w którym szli na rozmowę o azyl, to ich aresztowano i wywożono. Więc ci ludzie byli bardzo sfrustrowani. W nocy przechodziłam przez tę część obozu i w którymś momencie zauważyłam dwójkę osób, która rozpoczęła bójkę między sobą. Jedna z nich podniosła ogromny głaz i zamachnęła się na tę drugą. I ja w tym momencie zrobiłam coś, czego absolutnie nie wolno robić, natomiast to był impuls. Mianowicie wbiegłam między tych dwóch ludzi i zasłoniłam tę drugą osobę własnym ciałem. Wiedziałam, że jeśli stanie się komuś krzywda, to policja grecka przyjdzie, zbije tych ludzi i dojdzie do przemocy. Z powodu troski o byt drugiego człowieka nie chciałam, żeby sytuacja eskalowała. Więc stanęłam między nimi, ale w tym momencie z całego wzgórza zaczęli zwoływać się ludzie i cała ich chmara zaczęła biec w moim kierunku po to, aby rozdzielić te dwie osoby, żebym ja była bezpieczna. Ja byłam wolontariuszką, miałam na sobie fluorescencyjną kurtkę, więc wiadomo było, kim jestem. Było wiadomo, że jak im się stanie krzywda, to zostaną pobici. A jak nie daj Boże mi się stanie krzywda, to nie wiadomo, jak będzie. Więc wszyscy rozdzielili tę dwójkę. Natomiast była to sytuacja, w której na szczęście nic się złego nie stało, ale potencjalnie mogło się stać.

Byłam też w dwóch innych sytuacjach, w których nie czułam się bezpiecznie. Powodem byli mężczyźni, którzy pracowali jako wolontariusze np. w innych organizacjach. A ponieważ ja byłam wolontariuszką niezrzeszoną, to wydawało im się, że mogą pozwolić sobie na więcej. Dzięki Bogu nic nigdy się nie wydarzyło. Natomiast nie miałam wtedy takich umiejętności rozpoznania pewnych zagrożeń i robienia wszystkiego, co w mojej mocy, aby je zmniejszyć, co w tym momencie było dla mnie rzeczą absolutnie oczywistą. Teraz zastanawiam się trzy razy przed każdą decyzją, jaką podejmuję. Zanim wyruszamy w trasy, to mamy alternatywne drogi. Tworzymy plany: A, B i C. Mamy osoby kontaktowe, plany ewakuacyjne. Więc to na pewno nie jest taka partyzantka i prowizorka, która była kiedyś.

Zasady i kompas moralny humanitarysty

Powiedziałaś, że byłaś w Mosulu w trakcie trwania wojny. Jak tam wygląda zapewnianie bezpieczeństwa? Czy to jest tak, że pracownik humanitarny ma wsparcie jakiejś ochrony, czy nie? Czy pracujecie w oparciu o wypracowane metody, ale tak naprawdę jesteście zdani tylko na siebie w tych działaniach, które prowadzicie, i nie możecie być otoczeni uzbrojonymi osobami?

Standard jest taki, że w sektorze nie możemy być ani my uzbrojeni, ani nie możemy poruszać się z wojskowymi. Chodzi o to, aby społeczność, której pomagamy, nie pomyślała sobie, że mamy za sobą jakąś agendę polityczną. Istnieje więc taki moralny kompas humanitarysty, a właściwie są to cztery podstawowe wartości humanitarne. Pierwsza z nich to człowieczeństwo, humanitaryzm, czyli niesienie pomocy każdemu człowiekowi w potrzebie, ratowanie życia ludzkiego. Druga to neutralność, a kolejne to niezależność i bezstronność.

Nie przyjmujemy żadnej ze stron konfliktu. Pomagamy osobom po każdej stronie. Staramy się nie komunikować jakiejkolwiek agendy politycznej czy naszej opinii politycznej, mimo tego, że oczywiście każdy z nas jakąś ma. Wtedy nasze bezpieczeństwo nie wynika z tego, jak bardzo będziemy uzbrojeni, tylko jak bardzo społeczność lokalna nas zaakceptuje. Jeśli społeczność lokalna np. w Mosulu wie, że jesteśmy organizacją stricte pomocową, która działa w zupełnym poszanowaniu ludzkiej godności, potrzeb, robi to zupełnie bezstronnie i bezinteresownie. A przecież nie jesteśmy grupą żołnierzy, która strzela za rogiem, a tu rozdaje cukierki. Nasze bezpieczeństwo wynika z tego, że ludzie chcą nas chronić. Czyli otrzymujemy najlepsze informacje, wszyscy nas akceptują. Więc to podstawa.

Nasze bezpieczeństwo nie wynika z tego, jak bardzo będziemy uzbrojeni, tylko jak bardzo społeczność lokalna nas zaakceptuje.

Natomiast niektóre organizacje czy wyjątkowo ważne osoby mogą uważać, że są potencjalnie cenniejszym czy ważniejszym targetem. Jednostki terrorystyczne mogą je targetować jako cel sam w sobie, np. ONZ. Jeżeli ONZ wybiera się w teren, to te plany wymagają wielu dni wcześniejszego planowania. Wyjeżdżasz konwojem, który jest oznaczony, który ma wielkie anteny, ochronę. Z jednej strony rozumiem, z czego to wynika, bo chodzi jednak o bezpieczeństwo humanitarystów, którzy są jednymi z najniebezpieczniejszych zawodów na świecie i, chyba po kaskaderach, giną najczęściej. W 2018 r. zostało zabitych celowo 155 humanitarystów na świecie, co nie zdarza się w innych zawodach. Natomiast z drugiej strony to sprawia, że odseparowujesz się od beneficjenta, czyli osoby, której chcesz pomóc. Czyli jeżeli ja podchodzę do dziecka, które biega sobie na bosaka, a mam na sobie buty wojskowe i kamizelkę kuloodporną, to jest między nami jakaś bariera. Staram się, aby tego nie było.

Pracowałam w Iraku z organizacją iracką. Zrobiłam to z tego względu, że w 2017 r. podczas bitwy o Mosul wyruszyłam tam jako pracownik ONZ. Miałam na sobie duże ograniczenia bezpieczeństwa. Wtedy moim zadaniem było przebywanie w północnym Iraku, czyli de facto w irackim Kurdystanie i zbieranie informacji na temat referendum o wolność i niepodległość. Wtedy Kurdowie chcieli się uniezależnić od Iraku, co próbują zrobić od wielu lat i co zawsze się nie udaje. Natomiast prawdziwym celem mojej misji, takim trochę samozwańczym, było przedostanie się do Mosulu, który znajdował się 64 km od irackiego Kurdystanu, od Irbil, i zdanie raportu z przemocy i traktowania cywili przez wojska, które odbijały miasto. Więc dochodziły do nas informacje o tym, że ludność cywilna jest posądzana o bycie terrorystami, o związek z ISIS. Że ludzie zrzucani są z budynków, że dochodzi do trzyminutowych sądów, potem egzekucji. Odkrywane są masowe mogiły. Po prostu zbrodnie są dokonane przez wojska irackie i niestety przez koalicję międzynarodową, która bombardowała miasto z powietrza. Więc Mosul był kiedyś dwumilionowym, przepięknym miastem, przez który przypływała rzeka Tygrys, które zostało właściwie zrównane z ziemią.

Mosul Irak

Mosul Irak

Wojska koalicji bombardowały to miasto z powietrza. W wyniku samego bombardowania zginęło już kilkadziesiąt tysięcy osób, do dziś wyciąganie są ciała spod ruin, a wojska irackie wchodziły czołgami i opancerzowanymi wozami – tzw. Humvees, do miasta. I to była tak naprawdę walka ulica po ulicy z ISIS. Jednostki ISIS ukrywały się w domach cywili. Jeżeli ludność cywilna nie chciała z nimi współpracować, to była mordowana. Ci, którzy z tego wyszli, przeżyli straszliwą gehennę. I częstokroć mieli przed sobą wybór: albo zostajemy w mieście i giniemy od bombardowań, albo giniemy w ostrzale wojsk irackich, albo staramy się uciec, jednocześnie ryzykując śmierć.

Bardzo dużo ludzi zdecydowało się na ucieczkę. Szukali schronienia w obozach pod Mosulem, który budowaliśmy z iracką organizacją. Ale często trafiali w ręce wojsk irackich, które robiły szybką selekcję. Selekcja polegała na tym, że jeżeli jesteś chłopcem mającym 14 lat i więcej, to jesteś mężczyzną w wieku militarnym i jesteś podejrzewany o bycie terrorystą. Więc kobiety, dzieci i starcy trafiali do obozów, a mężczyźni czy chłopcy znikali (mówiło się „byli znikani” – forced to be disappeared) , prawdopodobnie aresztowani, wywożeni do więzień i mordowani albo przetrzymywani bardzo długo aż do ostatecznego oczyszczenia ich z jakichkolwiek zarzutów. A każdy miał przed sobą zarzut, jeżeli był zdolny do walki na miejscu.

Wojska odbijające Mosul od ISIS to były wojska szyickie. To jest bardzo ważny rozdział w tym świecie arabskim na szyitów i sunnitów, którzy po śmierci proroka Mahometa podzielili się o to, kto zostanie jego następcą. I dzisiejszy podział bardzo często doprowadza do konfliktów, ale nie wynika to z samej religii, tylko z politycznej eksploatacji tych różnic między tymi dwoma grupami. Więc wojska, które odbijały Mosul, to były wojska szyickie, podczas gdy ludzie, którzy mieszkali w Mosulu – Moslawis – to są sunnici. I teraz ISIS, samozwańcze Państwo Islamskie – mówię „samozwańcze”, bo ono nie ma żadnego związku z państwem ani z islamem, bo mamy miliony muzułmanów na świecie, którzy żyją pokojowo, przez co wojska irackie i rząd iracki, który był szyicki, trochę oskarżał tych ludzi o to, co się wydarzyło. Więc przy odbijaniu w ogóle nie mieli empatii, jeśli chodzi o wolność i dobro tych ludzi.

Mosul Irak

Mosul Irak

To miasto zostało wyzwolone, natomiast jest absolutnie niezdolne do jakiegokolwiek życia. Jego infrastruktura została zupełnie zniszczona. W dalszym ciągu mamy zwęglone, spalone od słońca ciała pod ruinami Mosulu. Ludzie żyją na piachu na pustyniach w wielkich, przepełnionych obozach. Ja wtedy rok po bitwie o Mosul zdecydowałam się powrócić do pracy w Iraku, ale już bezpośrednio z Irakijczykami. Chciałam zrozumieć ich perspektywę, ich godność, ich traumę, uszanować je. Wiedziałam, że organizacje lokalne, które składają się z ludzi z Mosulu, działają na liniach frontu i w miejscach, do których ONZ nie dociera. Czyli mają dużo większą operacyjność, dużo lepsze kontakty ze społecznościami lokalnymi i są w stanie nieść tę pomoc dużo bardziej efektywnie. Realizować np. projekty wygrane w przetargach ONZ i pracować na miejscu. Więc pracowałam bezpośrednio z Irakijczykami, prowadząc obóz pod Mosulem, starając się rekonstruować totalnie zniszczony Mosul i jednocześnie pisząc moją pracę magisterską o rodzinach ISIS.

Zastanawiam się, czy Ty byłaś w Mosulu chroniona i jak to ewentualnie realizujecie.

W bitwie o Mosul – lipiec 2017 r. – nie byłam chroniona. Ale dosyć szybko otrzymałam informację od wojska irackiego, że każda osoba z zachodu musi wycofać się z miasta, bo emir, czyli samozwańczy książę w strukturze Państwa Islamskiego dał rozkaz powstania tzw. jednostek uśpionych, terrorystycznych, które ukrywały się w mieście aż do końca oblężenia i po prostu zamordowania każdej osoby, jakiejkolwiek, która była w tym mieście, czy to z zachodu, czy związana z wojskami irackimi.

Mosul Irak

Mosul Irak

Wycofałam się wtedy z miasta i większość czasu spędziłam w bazie wojsk irackich, tzw. Hashd al-Shaabi, czyli takich trochę paramilitarnych jednostek szyickich. Natomiast jak już wróciłam rok później, już pracując z profesjonalnymi humanitarystami, ale Irakijczykami, a nie organizacją międzynarodową, to znowu w większości nie byłam chroniona, czyli poruszałam się w samochodach osobowych, bez dyplomatycznego oznaczenia, z Irakijczykami, ale moje bezpieczeństwo wynikało z tego, jak postrzega mnie społeczność lokalna. Nie chciałam zwracać na siebie uwagi. Wiedziałam, że potencjalnie będę miała większy problem, jeśli będę jechała wielkim, białym, oznaczonym konwojem niż osobowym samochodem z drugim Irakijczykiem, w dodatku mając na sobie chustę, kiedy jadę z osobą, która zna każdy wojskowy checkpoint, każdą militarną frakcję, która jest w stanie przeprowadzić mnie z punktu A do B bezpiecznie i przyjacielsko, czyli z przewodnikami. Natomiast jeśli rzeczywiście odwiedzali nas ważniejsi goście, np. donorzy z Unii Europejskiej, to poruszaliśmy się wtedy konwojem, z radiami i odpowiednimi procedurami.

I rzeczywiście w ostatnim tygodniu mojej pracy w Iraku konwój Unii Europejskiej, ECHO, humanitarnej organizacji z ramienia Unii Europejskiej działającej w Iraku, został targetowany w miejscowości Qayyarah, która znajduje się ok. 15 km od Mosulu. Na szczęście bomba wybuchła zbyt późno. Czyli nie wszystkie bomby uruchamiane są od razu. Bomby, które wybuchają od razu, to są z reguły ładunki wybuchowe na samobójcach. Niektóre bomby uruchamiane są poprzez telefon, czyli np. dzwonisz na telefon, który uruchamia w tym momencie ładunek wybuchowy w danym miejscu. Na szczęście tym osobom nic się nie stało, zginęło kilkanaście lokalnych osób, które były w okolicy. Dzięki Bogu żadni moi współpracownicy nie byli w tym konwoju, ja w nim nie byłam. Natomiast ryzyko śmierci czy poważnej utraty zdrowia jest wpisane poniekąd w ten zawód. Więc jeśli rozważacie podjęcie pracy w tym sektorze, rozważcie najpoważniejsze organizacje, które mają szereg różnych procedur. Ja od pewnego czasu pracuję tylko z takimi.

Ryzyko śmierci czy poważnej utraty zdrowia jest wpisane poniekąd w ten zawód.

Pomoc humanitarna

Pomoc humanitarna

Wymagane umiejętności pracownika humanitarnego

Przejdźmy teraz do tych profesjonalnych organizacji. Jak od kulis wygląda organizacja takiego wyjazdu? Już wiem, że wyjechałaś na Lesbos, nie zastanawiając się nad tym, ale gdybyś chciała podjąć taką mądrą decyzję o wyjeździe, to jakbyś się zachowała i jakie kompetencje wymagane są od tych osób, które chciałyby uczestniczyć w takich misjach zagranicznych. Pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy, to pewnie perfekcyjny język angielski. Co jeszcze?

Wymagany jest szereg umiejętności ekspertyzy. Chciałabym obalić pewien mit, mianowicie, że większość prac w sektorze wykonują wolontariusze. To są osoby, które wyjeżdżają na misje humanitarne profesjonalnych organizacji. To są tylko i wyłącznie albo pełnoetatowi pracownicy, albo pracownicy na długich kontraktach, którzy przeszli szereg szkoleń i rekrutacji, są to profesjonaliści. Są dobrze przygotowywani do wykonywania tej pracy.

Co to znaczy długi kontrakt w kontekście organizacji humanitarnych?

W tym sektorze istnieje bardzo wysoki turnover – rotacja ludzi między różnymi organizacjami. Ze względu na to, że kataklizm może uderzyć czasem tu, czasem tam, organizacje mają różne obszary ekspertyzy. Często misja jest zamykana, bo pomoc nie jest już potrzebna w danym miejscu. Więc w porównaniu z innymi zawodami, jeżeli spojrzysz na CV przeciętnego humanitarysty, to znajdziesz: trzy miesiące w Kongo, sześć miesięcy w Dżibuti i osiem w Malawi, co nie zdarza się w żadnym innym zawodzie. Więc jeśli mówię o długim kontrakcie, to mam na myśli rok.

Natomiast są ludzie, którzy pracują tylko w systemie reagowania natychmiastowego, tzw. emergency response. Oni pracują rzeczywiście tylko w perspektywach kilku miesięcy, np. jeśli chodzi o katastrofę naturalną. Ja nie specjalizuję się w katastrofach naturalnych, mnie bardziej interesują wojny. Natomiast jeśli chodzi o tsunami czy nagłe susze, to są ludzie, którzy są na tzw. roosters, czyli w takich bazach danych organizacji, którzy już mają odpowiednią ekspertyzę, którzy są w stanie wyjechać w dane miejsce, np. z 48-godzinnym wyprzedzeniem, czyli właściwie spakowani są cały czas.

Natomiast w tym sektorze można pracować albo w reagowaniu natychmiastowym – emergency response– albo w pomocy humanitarnej, która często może trwać od wielu miesięcy do lat, albo w działaniach early recovery, czyli wczesnego odbudowywania się pewnej państwowości, bo często nawet po zakończeniu danej wojny ludzie potrzebują pomocy przez długi okres czasu, albo w ogóle w działalności rozwojowej, czyli w czymś, co nie do końca jest w Polsce rozumiane, natomiast co nazywa się w Polsce international development. I chodzi nam tu nie tyle o zapewnienie ludziom przetrwania, co o zapewnienie stabilnego rozwoju i odporności na późniejsze szoki. Czyli jeżeli chodzi o edukację, szkolenia, powrót na rynek pracy, o wykształcenie w ludziach umiejętności długofalowych i zabezpieczenia państwa na ewentualne niestabilności w przyszłości.

Osoby, które pracują w pracy rozwojowej, a nie w pracy humanitarnej, mają tę pracę w dużo bardziej stabilnych kontekstach. Mogą liczyć na to, że nawet mieszkają w tym samym państwie, w którym mieszka ich rodzina, podczas gdy humanitaryści często pracują w tzw. non-family duty stations. Czyli mamy dwa rodzaje miejsc zlecenia. Albo jest to strefa rodzinna, czyli family duty stations, albo nierodzinna, czyli non-family duty stations, w której worek wrzucam wszystkie konflikty zbrojne.

Czyli tam jesteśmy sami, celowo bez rodziny, żeby to zagrożenie minimalizować.

Irak czy Jemen to są non-family duty stations. Taką umiejętnością, która jest wymagana, jest interdyscyplinarność, czyli to, żeby umieć zarządzać procesami, ludźmi, i jednocześnie być bardzo technicznym. Czyli wszystkie procesy humanitarne są procesami, które opierają się na badaniach. Jeżeli jesteśmy w stanie takie badanie przeprowadzić, czyli np. nie reagujemy natychmiastowo, najpierw zbieramy dane, robimy secondary data assessment, czyli sprawdzamy, jakie są dane innych organizacji, na podstawie sprawdzenia potrzeb tworzymy projekt. Z takim projektem szukamy darczyńcy instytucyjnego, np. rządu, który jest w stanie takie działania zasponsorować. I ruszamy z projektem.

Projekt na każdym etapie jest monitorowany. Istnieje coś takiego, co nazywa się MEAL, czyli monitoring, evaluation, accountability, learning. Oznacza to, że na każdym etapie projektu sprawdzamy wszystkie nasze procesy, czy aby na pewno w odpowiedni sposób adresujemy potrzeby naszych beneficjentów. Oczywiście nasi beneficjenci w każdym etapie naszego procesu mogą zgłaszać swoje uwagi, skargi w sposób, który jest bezpieczny, anonimowy. Przy zamknięciu takiego projektu robimy też ewaluację wszystkich naszych działań, żeby zastanawiać się, w jaki sposób możemy następnym razem być bardziej efektywni, oszczędni, mądrzejsi, budować ten świat lokalny. Więc trzeba być osobą bardzo techniczną. Wymagane jest do tego wyższe wykształcenie. Natomiast w Polsce jest to sektor nierozumiany, mimo że mamy organizacje takie jak PAH, PCPM. Te organizacje tak naprawdę często szkolą ludzi od bardzo wczesnego poziomu. Więc ja weszłam w PAH z rynku pracy, mając wcześniejsze doświadczenia, natomiast bardzo często uczysz się podstaw już w tej organizacji.

Odpoczynek w pracy humanitarysty

Opisywałaś swój dzień pracy na Lesbos, którego nie kontrolowałaś, bo dawałaś całą siebie. Zastanawiam się, na ile w przypadku pracownika humanitarnego, który jest już profesjonalistą, ten dzień jest ustrukturyzowany. Czy ktoś dba o to, aby pracownik humanitarny był osobą wypoczętą, trochę jak z kierowcami, którzy mają odpowiednie przepisy, że na ileś tam godzin jazdy muszą mieć ileś czasu odpoczynku, aby podczas jazdy być uważnym i nie dekoncentrować się? Czy w przypadku pracowników humanitarnych istnieje jakiś zestaw procedur, kontrola mająca na celu sprawdzenie, czy pracownicy nadmiernie się nie eksploatują?

Jak najbardziej takie standardy w sektorze są. Istnieje taka standardowa procedura o nazwie R&R – rest and recuperation, czyli odpoczynek. Jeżeli pracujesz w strefie ekstremalnie trudnej, w trudnych warunkach bytowych, jesteś z dala od swoich bliskich, to mniej więcej co sześć tygodni masz obowiązek wyjechania z danego państwa na przymusowy urlop pięciodniowy. Więc na pewno sektor zdaje sobie sprawę z tego, że ludzie, którzy pracują w takim charakterze, dają z siebie bardzo dużo. I często idą do pracy i wracają spać z powrotem do pracy, gdyż biuro i miejsce życia jest w tym samym budynku albo w budynku naprzeciwko. Ze względów bezpieczeństwa nigdzie nie wychodzisz albo masz bardzo ograniczoną mobilność. Więc raz na jakiś czas musisz wydostać się, żeby zobaczyć, jak naprawdę funkcjonuje normalny świat, zobaczyć swoich bliskich, naładować się energią. Gdybyśmy zostali dużo dłużej, to pojawia się skłonność do apatii, czyli w momencie, w którym przechodzisz sześćdziesiąty dzień z rzędu obok dzieciaka, który ma urwane nogi, bo wpadł na minę, to kolejnego dnia dniu staje się to dla ciebie rutyną. Będzie to dla ciebie codziennością. A musimy kultywować w sobie to poczucie, że jesteśmy tam po to, aby coś zmienić, żeby takie sytuacje nie miały miejsca. Dlatego ważne, aby co jakiś czas wyjechać z tego Iraku, zobaczyć swoich bliskich, odstresować się i wrócić ze świeżym spojrzeniem.

Czyli procedury są, ale pracownik jest odpowiedzialny za to, aby postępować zgodnie z nimi.

W PAH-u jesteśmy w procesie zakładania nowej misji w Jemenie. Przez jakiś czas będę tam jedyną osobą z Polski. Przejmę obowiązki po innej osobie z Polski, która już wyjechała. Będę nadzorowała zespół lokalnych inżynierów, którzy wdrażają nam działania wodno-sanitarne. Natomiast mam cały zespół osób w Warszawie, do których mogę się zwrócić, jeżeli chodzi o ekspertyzę, których obowiązkiem jest wspieranie powstawania takiej misji. Czyli np. mam osobę, która jest odpowiedzialna za koordynowanie tego programu, zbiórkę w Warszawie. Jest ona wspaniałym ekspertem. Miałam ogromne szczęście, jeżeli chodzi o tego człowieka – Witku, pozdrawiam Cię. Więc na pewno nie jesteśmy pozostawieni sami sobie.

Oprócz tego w sektorze normą jest to, że gdybyśmy potrzebowali jakiegoś wsparcia psychologicznego, to oczywiście ten psycholog jest, często przez Skype’a dostępny. Ta pomoc jest. Zdajemy sobie sprawę, że jeżeli chcemy efektywnie nieść pomoc innym, to najpierw sami musimy być zdrowi i stabilni.

Zarobki pracownika humanitarnego

Przejdźmy teraz do tematu zarobków. Wolontariusz pracuje za darmo, ale czy wolontariusz jadący na Lesbos może liczyć na zwrot kosztów? Czy wyżywienie jest zapewnione, czy wolontariusz musi troszczyć się o to sam?

Jak najbardziej jest, jeżeli chcemy wyjechać na Lesbos, to mam listę organizacji, która dokładnie określa, jakich ludzi potrzebuje i na jakich warunkach ich zatrudniają. Bardzo często wolontariusze dzielą pokoje razem. Albo dzielą się kosztami, albo organizacja za nich płaci. W większości płaci i za zakwaterowanie, i za wyżywienie. Wolontariusze poruszają się razem. Z reguły koszty są zwrócone, w tym bardzo często również koszty lotów. Jeżeli wolontariusz jest w stanie zostać na trochę dłużej, np. na kilka tygodni, to jak najbardziej.

Natomiast jeśli chodzi o stawki w sektorze humanitarnym, to są one bardzo różne. Zależy to od organizacji. Jeżeli pracujesz z organizacją lokalną, np. w Iraku, to są to zarobki w dalszym ciągu godne, natomiast generalnie do tego sektora nie wchodzi się dla pieniędzy. Jeżeli komuś marzy się Wall Streeti baseny, to zdecydowanie nie jest to. To nie jest życie, które jest glamour, nie o to chodzi. Nawet jeśli ktoś chciałby wejść w ten sektor dla pieniędzy, a są również pozycje świetnie płatne i bardzo konkurencyjne, to pieniądze nie są wystarczająco silną motywacją, żeby w nim pozostać. Bo to jest praca pełna wyzwań, czasem wyrzeczeń, często z dala od bliskich. Więc jeśli chcesz wejść w to tylko dla kasy, to nie jest to dla ciebie, lepiej idź do finansów. Wtedy rób tam również dobre rzeczy, np. zainteresuj się wkładem sektora prywatnego w działalność humanitarną czy rozwojową.

Nawet jeśli ktoś chciałby wejść w ten sektor pomocy humanitarnej dla pieniędzy, a są również pozycje świetnie płatne i bardzo konkurencyjne, to pieniądze nie są wystarczająco silną motywacją, żeby w nim pozostać.

Nie trzeba być wolontariuszem bądź pracownikiem humanitarnym, można pomagać w inny sposób.

Chcę podkreślić, że to nie jest praca za darmo. Te warunki pracy są bardzo dobre, szczególnie jeżeli jesteś pracownikiem misyjnym. W momencie gdy wyjeżdżam z Warszawy, z Nowego Jorku, z Genewy, z jakiejkolwiek centrali humanitarnej na misję, to mam sporo dodatków do wynagrodzenia. Mianowicie stały dodatek misyjny, dodatek za trudne warunki akomodacyjne, za przebywanie w miejscu niebezpiecznym, tzw. hardship allowance. I to wszystko sumuje się w bardzo godne wynagrodzenie.

Natomiast podkreślam, że jak jesteśmy w miejscu takim jak Irak, to nie ma zbyt wielu miejsc, w których można wydawać te pieniądze. Więc siłą rzeczy oszczędzasz.

Plusy i minusy pracy jako pracownik humanitarny

Podsumuj teraz, proszę, plusy i minusy, jakie daje praca jako pracownik humanitarny.

Na pewno daje takie poczucie, że twoje działania mają sens.

Ale czy nie masz czegoś takiego, że widzisz, jak niewielkie są Twoje działania w stosunku do skali potrzeb?

Jak najbardziej. Na pewno nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim, bo ich potrzeby są ogromne. W Jemenie, który ma 30 mln mieszkańców, ok. 80% wymaga pomocy humanitarnej, 5 mln dzieci w Jemenie głoduje. Dla porównania: 5 mln dzieci to jak cała ludność Norwegii. Do tej pory 85 tys. dzieci umarło śmiercią głodową. Więc te potrzeby są przeogromne, natomiast staramy się tak zidentyfikować potrzeby i tak wykorzystać naszą ekspertyzę jako organizacja, np. PAH specjalizuje się w działaniach wodno-sanitarnych, żeby pomagać efektywnie w tych miejscach, w których jesteśmy w stanie pomóc. To nie jest tak, że cały kraj jest objęty wojną. Są takie strefy, w których rzeczywiście jesteśmy w stanie tę pomoc dostarczyć i utrzymać na długi czas.

Natomiast chciałabym podkreślić, że każdy kryzys humanitarny spowodowany przez człowieka, czyli nie katastrofa naturalna, to jest kryzys militarny, a każdy kryzys militarny to kryzys polityczny. I prawdziwe odpowiedzi są polityczne, więc należy ich szukać wśród polityków. To są długie negocjacje pokojowe, wielokrotne próby zawarcia pokoju. A to, co my jako humanitaryści robimy w międzyczasie, to jest nasz, mam wrażenie, psi obowiązek jako ludzi, czyli zapewnienie ludziom bezpieczeństwa w momencie, w którym państwowość upada. Czyli gdy państwo jako podstawowy podmiot, który ma obowiązek zapewnić człowiekowi bezpieczeństwo, nie jest w stanie tego zrobić, wtedy społeczność międzynarodowa wchodzi i ma obowiązek to zrobić. Podkreślam: pomoc nie jest dobroczynnością, pomoc jest prawem. To mówi np. Kofi Annan, były sekretarz ONZ. Natomiast te prawdziwe odpowiedzi są polityczne.

Być może masz takie wrażenie, że starasz się zabandażować bardzo krwawiącą ranę, a ktoś cały czas do niej strzela. Co w takiej sytuacji zrobić? Poddać się? Myślę, że naszym obowiązkiem jest dalej pomagać. Natomiast jak historycznie spojrzymy na ostatnie 50 lat, to wielokrotnie dochodzimy do sytuacji, które pokazały absurdy całego sektora i które zapewne kwestionują sam sens tych działań. A ponieważ moim zboczeniem akademickim jest filozofia, więc bardzo często kwestionuję, analizuję pewne rzeczy, których nie powinnam.

Natomiast teraz wracam pamięcią do sytuacji takiej jak Rwanda, Goma, Srebrenica czy to, co dzieje się dzisiaj w Syrii. Widzę pewne oczywistości, które wtedy z punktu widzenia tych miastowych działań nie były oczywiste dla pracowników humanitarnych i które doprowadziły do pewnie również niepotrzebnego rozlewu krwi. Mam na myśli to, że np. w 1994 r. w Rwandzie doszło do ludobójstwa ludności Hutu na Tutsi. Natomiast to, o czym mała część z Was wie, to to, że po tym ludobójstwie również zdarzył się inny, bardzo okrutny rozlew krwi w Gomie. Bardzo duża część mieszkańców Rwandy uciekła. I część z nich, w większości ludność Hutu, czyli ci, którzy wykonywali egzekucje na Tutsi, osadziła się w dolinie jezior, która wcześniej była Zairem, a dzisiaj nazywana jest demokratyczną Kongo, i to miejsce nazwane było wtedy Gomo.

Społeczność humanitarna, która miała ogromnego kaca moralnego związanego z tym, że nie udała im się pomoc wewnątrz Rwandy, rzuciła się masowo na pomoc. Więc codziennie masowa pomoc docierała tam samolotami, utrzymywała te obozy, starała się tych ludzi wykarmić, wyżywić, zapewnić opiekę medyczną. Doszło do tego, że te obozy rozrosły się w ogromny sposób i niestety część z tych ludzi, która nadzorowała te obozy, to byli ludobójcy. To byli ludzie, którzy z obozów organizowali kolejne masakry, wracali do Rwandy, mordowali dalej i wracali z łupami z powrotem do obozów. Ludność Tutsi pod przewodnictwem Paula Kagame, ówczesnego lidera rwandyjskiego, ukrywała się Ugandzie. I prezydent Kagame powiedział: „Jeżeli wy tego nie zaprzestaniecie, nie zaprzestaniecie utrzymywania tych obozów, to po prostu ja wkroczę z moim wojskiem i wymorduję wszystkich w tych obozach”. Niektóre organizacje humanitarne w porę się zorientowały, co jest grane, i np. taki MSF, czyli Lekarze bez Granic, wycofali się na czas, powiedzieli, że nie zamierzają przykładać ręki do kolejnego ludobójstwa, ale wiele organizacji tego nie zrobiło. I w którymś momencie po prostu Kagame zrobił to, co obiecał: wkroczył do obozów i wszystkich wymordował. Więc mamy tu kolejne pytanie o etyczność naszych działań.

Kolejna sytuacja, która bardzo zapadła mi w pamięci i na sumieniu jako pracownikowi humanitarnemu, który czuje kolektywną odpowiedzialność za to, co się dzieje, to jest Srebrenica. W 1985 r. po upadku Jugosławii Serbowie masowo starali się wyeliminować społeczność bośniacką, Bośniaków, którzy byli wtedy muzułmanami. ONZ stworzył tzw. enklawy bezpieczeństwa. Jedną z nich była Srebrenica. ONZ tam wkroczył, mówiąc, że my damy wam wojska, wtedy holenderskie wojska, tzw. Peacekeepers, czyli niebieskie hełmy, które nie miały wtedy mandatu, żeby strzelać do kogokolwiek. Czyli tak naprawdę ich funkcja była trochę wizerunkowa, trochę demonstracyjna, trochę ochrony, ale tak naprawdę tylko do pewnego stopnia. I rzeczywiście ONZ zbudował tę enklawę bezpieczeństwa, ale dał ludziom warunek: jeżeli chcecie tam żyć, to musicie oddać swoją broń. W taki sposób wszyscy Bośniacy, którzy tam się schronili, musieli oddać swoją broń. Czyli nie mieli czym się bronić przed Serbami. I w którymś momencie Serbowie zdecydowali się tam wkroczyć. Wojska holenderskie wycofały się. I Serbowie skorzystali nawet z paliwa z wozów oenzetowskich do tego, żeby przenieść osiem tysięcy chłopców i mężczyzn bośniackich i ich wymordować. To było największe ludobójstwo od czasów II wojny światowej w Europie. ONZ poniekąd się do tego przyczyniło, tworząc bardzo łatwe warunki do popełnienia takiej zbrodni.

Teraz patrzymy na to, co dzieje się w Syrii. Wiemy np., że ONZ jest zbudowane w taki sposób, że mamy Radę Bezpieczeństwa, czyli pięć państw, które mają największy wpływ na działania oenzetowskie. To są państwa, które wygrały II wojnę światową. Są to mianowicie Stany Zjednoczone, Rosja, Chiny, Wielka Brytania i Francja. Każde z tych państw może swoim wetem zablokować wysłanie wojsk, działania pokojowe w jakimkolwiek państwie na świecie. A ponieważ w Syrii aktywnie działa Rosja, wspierana również przez Chiny, to jakiekolwiek działania, interwencje militarne były wielokrotnie blokowane. Więc mówimy teraz o systemie, który jest sparaliżowany. A dlaczego mamy Radę Bezpieczeństwa? Dlatego, że ONZ uznał w którymś momencie, że wielką wartością jest to, żeby mieć każde z tych wielkich mocarstw przy stole.

Tak, bo legitymizują te decyzje ONZ.

Dokładnie. A teraz jesteśmy w momencie, w którym Syria jest wielką plamą na scenie ludzkości. Wydaje mi się, że w perspektywie kilkudziesięciu lat nie będziemy w stanie wytłumaczyć naszym dzieciom, gdzie wtedy byliśmy, jak to się działo. Więc ten sektor ma w sobie wiele pytań.

Wróćmy jeszcze do plusów tej pracy. Powiedziałaś, że masz wpływ na tę rzeczywistość, która Cię otacza, czujesz, że to jest Twoim obowiązkiem i dlatego to robisz. A inne plusy?

Poznajesz zupełnie inne kultury, państwa, miejsca na świecie, których większość z nas nie jest w stanie pokazać na mapie, a które nagle stają się twoim drugim domem na pewien czas. To, że w ciągu ostatnich kilku lat mieszkałam w Turcji, Jordanii, Iraku, a teraz wybieram się do Jemenu, prawdopodobnie nie byłoby możliwe w żadnym innym zawodzie. To, że tak głęboko wchodzisz w te państwa, nie będąc tam konsultantem na krótkim kontrakcie, który robi zlecenie biznesowe, jesteś cały czas z ludźmi, to twoim obowiązkiem jest zrozumieć ich kulturę, uszanować ją i może podzielić się kawałkiem swojej. To tak naprawdę sprawia, że poznajesz innych ludzi, budujesz przyjaźnie. Gdybym chciała przejechać teraz przez Irak czy przez Turcję, to mam tysiące twarzy, o których myślę bardzo ciepło, którzy stali się moimi przyjaciółmi. Więc jesteś otwarty na świat i poznajesz go dużo więcej niż w jakiejkolwiek innej profesji.

A minusy tej pracy?

Samotność. Pomimo tego, że często masz wielu przyjaciół, których poznajesz lokalnie, to jesteś z dala od najbliższych. Dlatego też tak mało widzi się kobiet na menedżerskich stanowiskach w tym sektorze, gdyż zwyczajnie kobieta, która ma trzydzieści kilka lat, ma dzieci, rodzinę, często nie jest w stanie ich zostawić w jednym państwie i wyjechać na zlecenie do innego kraju. To czyni ten zawód bardzo męskim od pewnych stopni zarządzania w górę. I rzeczywiście przez długi okres czasu pracujesz w miejscu, które było dla ciebie zupełnie obce. Jednak twoi najbliżsi, rodzice, parter, przyjaciele są na telefon, ale ta łączność nie jest bardzo dobra. Więc to jest duży minus – tęsknota za osobami, które kochasz.

Kolejnym minusem jest pewnie to, że zdarzają się naprawdę ciężkie warunki bytowe i musisz być na to przygotowanym. Jedni mogą to traktować jako przygodę i szkołę przetrwania. Dla innych jest to cięższe. Więc to nie zawód dla osób, które potrzebują przynajmniej minimum luksusu. Na przykład przez sześć miesięcy mieszkałam w Iraku. Zbiornik z wodą był na dachu, co oznaczało, że się bardzo ogrzewał. Więc jedyną wodą, którą mieliśmy do mycia się, to była woda na granicy wrzątku. Więc wychodziło się z prysznica, będąc całym czerwonym. Natomiast jeśli ten zbiornik znajdowałby się w piwnicy, to ta woda byłaby zawsze zimna. Więc jeśli chodzi o manipulowanie temperaturą pod prysznicem, to nie jest to dobry zawód.

Kolejna kwestia to to, że poznajesz wiele ciekawych kuchni lokalnych, ale część z nich może ci nie odpowiadać, np. w Iraku, szczególnie w Mosulu, jest bardzo mało stałych upraw, warzyw, owoców. To, co się je w większości, to baraninę wypasaną na ruinach i chleb. Więc nie jest to dieta bogata w składniki mineralne i witaminy. Brak takiego długiego poczucia stabilności.

Więc wydaje mi się, że ja teraz w wieku 25 lat mogę sobie pozwolić na większe ryzyka, na przygody, na przebywanie w bardzo krótkich okresach czasu w różnych dziwnych miejscach, natomiast jeśli w przyszłości będą dla mnie ważne stabilizacja i rodzina, to to nie jest profesja, która zawsze zapewnia komfortową stabilizację. Ludzie, którzy byli humanitarystami w przeszłości, przechodzą do działalności zrównoważonego rozwoju albo pracują w centrali. Po to, aby być blisko swoich ukochanych. Więc warunki pracy są niebezpieczne. Zdarzają się rzeczy, które nie są zabawne.

Odreagowanie stresu

Opowiadasz o tym z taką łatwością, że to brzmi zabawnie.

Więc powiem ci, dlaczego to jest ważne, aby się z tego śmiać. Odkryłam, że jedną z rzeczy, która mnie naprawdę relaksuje w takich sytuacjach ekstremalnie stresowych, jest humor.

Jedną z rzeczy, która mnie naprawdę relaksuje w takich sytuacjach ekstremalnie stresowych, jest humor.

Paradoksalnie moment, w którym człowiek zaczyna się śmiać z rzeczy, które wydają się beznadziejne, dodaje siły. Rzeczą, która dla mnie jest dosyć zabawna, a realnie ISIS jest zupełnie przerażające, jest to, że jak byłam w Iraku, to ataki ISIS zdarzały się codziennie, a szczególnie w Mosulu, w którym te sleeping cellsznajdowały się właściwie za każdym rogiem. Natomiast zabawne były zdjęcia, na których widać było, jak armia iracka przechwytywała bojowników ISIS, którzy próbowali się przedostać w cywilnym ubraniu, udając kobiety, przez różne militarne checkpointy. Mieli na sobie pełne makijaże, damskie torebki i brody.

Więc w momencie, gdy zaczynasz się śmiać, przestajesz się bać. To wydaje się być pewnego rodzaju mechanizmem obronnym, adaptacyjnym, który pozwala się zdystansować. Natomiast w każdym miejscu, w którym pracuję, istnieją małe dzieci, które chodzą do szkoły, ich babcie. Jeżeli oni tam żyją i są w stanie sobie poradzić, to na pewno jestem w stanie zrobić to również ja. 

To pokazuje, że tam jest też normalne życie, które przypomina nasze życie. Pamiętam, jak w innych rozmowach opowiadałaś, że na Lesbos miałaś taką sytuację, w której matka rzuciła noworodkiem w Ciebie z tonącej łodzi. Więc zastanawiam się, czy miewasz koszmary senne. W jakiś sposób to musi z Ciebie wychodzić. Nie wierzę, że człowiek może być w stanie być zawsze silnym…

Tak, miewam koszmary. Miewałam je przez długi czas po powrocie z Iraku. Teraz już ich nie mam. Natomiast z rozmów z profesjonalistami w tym aspekcie rozumiem, że tak naprawdę często one są rzeczą pożądaną. Dlaczego? Z dwóch względów. Jeżeli jesteś cały czas w strefie wojny, codziennie żyjesz w zagrożeniu życia, to twój mechanizm adaptacyjny sprawia, że twój organizm chce, żebyś był cały czas na granicy przerażenia. Chce, by codziennie śniły ci się bomby, aby pompować ogromne ilości adrenaliny do twoich żył, aby rozszerzały ci się oskrzela, źrenice, pompowała ci szybciej krew, żebyś nie czuł głodu, abyś mobilizował się, żeby przetrwać. Koszmary związane z wojną w takich warunkach utrzymują cię na najwyższym poziomie mobilizacji. A po drugie: to musi znaleźć ujście. Jesteśmy profesjonalistami, osobami, które przyjeżdżają do tych miejsc przeszkolone. A mimo wszystko każdy z nas jest człowiekiem. Więc naturalną, zupełnie ludzką reakcją jest czasem zapłakać. Więc mimo że podczas samych misji nie zdarza mi się płakać wcale, to są sytuacje, w których odwiedzam rodziców w Polsce i zdarza mi się uronić łzę nad rzeczą, która jest dosyć normalna.

Zdarzyło mi się odwiedzić wrocławskie zoo z rodzicami tej zimy i zobaczyć lwy, które przytulały się do siebie w skrajnym zimnie. Starały się ogrzać i nie zostały zabrane z powrotem do afrykarium. Stanęłam przed tymi lwami po sześciu miesiącach w Iraku, gdzie w ogóle nie płakałam, i zaczęłam płakać. Wydaje mi się, że to też wynikało z jakiejś ludzkiej reakcji na cierpienie, które się nagromadziło w mojej głowie przez wiele miesięcy, ale to jest coś, czego nie należy się bać. Nie należy ukrywać tego, że my, pracownicy humanitarni, możemy być jednocześnie bardzo profesjonalni i zarazem autentyczni, mieć emocje. Uważam, że pewna wrażliwość jest wpisana w serce naszego zawodu. Gdybyśmy nie czuli poczucia niesprawiedliwości, gniewu, patrząc na konsekwencje konfliktów zbrojnych na świecie, to w takie miejsca byśmy się nie pakowali, nie starali się prowizorycznie naprawiać i zszywać tego świata razem.

Okrucieństwo wojny

Więc tak, zdarzają mi się koszmary, ale chciałabym odesłać Państwa do pewnej książki. Jest to reportaż wojenny. Książka napisana została przez Włoszkę, która nazywa Francesca Borri. Nosi tytuł La guerra dentro, czyli Wojna wewnątrz. Tłumaczenie angielskie to Syrian Dust. Dotyczy właśnie raportowania bezpośrednio z Aleppo, podczas straszliwej wojny, która dzieje się w Syrii.

Dziś Aleppo to straszliwy cmentarz. I Francesca opisuje, co dzieje się na wojnie, nie codziennie, ale co jakiś czas przeplata to swoim koszmarem. I pisze to w taki sposób, że czytając np. rozpoczęcie rozdziału, nie wiesz do końca, czy widzisz jej rzeczywistość, czy jej koszmar. I moim zdaniem ten zabieg literacki we wspaniały sposób pokazuje rzeczywistość wojny, czyli abstrakcję, surrealizm, bo wrażenie wojny jest nie do opisania. To nie jest coś, co jesteś w stanie wytłumaczyć drugiemu człowiekowi, który nigdy nie był w takim świecie.

Wrażenie wojny jest nie do opisania. To nie jest coś, co jesteś w stanie wytłumaczyć drugiemu człowiekowi, który nigdy nie był w takim świecie.

I to, co widzimy na filmach, czyli np. Brada Pitta w koszuli khaki wysiadającego z Land Cruisera, przerzucającego worek z ryżem, nie ma związku z rzeczywistością. Dlatego bardzo mnie denerwuje, gdy ludzie gloryfikują konflikty zbrojne, wojnę, gdy mówią o bohaterach wojennych czy ludziach, którzy poświęcili swoje życie za jakiś interes polityczny. To mi się wydaje zwyczajnie głupie, ponieważ wojny w większości składają się z wysyłania na front dzieciaków w wieku 19-20 lat, którzy nie wiedzą, o co walczą, którzy chowają się potem jak żołnierze w bazach w Iraku i w Afganistanie, odgradzając się od ludności lokalnej, popełniając błędy militarne, doprowadzając do śmierci cywili.

Zawsze na wojnie najbardziej giną nie żołnierze, tylko cywile. Giną ludzie, personel medyczny, humanitarny, co jest absolutnie dysproporcjonalne do ilości żołnierzy, która ginie w takich konfliktach. I chciałabym dodać, że w wojnie nie ma nic podniosłego, tam nie ma czego gloryfikować. Jakakolwiek apoteoza takich rzeczy wywołuje we mnie odruch wymiotny. Rozumiem szacunek, który oddajemy np. powstańcom, ale gdy widzę generała wojskowego z dziesięcioma orderami na piersi, ludzi, którzy mówią mu: „Thank you for your service”, to dla mnie to jest trochę absurd. Cały przemysł wojenny jest czymś złym, sprawia, że ludzie giną codziennie, nawet w tej chwili. Więc jak widzę, gdy Francesca Borri w swojej książce w sposób surowy opisuje rzeczywistość wojenną i ona nie chowa tego za pięknymi apoteozami, metaforami, to kojarzy mi się to zwyczajnie z prawdą. I jeżeli jesteśmy w stanie wrócić myślami do naszego ostatniego najgorszego koszmaru, to prawdopodobnie jest to codzienność dla człowieka, który mieszka dzisiaj np. w takim Aleppo.

Dlaczego Ola niesie pomoc w niebezpiecznych miejscach

Ta rozmowa jest bardzo trudna. Zastanawia mnie jeszcze jedno, a mianowicie: dlaczego to robisz?

Mam wrażenie, że bycie świadkiem pewnych sytuacji pociąga za sobą odpowiedzialność. Gdy pewnej grudniowej nocy znalazłam się na wyspie Lesbos i zobaczyłam ludzi, którzy desperacko prosili mnie o pomoc, żeby zrobić im zdjęcie, opowiedzieć ich historię, zająć się ich dzieckiem, to wydaje mi się, że pewnego rodzaju zdradą wobec ich oczekiwań człowieka do człowieka byłoby, gdybym w tym momencie rzuciła wszystko i zajęła się czymś zupełnie z tym niezwiązanym. I tak naprawdę moją ambicją od grudnia 2015 r. było zrozumienie, co się takiego musi dziać, że ci ludzie uciekają. Że matka wkłada do łodzi dziecko, na łódź, na którą ja nigdy własnego dziecka bym nie włożyła, co oznacza, że ląd jest jeszcze bardziej niebezpieczny niż morze. Dlatego brnęłam coraz głębiej w Bliski Wschód i brnę dalej.

Natomiast mam wrażenie, że jest dużo rzeczy, które w tym wszystkim dodają mi sił. Wymieniłabym takie trzy. Pierwsza to siła i odporność ludzi, których spotykam, to, że widzisz ludzi, którzy tkwią w beznadziejnych sytuacjach, nie mając właściwie nic, a mimo wszystko są w stanie podzielić się z tobą kromką chleba. Pamiętam rodzinę, którą wyciągnęłam z wody, a która liczyła 12 osób. Dali mi jabłko! Oni tak je przekroili, żeby został kawałek i dla mnie. Ja mogłam pójść do hotelu i zjeść sobie posiłek – do hotelu, który nie przyjmował uchodźców. Są sytuacje, w których widzi się, że te rodziny dbają o siebie nawzajem. Widziałam chłopców, którzy na swoich ramionach nieśli swoich dziadków, bo rodzina na Bliskim Wschodzie jest bardzo dużą wartością i nie zostawia się nikogo w tyle. Gdy uciekało się, załóżmy, z takiego Idlib w Syriii jak miałeś dziadka, który poruszał się na wózku inwalidzkim, to nigdy nie zostawiałeś tam dziadka, mimo że dziadek chciał tam zostać, bo wolał się poświęcić. Więc zostawiałeś jego wózek, brałeś dziadka na ramiona. Widzisz starsze rodzeństwo, które opiekuje się młodszym rodzeństwem, dzieci, które nie śpią całe noce, żeby mieć pewność, że młodszemu rodzeństwu nic się nie stanie. Siła tych ludzi sprawia, że za każdym razem, gdy odwiedzam obóz dla uchodźców, to dostaję lekcje z tego, jakim można być silnym i odpornym, jak niewiele można mieć, a w dalszym ciągu chcieć dzielić się z innymi.

Pomoc humanitarna

Pomoc humanitarna

Pomoc humanitarna

Gdy odwiedzałam obozy pod Mosulem w Iraku, to rzeczą, która jest tam na wagę złota, jest woda. Bardzo często infrastruktura sanitarna jest tam bardzo ograniczona. I na głowę masz kilka czy maksymalnie kilkanaście litrów wody dziennie. Tą wodą musisz się umyć, ugotować, wypić. I za każdym razem, gdy wchodziłam do jakiegokolwiek namiotu, gdzie ludzie mnie zapraszali, bo gościnność w kulturze arabskiej jest bardzo ważna, to pierwsze, co robili, to przynosili mi wiadro z wodą i mówili: „Umyj się. Pij”. Nieraz odmawiałam, pomimo że było 50 stopni ciepła. Mimo to oni mnie oblewali tą wodą. Więc to były chyba gesty człowieczeństwa wśród tych ludzi, którzy już tyle przeżyli. I bardzo dużo się od nich uczę. Dla mnie trudnym przywilejem jest to, że mogę towarzyszyć im w tych momentach, które są słabe. Pamiętajmy też, że człowiek w momentach, w których jest słaby, wstydzi się dosyć często swoich słabości, nie chce, aby dookoła byli świadkowie. Więc to nie jest moment komfortowy dla drugiego człowieka i często dana osoba wstydzi się, że potrzebuje pomocy. Często jest tak, że my jako ludzie metaforycznie stoimy przed sobą nadzy, starając się zrozumieć siebie nawzajem. Więc to mi dodaje sił.

Kolejną rzeczą, która dodaje mi sił, są autorytety. To są takie osoby, o których myślę i których po prostu życie jest dla mnie lekcją tego, jak bym chciała żyć. Ja nie potrafię tak żyć, ale mam nadzieję, że kiedyś się tego nauczę. Jedną z takich osób, które mam na tapecie w telefonie, jest Sérgio Vieira de Mello. Był on wysokim komisarzem do spraw praw człowieka w ONZ. Miał być następcą Kofi Annana, ale niestety zginął. Został zamordowany w pierwszym ataku samobójczym w Iraku w 2003 r. Był z pochodzenia Brazylijczykiem. Pracował w biurach oenzetowskich, brał udział w bardzo poważnych politycznych negocjacjach. Ale jak była potrzeba, to zakasywał rękawy i rzucał się w wir wydarzeń w terenie. Był bardzo blisko człowieka, nie bał się negocjować z Czerwonymi Khmerami o ewakuację 400 tys. uchodźców z Kambodży, i tego dokonał. Został wysłany przez Kofi Annana do Iraku, żeby po inwazji na Irak w 2003 r., w której również Polska uczestniczyła, zapewnić to, aby ta inwazja nie przerodziła się w wieloletnią okupację. Niestety przerodziła się w trwałą destabilizację kraju. W tym 17. już roku konfliktu w Iraku co miesiąc otrzymujemy listę zabitych ludzi, odkrywamy masowe mogiły, więc nie mówimy tu o pokoju, tylko o państwie, który wychodzi z aktywnego konfliktu w czas pokonfliktowy, i znowu w aktywny konflikt. To jest już cykl. I 19 sierpnia Sérgio został zamordowany przez wybuch bomby samobójcy, który targetował ONZ. I teraz 19 sierpnia co roku humanitaryści z tej okazji obchodzą World Humanitarian Day. Z tej okazji PAH organizuje debaty w Warszawie dotyczące dyskusji o narracji humanitarnej, czyli jak mówić o kryzysach humanitarnych, żeby ukazywać godność ludzi, których reprezentujemy. Nie chodzi o to, aby pokazywać dziecko z muchami dookoła twarzy, bo nikt nie chciałby, aby nam zrobione takie zdjęcie. Chodzi o to, aby ukazywać tych ludzi z godnością. Więc Sérgio był taką osobą, której żywot dodaje mi sił.

Kolejną osobą jest Janka Ochojska. To nasza wielka przyjaciółka, którą oboje mieliśmy okazję poznać bardzo blisko. Serdecznie ją pozdrawiamy. Myślę, że jak patrzymy na życie tej kobiety, na to, ile przeciwności losu od urodzenia – od polio, od życia w szpitalach, od niepełnosprawności, po bariery i kłody rzucane pod nogi – ten człowiek przeszedł, jednocześnie budując Polską Akcję Humanitarną, pomagając w 46 krajach, jadąc konwojami do Sarajewa, prawie spadając w przepaść samochodem, prawie ginąc, a jednocześnie dalej wracając w te miejsca i ucząc Polaków humanitaryzmu, ucząc ich tych wartości, których nam tak bardzo brakuje jako narodowi, bo jesteśmy też trochę krótkowzroczni. Nie pamiętamy o tym, co działo się jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Nie pamiętamy o tym, że my potrzebowaliśmy pomocy. I jakby teraz chcemy odciąć to grubą kreską i udawać, że te rzeczy Polski nie dotyczą, co jest oczywiście wielką obłudą i kłamstwem.

Jesteśmy trochę krótkowzroczni. Nie pamiętamy o tym, co działo się jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Nie pamiętamy o tym, że my potrzebowaliśmy pomocy. I jakby teraz chcemy odciąć to grubą kreską i udawać, że te rzeczy Polski nie dotyczą, co jest oczywiście wielką obłudą i kłamstwem.

Polska pokrzywdzona przez tyle lat, to teraz mamy prawo żyć, jak chcemy, nie oglądając się na innych. A to tak nie działa…

Literatura i poezja jako odskocznia i źródło siły

Kolejną rzeczą, która dodaje mi sił, jest literatura i poezja. Ja bardzo dużo czytam. Uciekam w książki już od najmłodszych lat. To był mój mechanizm znajdowania sobie najlepszych przyjaciół w autorach, podczas gdy nie zawsze tak było z dziećmi. Chcę Wam polecić kilka wierszy, które mi dodają sił w momentach zwątpienia. Pierwsze dwa są Zbigniewa Herberta – jeden nazywa się Podróż, a drugi to Przesłanie Pana Cogito. Oba mają w sobie takie świeckie sacrum. Mówią, jak żyć i dlaczego warto być wiernym swoim wartościom. Kolejny wiersz zrobił na mnie wielkie wrażenie, podczas mojego wyjazdu do RPA. Odwiedzałam tam wyspę Robben Island. Na niej Nelson Mandela spędził 18 lat swojego uwięzienia – Nelson Mandela był w więzieniu przez 27 lat za działalność przeciwko apartheidowi, zanim został prezydentem RPA. Gdy przez 18 lat przebywał na tej wyspie w więzieniu w straszliwych warunkach, to swoich współwięźniom czytał wiersz Williama Henley’ego, który nazywał się Invictus– czyli Niepokonany. Który mówi o tym, że „I am the captain of my faith. I am the captain of my soul”. Wyobrażam sobie, że siedzi na takiej pryczy w pasiaku i czyta innym. Napawa mnie to głębokim wzruszeniem.

Kolejny wiersz to Roll the Dice Charlesa Bukowskiego. Pisze on o tym, że trzeba się czasem poświęcić, jeżeli w coś wierzymy, mimo że najbliżsi będą od nas odchodzić. Istnieje coś takiego, co nazywam the crab effect, chodzi mianowicie o to, że jak wypełnisz miskę krabami, to te kraby zaczną wchodzić na siebie, natomiast jeżeli jeden z nich postara się wyjść z tej miski, to inne kraby zamiast go wypchnąć i mu pomóc, będą próbowały wciągać go do środka. I właśnie to jest wiersz o tym, że jeżeli masz coś, co nakazuje ci wyjść poza pewne konwencje i brnąć w coś, w co święcie wierzysz, to trzeba to zrobić mimo wyrzeczeń, np. mimo tego, że zostawi cię partner. Więc to są trzy wiersze, które są bardzo ważne. Literatura jest dla mnie wspaniałą odskocznią w takich momentach.

Kryzys humanitarny w Jemenie

Wrócę do tej pierwszej motywacji, którą podałaś, że jak widzisz tych ludzi i jesteś świadkiem wydarzeń, to czujesz ciężar odpowiedzialności. Zastanawiam się, czy widząc coraz więcej tych sytuacji w różnych miejscach, to tą odpowiedzialnością będziesz się wciąż katowała. Zastanawiam się, na ile ta Twoja perspektywa ewoluuje. Bo jak jechałaś na Lesbos, to nie wiedziałaś po co, to był odruch serca. Ale zobaczyłaś tych ludzi i zaczęłaś motywować się do pomagania. Zastanawiam się, na ile ta motywacja zmienia się w czasie.

Wydaje mi się, że to moje rozumienie tych kilku konfliktów w Syrii i Iraku jest dużo głębsze, niż było wtedy. W którymś momencie poczułam, że moje intelektualne narzędzia są niewystarczające, żeby objąć całe spektrum, jakby tę całą wielowymiarowość, coś, co jest ogromnie intelektualnie trudnym zadaniem do rozwiązania. Więc na pewno pod względem teoretycznym i intelektualnym staram się pogłębiać moje zrozumienie. Teraz konflikty ewoluują. Każdy jest inny. To, co dzieje się dzisiaj, prawdopodobnie nie będzie tym, co zadzieje się jutro. Ta perspektywa w Jemenie zmieniła się o 180 stopni nawet w perspektywie ostatnich dwóch tygodni.

Pod jakim względem?

Pod takim względem, że teoretycznie miałam już być w Jemenie, natomiast sytuacja bezpieczeństwa zupełnie się zmieniła, eskalowała, więc jedyne miasto w Jemenie, które było siedzibą rządu jemeńskiego, Aden – jest to portowe miasto na południu kraju – do tej pory nie zostało zajęte przez jednostki zbrojne, szyickie jednostki Huti, które kontrolują jakieś 70% kraju od północy. Natomiast w ciągu ostatnich kilku dni był tam przewrót stanu, w którym wojska koalicyjne, które do tej pory były sojusznikami na tym froncie, zjednoczone przeciwko Huti, zaczęły walczyć między sobą. Wojska emirackie po ostatnim ataku, który targetował paradę militarną, wycofały się z Jemenu, co zostawiło 90 tys. ludzi wyszkolonych przez te jednostki z bronią na ulicach. Ci ludzie wykorzystali tę okazje do tego, żeby domagać się secesji Jemenu południowego od Jemenu północnego. Jemen został zjednoczony w latach 90., wcześniej był to Jemen północny i Jemen południowy. Te siły, które nazywają się Southern Transitional Council, STC, przejęły wszystkie budynki rządowe w Jemenie, więc tak naprawdę teraz rząd de facto nie ma jakiejkolwiek prezencji, nawet w tym ostatnim mieście w Aden.

Oznacza to, że sytuacja humanitarna się jeszcze bardziej skomplikowała i ludzie będą jeszcze bardziej potrzebowali pomocy, bo nie wiemy tak naprawdę, czy ta państwowość, która była zachowana w tej małej enklawie, w dalszym ciągu będzie utrzymywana, kto będzie płacił ludziom za pracę w sektorze publicznym, kto będzie robił rzeczy banalne jak np. wywózka śmieci, bez której wzrasta niebezpieczeństwo epidemii. Więc sytuacja się zdestabilizowała.

Na razie analizujemy stan bezpieczeństwa i zastanawiamy się, w którym momencie najlepiej wyjechać do Jemenu. Prawdopodobnie będzie to w ciągu najbliższych dwóch tygodni. Natomiast chcemy zrobić to mądrze. Oczywiście wiemy, że eskalacja konfliktu sprawia, że potrzeby humanitarne są jeszcze większe. Jako Polska Akcja Humanitarna jesteśmy jeszcze bardziej zdeterminowani, żeby nasz projekt wykonać na miejscu, zrobić to mądrze i zaadresować jak najbardziej palące potrzeby ludzkie. Jemen jest przykładem, jak sytuacja może się zmienić z dnia na dzień.

Najbliżsi jako wentyl bezpieczeństwa humanitarysty

Co jest takim Twoim wentylem bezpieczeństwa? W czym tam na miejscu znajdujesz ucieczkę od problemów? Jak odbudowujesz swoją wiarę w normalność świata, gdy wracasz do Polski? Wydaje mi się, że można ją łatwo w takich miejscach utracić. Pytam, bo w pewnym wywiadzie z Tobą podkreślono, że „jeździsz w miejsca, które mają wiele wspólnego z piekłem”.

Myślę, że to trochę rozdmuchanie sytuacji, ale pewnie tak.

Nie chciałbym tak tytułować tej rozmowy, wydaje mi się to grubo przesadzone, ale myślę, że przeciętna osoba słuchająca tej rozmowy pomyśli, że dziewucha jest szalona i jeździ w miejsca, w które normalny człowiek nie chciałby się zapuszczać. Więc co jest tym Twoim wentylem bezpieczeństwa?

Oprócz literatury i autorytetów to na pewno rodzina. Jestem bardzo blisko z moją rodziną, rodzicami, babcią, która mnie wychowała.

Czy jak jesteś tam, to macie codzienny kontakt?

Nie zawsze jest taka możliwość. Nie zawsze jest wystarczająco dobra łączność, natomiast za każdym razem, kiedy pozwalamy sobie na ten kontakt, to on jest szczery i bezpośredni. Jeżeli potrzebowałabym dobrego słowa, wsparcia psychicznego, tego, aby przyjechać do Polski i razem sobie ponarzekać, to mogę na nich liczyć. I wiem, że są to ludzie, którzy nie będą upraszczali rzeczy, bagatelizowali tego, co robię. Nie zapytają: „A kiedy znajdziesz prawdziwą, normalną pracę?”. Więc jestem im za to bardzo wdzięczna.

Przerzucałam się trochę z państwa do państwa przez ostatnie osiem lat mojego życia, więc moja grupa przyjaciół jest porozrzucana po całym świecie. Dzięki temu, że spędziliśmy dwa magiczne lata we Włoszech, to jesteśmy sobie tak bliscy jak rodzeństwo. Więc kontakt z nimi odbudowuje moją wiarę w normalność. Poza tym wydaje mi się, że i w moich rodzicach, i w moich najbliższych przyjaciołach widzę pewien zestaw cech, który inspiruje mnie do dalszego działania, który mnie wzmacnia. Potocznie mówi się, że jesteś sumą pięciu najbliższych osób, z którymi spędzasz największą ilość czasu. I rzeczywiście te osoby dookoła mnie to są te, które sprawiają, że codziennie rano budzę się i zastanawiam, czy na pewno robię wystarczająco dużo z moim życiem, bo one robią aż tak dużo.

Ty możesz wpędzić ludzi w kompleksy. To tak jak na początku ja powiedziałem, że ty masz duże doświadczenie, a Ty odparłaś, że jeszcze nie takie duże, a później przez trzy godziny odsłaniasz zaledwie wierzchołek góry lodowej.

Myślę, że pokora jest bardzo ważna i jest taką cechą, która wyszła już z mody. Mianowicie w dobie Instagrama, co do którego wierzę, że można go prowadzić bardzo fajnie, artystycznie i głęboko, taka próżność niestety otrzymuje dużą aprobatę społeczną. I już nie jest wcale dla wszystkich „nie w dobrym smaku”. W związku z tym odsyłam Was do kolejnej wspaniałej książki, tym razem Davida Brooksa, który pisze również do New York Times, mianowicie Kształtuj swój charakter The Road to Character. Zamiast czytania tej książki można też obejrzeć godzinny podcast na Spotify’u po angielsku, który jest dużo bardziej przystępny. Podają tam całą esencję książki, a jest ona wspaniała. Opowiada o takim ważnym rozróżnieniu, o którym dziś zapominamy, mianowicie o dwóch typach wartości. Jedne z nich to tzw. resume virtues, czyli powiedzmy cechy, które widzimy na CV, a drugie nazywa eulogy virtues, czyli cechy, o których mówi się w mowach pogrzebowych, w epitafiach.

Autor twierdzi, że w dzisiejszym świecie każdy z nas wie, jak wykształcić w sobie cechy, których żąda rynek, że właściwie na każdym kroku, czy na LinkedInie, czy w wielu poradnikach, możemy znaleźć „top 10 cech, których potrzebujesz, żeby być człowiekiem sukcesu w swojej profesji”, a tak naprawdę niewielu z nas wie, co zrobić, żeby wykształcić w sobie takie cechy jak szlachetność, honor, poświęcenie dla drugiego człowieka, walka ze swoimi słabościami. Cały czas mówimy o wzmacnianiu swoich silnych stron, a bardzo mało mówimy o pracy nad swoimi słabościami. To jest niesamowicie ważne, nawet ważniejsze.

Pomoc humanitarna

Pomoc humanitarna

Ja codziennie walczę ze swoimi słabościami, które są absolutnie ogromne, które czasami mnie przytłaczają. I pokora jest taką cechą, która mówi bardzo dużo. Autor przytacza badanie, w którym nastolatki w Stanach Zjednoczonych zapytane, czy wolałyby być asystentkami/asystentami Justina Biebera, czy dyrektorami Harvardu, wybierają Justina Biebera. Więc wolą szybką gratyfikację, lajki, szybką satysfakcję.

Niewielu z nas wie, co zrobić, żeby wykształcić w sobie takie cechy jak szlachetność, honor, poświęcenie dla drugiego człowieka, walka ze swoimi słabościami. Cały czas mówimy o wzmacnianiu swoich silnych stron, a bardzo mało mówimy o pracy nad swoimi słabościami. To jest niesamowicie ważne, nawet ważniejsze.

Substytut prawdziwych wartości. Ale z drugiej strony kryzys autorytetu. Prawdziwe autorytety odchodzą, nowych nie ma. Gdy byłem młody miałem kilka autorytetów, jednym z nich była Janka Ochojska. Ja mam takie wspomnienie z Nią związane, że kiedyś z kolegą bądź Tatą zanosiliśmy coś do biura PAH-u. Pierwszy raz Ją wtedy zobaczyłem i pomyślałem, że to jest niemożliwe, żeby osoba poruszająca się o kulach robiła takie dobro. Pomyślałem również, że jestem święcie przekonany, że to jest osoba, która jest ustawiona w życiu i dlatego może realizować się w takich rzeczach. Dowiedziałem się, że to wcale tak nie wygląda. To jest jedno z doświadczeń. Ich było o wiele więcej. Ale to doświadczenie pozwoliło mi sądzić, że skoro ja mam dwie ręce i nogi sprawne, to mogę więcej. A później pojawia się takie zawstydzenie, że skoro osoba, która nie jest w pełni sprawna, tak wielkie rzeczy robi, to ja powinienem robić coś równie dużego.

Inne moje autorytety są dość kontrowersyjne. Jeśli zacząłbym wymieniać nazwiska, to Słuchacze by się podzielili na różne obozy, bo to są osoby charakterystyczne. Często jest tak, że te silne osobowości mają duży elektorat pozytywny i duży elektorat negatywny. Wystarczy wymienić taką osobę jak Lech Wałęsa i jego drogę jako zwykłego człowieka do zrobienia czegoś większego. I oczywiście można się różnych rzeczy doszukiwać w jego przeszłości, co nie zmienia postaci rzeczy, że jest osobą wielką. I takich osób jest więcej.

Mówiliśmy o autorytetach, o ich kryzysie i o tym, że mamy substytut nagrody w tym sensie, że nam się wydaje, że coś jest nagrodą, a to jest tak naprawdę puste, ale kluczowe pytanie to czy zdajemy sobie z tego sprawę? Jak patrzę na młodych ludzi, to zastanawiam się, jaki dzisiaj dzieci mają mechanizm budowania swoich autorytetów. Mają to, co im YouTube podsunie. A co im podsuwa? To, co jest popularne i się klika, tylko że dzieci o tym nie wiedzą. Nawet jeśli próbują szukać dla siebie jakichś autorytetów w tej papce, to nadal to jest papka. Trudno dowiedzieć się stamtąd, że jest nawet taka Ola, która jeździ po świecie i coś robi. Dotrzeć do wiedzy o Twoim istnieniu Olu, o Twoich działaniach, o Twoim punkcie widzenia na świat. To jest bardzo trudne, bo Ciebie nie ma na YouTubie, nie jesteś popularną instagramerką…

Podpowiedź dla ludzi szukających swojej drogi

Zadam Ci jeszcze jedno pytanie. Co byś doradziła sobie jako Oli 20-letniej, mając to doświadczenie, które masz dziś? Co byś też poradziła młodym ludziom, którzy chcą mieć pozytywny wpływ na świat? Bo młodzi ludzie mają takie poczucie, że Ci starzy to zepsuli, a my jesteśmy tutaj i chcemy to naprawić, a przynajmniej mają taką ambicję, ale często brakuje im odwagi, konsekwencji, którą Ty ewidentnie masz. Jak na Ciebie patrzę, na to, co robisz, to nie można powiedzieć, że brakuje Ci odwagi, siły czy konsekwencji w Twoich działaniach. Więc poproszę o takie rady dla 20-letniej Oli, ale i dla innych nastolatków.

Nie musi się iść pod prąd. Przypomnę Wam, że 20-letnia Ola, rozpoczynając naukę w londyńskiej szkole ekonomii i nauk politycznych, chodziła na eventy o bankowości inwestycyjnej, bo wszyscy chodzili. Zastanawiała się, czy na praktyki wakacyjne iść do Ernst & Young, do Goldman Sachs czy do McKinsey. Z tamtej perspektywy to, co robię dziś, było totalną abstrakcją. Jeszcze w listopadzie, na miesiąc przed moim grudniowym wyjazdem, a nawet na tydzień przed, nie miałam pojęcia, że będę robiła w życiu coś takiego.

Wtedy bałam się tego, jak będą mnie oceniać inni ludzie. Wyzwala nas od tego uświadomienie sobie, jak mało myślą o nas inni ludzie. Z jednej strony jest to głęboko przygnębiające, a z drugiej bardzo uwalniające. Gdy zaczniemy zdawać sobie sprawę z tego, że z perspektywy wszechświata nasz czas na ziemi jest absolutnie nieistotny i tak naprawdę większość ludzi na świecie widzi świat tylko i wyłącznie ze swojego punktu widzenia, a drugi człowiek jest tam aktorem drugoplanowym – nieco z przypadku, to tak naprawdę to daje nam szerokie spektrum rzeczy, które możemy sobie wybrać. Więc nie przejmować się, uważać na crab effect – nie bójmy się być tym pierwszym krabem, który wyjdzie z miski!

Wtedy bałam się tego, jak będą mnie oceniać inni ludzie. Wyzwala nas od tego uświadomienie sobie, jak mało myślą o nas inni ludzie. Z jednej strony jest to głęboko przygnębiające, a z drugiej bardzo uwalniające.

Pierwsze pytanie, które bym sobie zadała, wchodząc w świat, zastanawiając się nad wyborem profesji, czy to wchodząc w bankowość, czy w sektor humanitarny, brzmi tak: co jest tą rzeczą, o którą jestem w stanie walczyć? W życiu często zastanawiamy się, co jest tą rzeczą, która sprawia nam najwięcej przyjemności. Nie oszukujmy się, w życiu każdego człowieka będzie taka ilość bólu, która wielokrotnie rozłoży nas na łopatki. Tego nie da się uniknąć bez względu na to, czy jesteś maklerem na Wall Street, czy humanitarystą. Natomiast powinniśmy dokonywać wyborów życiowych w taki sposób, aby w tych najcięższych momentach mieć świadomość tego, że to, co robimy, to jest jakaś mała bitwa w wielkiej walce o rzeczy, które są dla mnie ważne. Więc dla mnie był to los uchodźców, którzy uciekali z terenów dotkniętych wojną. Dla kogoś innego to może być los sierot w Polsce. Dla kogoś jeszcze innego może być to środowisko.

Więc co jest tą rzeczą, o którą chcesz walczyć – What am I willing to struggle forTo jest dobry punkt wyjścia do tego, jaką karierę i jakie pasje sobie wybrać.

Jak dotrzeć do Oli i wesprzeć Jej działalność

Powiedz, gdzie można znaleźć więcej informacji o Tobie i Twojej działalności? Czy są w ogóle takie miejsca?

Dałam sobie za punkt honoru, aby pisać więcej, niż robiłam to do tej pory. Zebrałam bardzo dużo przemyśleń i refleksji, obrazów i filmów z różnych miejsc kryzysów, które widziałam do tej pory. I chciałam się nimi podzielić. Czuję, że część z tych rzeczy jest zbyt ważna, żeby trzymać je tylko w szufladzie. Jeszcze nie wiem, w jakiej formie one będą publikowane, ale pewnie jednym z takich mediów społecznościowym jest Facebook. Jest tam opcja „follow”. Jeżeli życzylibyście sobie oglądać jakieś update’y z moim udziałem, to szukajcie pod „Aleksandra K. Wiśniewska”.

Chciałam Was skierować też na stronę PAH-u – pah.org.pl, na której znajdziecie wspaniałe rzeczy, których ta organizacja do tej pory dokonała. Ja dopiero do niej dołączyłam i jeszcze palcem nie przyłożyłam się do tego, co oni robią. Natomiast oni robią wspaniałe rzeczy na całym świecie. Wielu Polaków pyta mnie, dlaczego pomagamy tam, a nie w Polsce. Więc odpowiadam, że PAH również pomaga w Polsce – i nasz Michał jest najlepszym tego dowodem i przykładem. Więc PAH od 1998 r. prowadzi akcję dożywiania dzieci Pajacyk. Michał z Wami miał kiedyś ambitny cel zasponsorowania 10 tys. posiłków, a udało się już ufundować ponad 100 tys. To wszystko jest namacalnym dowodem na to, jak wiele można dokonać, organizując się. 100 tys. posiłków i jednocześnie 100 tys. napełnionych brzuszków! To jest 100 tys. dzieci, które nie zemdleją w drodze do domu ze szkoły. Więc jeśli utożsamiacie się z pomaganiem i stać Was na to w tym momencie, to okażcie choćby bardzo skromną pomoc – jeden posiłek to koszt ok. 4,50 zł. Oczywiście zapraszam Was do wsparcia Pajacyka.

Jeżeli chcielibyście dowiedzieć się ode mnie czegoś więcej o akcji Jemenie, która będę teraz prowadzić, to serdecznie zapraszam Was do wsparcia. Prowadzimy aktywne zbiórki na Jemen. Oprócz tego kilka dni temu uaktywniliśmy razem z Onetem stronę „Help Yemen”, na której aktywnie zbiera nie tylko PAH, ale również UNICEF i PCPM. Możecie tam dogłębnie przeczytać, co dzieje się w Jemenie, jakie konkretnie prowadzimy działania. Przekonacie się, że Wasze wsparcie przełoży się naprawdę na konkretne działania na miejscu, na konkretne polepszenie bytu ludzi.

Jeżeli chcielibyście się ze mną skontaktować, to serdecznie zapraszam. Staram się opowiadać na wiadomości, a będąc w momencie publikacji tego podcastu w Jemenie, z pewnością dodadzą mi one otuchy.

Super, Olu! Super było Cię gościć! Absolutnie Ci dziękuję za tę fenomenalną rozmowę. Wierzę, że dzięki niej udało nam się przybliżyć ludziom to, co robisz.

Ja również dziękuję tobie za to, co robisz, że inspirujesz swoich słuchaczy, dzielisz się swoimi wartościami i swoim dobrem. Dla mnie jesteś przyjacielem. Być tu z tobą jest dla mnie wielką radością. Bardzo ci za to dziękuję.

Dzięki wielkie. Do zobaczenia i powodzenia! Wracaj cała z tego Jemenu.

Na pewno wrócę.

===========

Zazwyczaj wiem, jak skomentować na koniec moje rozmowy z gośćmi. Ale dzisiaj – serio – brak mi słów. Działalność i dokonania Oli są dla mnie jednocześnie olbrzymią inspiracją, jak i wyrzutem sumienia. Porusza się Ona w takiej rzeczywistości, której większość z nas po prostu wolałaby nie widzieć i o której wolelibyśmy nie wiedzieć.

Wydaje mi się jednak, że warto przynajmniej spróbować zrozumieć, na czym naprawdę polega praca pracownika humanitarnego i jak trudne są te zadania, które realizują takie osoby. Wrzucając pieniądze do puszki, czy dokonując przelewu nie wyobrażamy sobie, na co one konkretnie idą. Słuchając Oli zaczynam to lepiej rozumieć. Widzieć w tym wszystkim nie tylko pieniądze, ale przede wszystkim to, jak używane są one dla dobra innych.

I już tak naprawdę na koniec podzielę się z Wami pewną smutną refleksją. Spojrzałem w statystyki odcinków podcastów, w których poruszałem tematy związane z dobroczynnością, np. 47. odcinek opowiadający o książce „Świat według Janki”autorstwa Janiny Ochojskiej, czy 104. odcinek w którym wspólnie z Janką i Magdą z PAH przedstawialiśmy kulisy działania Pajacyka. To są odcinki dosłownie o najniższej słuchalności. I to też dobrze pokazuje, jak trudno jest zwiększać świadomość zagadnień związanych z szeroko rozumianą dobroczynnością. Osobiście boleję, że zapewne i ta rozmowa z Olą zniknie w zalewie innych treści – łatwych, prostych i przyjemnych. No ale tak wygląda rzeczywistość, więc tym bardziej trzeba robić swoje oddając honor tym, którzy dobrze robią dobro.

Dziękuję Olu, że robisz to, co robisz i że w międzyczasie przyjęłaś moje zaproszenie i tak obszernie podzieliłaś się swoimi doświadczeniami.

A Wam dziękuję za kolejne wspólne spotkanie. Jeśli wolicie czytać niż słuchać, to przypominam, że zawsze znajdziecie na moim blogu transkrypt całego podcastu pod adresem https://jakoszczedzacpieniadze.pl/137.

To tyle na dzisiaj. Dziękuję bardzo za wspólnie spędzony czas i życzę Ci skutecznego przenoszenia Twoich celów finansowych na wyższy poziom. Do usłyszenia!

Skąd pobrać podcast

Podcast dostępny jest dla Was w wielu miejscach:

A jeśli podoba Ci się podcast, to będę Ci bardzo wdzięczny, jeśli poświęcisz minutkę i zostawisz swoją ocenę oraz krótką recenzję w iTunes. Wasze głosy powodują, że mój podcast trafia do rankingów iTunes. Dzięki temu łatwiej jest do niego dotrzeć tym osobom, które jeszcze nigdy go nie słyszały. A na tym bardzo mi zależy 🙂

Oceń podcast “Więcej niż oszczędzanie pieniędzy” <–

Jeszcze raz bardzo Ci dziękuję za Twoje wsparcie i życzę Ci świetnego dnia! 🙂

"Finansowy ninja" - podręcznik finansów osobistych

Finansowy ninjaMożna już zamawiać moją książkę "Finansowy ninja". To ponad 540 stron praktycznej wiedzy o oszczędzaniu, zarabianiu, optymalizacji podatkowej, negocjowaniu i inwestowaniu, które pomogą Ci zostać prawdziwym finansowym ninja i osiągnąć bezpieczeństwo finansowe.

Przewodnik po finansach osobistych, który każdy powinien przeczytać jeszcze w szkole.

PRZEJDŹ NA STRONĘ KSIĄŻKI →

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach o oszczędzaniu pieniędzy. Nie ujawnię nikomu Twojego adresu!



{ 71 komentarzy… przeczytaj komentarze albo dodaj nowy komentarz }

Grzegorz Wrzesień 3, 2019 o 17:16

Dlaczego przy takiej artykule brak komentarzy? Czyżby wyższy stopień cenzury?

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 3, 2019 o 17:19

Hej Grzegorz,

Ludzie muszą przesłuchać. Poza tym nie oszukujmy się – tematy związane z pomocą humanitarną mało kogo obchodzą (o czym zresztą mówiłem pod koniec).

A propos cenzury – jak na razie żadnego komentarza tutaj nie usunąłem, ale niechybnie to zrobię, jeśli nastąpi jakiś atak prymitywności.

Pozdrawiam

Odpowiedz

Ania Wrzesień 20, 2019 o 16:46

Najlepszy podcast jaki do tej miałam okazję słuchać. Trudny ale niesłychanie wartościowy. Dziękuję !
I wielki szacunek i podziw dla Oli.
Pozdrawiam

Odpowiedz

Lukasz Wrzesień 3, 2019 o 18:56

Hej Michał,

Jestem niesamowicie wdzieczny za ten podcast. Zgadzam sie, ze to chyba najważniejszy wywiad jaki do tej pory przeprowadziles. Super wpisujesz sie w narracje “stop making stupid people famous” i w kontrze promujesz tak wspaniale osoby jak Ola. Totalny powiew swiezosci – mlodziutka, wyksztalcona dziewczyna z takimi pokladami altruizmu i empatii, ktora literlanie “zszywa” ten bewzgledny & okrutny swiat. Szczerze to po obejrzeniu wywiadu zadumalem sie nad moim wlasnym wplywem na nasza rzeczywistosc i jak on jest de facto znikomy vs robota Oli. Mam nadzieje, ze kiedys zaangażuje sie w polska polityke – mialaby moj glos na 100%. Kawal dobrej roboty, jeszcze raz dzieki Michal!

Odpowiedz

Danusia Wrzesień 12, 2019 o 09:57

podpisuje sie dwoma rekami!

Odpowiedz

Grażyna Wrzesień 3, 2019 o 19:35

Michał, bardzo dziękuje za tą rozmowę. Czytałam z ogromnym podziwem. Ola jest niezwykłą osobowością. Dziękuję że mogłam Ją poznać.

Odpowiedz

Karolina Wrzesień 3, 2019 o 19:38

Ola to wspaniała kobieta. I to właśnie takich powinniśmy mieć idoli. Nie Lewandowskiego, nie Chodakowską. Tylko taką zwykłą Olę, która robi niezwykłe rzeczy dla innych.

Odpowiedz

Arkadiusz Wrzesień 5, 2019 o 00:38

Pani Karolino,

ma Pani coś do pana Lewandowskiego czy pani Chodakowskiej? Każdy wybiera sobie takich idoli, jacy mu odpowiadają w danej chwili, tak więc dopóki owi idole nie promują jakichś scamów czy nie rozpowszechniają pseudonaukowych kocopałów, to nie widzę problemu. Można mieć też więcej niż jednego idola/autorytet, toteż takie przeciwstawianie uważam za co najmniej chybione.

Odpowiedz

Tomek Wrzesień 3, 2019 o 20:22

To był fajny blog finansowy.
Powoli przestaję tu już zaglądać. Te tematy powinny trafić na osobnego bloga gdyż nie każdego one interesują. Mnie nie interesuje taki cross-selling. Straciłem zaufanie do autora.

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 3, 2019 o 20:38

Hej Tomek,

Dziękuję za opinię. Zdradzę Ci pewien sekret… każdy wpis nie każdego interesuje – od samego początku bloga. Tak to działa.

Dla jasności: nikogo tu siłą nie trzymam. Jak to mawiają Amerykanie “This isn’t the airport. No need to announce your departure”. 😉 Życzę powodzenia w poszukiwaniu ciekawych dla Ciebie treści.

Pozdrawiam!

Odpowiedz

Mateusz Wrzesień 6, 2019 o 08:32

Brawo Michał, nie uszczęśliwisz każdego, a jako poczytny autor masz nawet obowiązek poruszać inne tematy!

Podcast leci do kolejki na Spotify 🙂

Odpowiedz

Dawid Wrzesień 4, 2019 o 10:11

A ja taki cross-selling poważam.

Odpowiedz

Łukasz Wrzesień 7, 2019 o 17:08

@Tomek,

czy naprawdę po lekturze/odsłuchaniu podcastu uważasz, że decyzję Michała o zamieszczeniu tego arcyważnego wywiadu można sprowadzić to kwestii cross-sellingu?

Czy naprawdę uważasz, że można stracić zaufanie do Michała tylko dlatego, że zamieścił na SWOIM BLOGU coś co było dla niego bardzo ważne i jest ważne dla innych osób?

Wśród podcastów Michała od zawsze było wiele takich, które nie dotyczyły samych finansów, więc nie do końca rozumiem Twoją konstatację.

BTW – Financial Times też porusza rzeczy wybiegające poza finanse..

Odpowiedz

Lukasz Janski Wrzesień 3, 2019 o 20:27

To jeden z najbardziej fascynujących wywiadów jakie widziałem w ostatnich miesiącach, interesuje się geopolityką, historią konfliktów oraz zagadnieniami związanymi z bezpieczeństwem oraz terroryzmem i muszę przyznać, ze świetnie było usłyszeć perspektywę kogoś ,kto próbuje zorganizować ten chaos bezpośrednio w miejscach zapalnych. Niesamowita wiedza , hart ducha i zapal .Gratuluje Pani serdecznie,podziwiam i życzę wielu sukcesów.

Odpowiedz

Magda Wrzesień 3, 2019 o 22:18

Moim subiektywnym zdaniem jedna z najbardziej wartościowych rzeczy opublikowanych dzisiaj w world wide web.

CHYLĘ CZOŁA

BARDZO DZIĘKUJĘ

Odpowiedz

Anatol Wrzesień 3, 2019 o 22:29

Tak młoda osoba, a zebrała już doświadczenia życiowe, którymi można by obdzielić całą gromadę sędziwych starców…
Historie, które opowiada są niesamowite. Bardzo podziwiam odwagę Oli. Zdecydowanej większości z nas nie byłoby stać na takie poświęcenie.
Jednocześnie współczuję rodzicom.
Jako ojcu, bardzo trudno mi jest wyobrazić sobie sytuację, że moje dziecko znajduje się na drugim końcu świata w strefie działań wojennych i w każdej chwili może spotkać ją śmierć – wspomniane przez Olę statystyki świadczą o tym, że ryzyko wcale nie jest takie małe.

Pozostaje mieć nadzieję, że nie będzie nigdy zmuszona do korzystania z procedur bezpieczeństwa i tego serdecznie jej życzę.

Dzięki Michał za bardzo poruszający podcast.

Odpowiedz

Marcel Wrzesień 4, 2019 o 00:16

Wow Michał,
Śledzę podcast jakiś czas, były odcinki lepsze czy gorsze, ale żaden nie zmotywował mnie do zostawienia komentarza… ale ten po prostu zrywa beret razem z głową. Bardzo merytoryczna, ciekawa i wartościowa rozmowa. Już sama elokwencja Pani Aleksandry wzbudza zainteresowanie, a cała reszta osiągnięć i jej doświadczeń, to już jak powyżej pisali – można by obdarować tym nie jeden życiorys. Jak ktoś już zauważył nie wpisuje się to w konwencje bloga, ale jeśli odcinki miałyby być tak ciekawe jak ten, to mogą być o czymkolwiek.
Ukłony dla Pani Aleksandry za odwagę, no i Tobie Michale dziękuje, za ten podcast i dobór takich elitarnych osobistości!
Pozdro z Łodzi.

Odpowiedz

Paweł Wrzesień 4, 2019 o 01:27

Inspirująca, empatyczna, niesamowicie dojrzała osoba ze wspaniałym kręgosłupem moralnym. Chyba mogę to jedynie podsumować zdaniem – najbardziej ludzka pośród ludzi jakich ostatnio spotkałem/miałem okazji posłuchać. Niewątpliwie przykład do naśladowania, i nie chodzi tutaj o to, aby od razu zostać wolontariuszem, natomiast o to jak traktować drugiego człowiek i świat w którym żyjemy.

Niesamowite!

Tobie, Michale, niewątpliwie wypada podziękować za zorganizowanie tego podcastu, dzięki czemu wielu z nas mogło poznać Aleksandrę.
Trafiłem na Twój blog po przeczytaniu z Tobą wywiadu i to nie do końca kierując się motywem finansowym, ale raczej tym, co w nim reprezentujesz jako osoba.
Spodziewałem się finansów, myślałem: “Przeglądnę, może w końcu uda mi się zapanować na swoją lekką ręką do wydawania”… Tymczasem tutaj takie rzeczy.
To było niecałe trzy godziny temu, włączyłem podcast tak trochę do snu, a teraz nie mogę zasnąć. Tak miało być, bardzo się cieszę, że tutaj trafiłem, nawet jeśli tylko dla tego jednego podcastu.

Odpowiedz

Kamil Wrzesień 4, 2019 o 08:45

Witam Michale,
Bardzo dużo czasu musiałeś poświęcić na napisanie tego posta. Wiem, że z bloga się utrzymujesz i szczerze ci za to gratuluję. Sam chciałbym być w takiej sytuacji, ale ja dopiero zaczynam swoją przygodę 😀 Za tobą wiele lat doświadczenia i nauki. Ja uczę się słuchając twoich podcastów i czytając twoje książki więc będę miał trochę łatwiej 😉 Pozdrawiam.

Odpowiedz

Leon Wrzesień 4, 2019 o 10:50

Bomba, jestem czytelnikiem, gdyż format podcastów/videologów w ogóle do mnie nie przemawia więc zoostawiam ślad i podziękowania za cenny materiał : )

Odpowiedz

Michał Wrzesień 4, 2019 o 13:48

Nie będę już komplementował rozmówczyni, bo chyba każdy się zgodzi, że Ola jest cudowną osobą. Odniosę się jednak do Twoich słów z końca podcastu o tym, że ludzi nie interesuje za bardzo tematyka humanitarna i szeroko rozumiana dobroczynność. Ja Ci powiem czemu tak się dzieje.

Widownia Twojego bloga to osoby mniej lub bardziej obeznane w świecie finansów i ekonomii. Nie ma co też ukrywać, ale są to głównie osoby pracujące lub prowadzące jakąś działalność. Trudno u takich osób wzbudzać poczucie jakiejś humanitarności, kiedy państwo nakłada na nas gigantyczne ciężary podatkowe tylko po to, by sfinansować kolejne rozdawnictwo socjalne. Jesteśmy rekordzistami jeśli chodzi o wydatki socjalne, więc nic dziwnego, że ludzie mają już dość takiego wydawania pieniędzy. Czasem się zastanawiam jak to jest, że muszę siedzieć po nocach nad projektami, kiedy klatkę obok para meneli pije wódkę za de facto moje pieniądze. To tu jest problem.

Polecam taki mały eksperyment – niech każdy zajrzy do budżetu swojego miasta i zobaczy ile pieniędzy jest wydawane na politykę socjalną. W wielu miastach aspekty socjalne stanowią największą pulę wydatków! Warto też porównać sobie te kwoty z tym co było kilka lat wcześniej. Niestety rozdawnictwo jest coraz większe i nie dziwię się, że ludziom przechodzi ochota na pomaganie innym, bo większość wychodzi z założenia, że i tak ta skala wydatków socjalnych jest zbyt wysoka.

Odpowiedz

Tomasz Wrzesień 4, 2019 o 14:25

Tutaj kolego nie mogę się z Tobą w całości zgodzić. Jeżeli masz w sercu potrzebę niesienia pomocy innym to czy masz małe czy duże podatki to i tak to robisz. Argumentowanie braku zainteresowania humanitaryzmem wydatkami socjalnymi to w mojej ocenie mocne nadużycie i nie tutaj raczej leży problem. Problem leży w tym że świat idzie w kierunku konsumpcjonizmu, dbania tylko o siebie, wmawiania nam że to co mamy świadczy o tym kim jesteśmy co z kolei powoduje że ograniczamy się finansowo nakładając na siebie kolejne homonto w postaci kredytu co z kolei powoduje obciążenie budżetu i zmniejsza chęć do dzielenia się i niesienia pomocy wsparcia innym.

Co do tego że “menele” (samo określenie człowieka w ten sposób już jest niehumanitarne) piją za Twoje pieniądze stało się już takim powrzechnym określeniem. Często słuchać “patalogia pije za moje”, “czyjeś dzieci są utrzymywane za moje” itp, a tak na prawdę nie wiesz jak jest i za co piją. Może pozbierali makulaturę, albo złom? W takich właśnie miejscach bym zaczął od pracy nad humanitaryzmem i powściągliwością w ocenie drugiego człowiek – to może być dobry początek niesienia pomocy 🙂

Pozdrawiam Cię serdecznie.
Tomasz

Odpowiedz

Michał Wrzesień 4, 2019 o 20:46

Tu nawet nie chodzi tylko o to, czy podatki są małe czy nie. Tu chodzi o to na co są one wydawane. Ludzie korzystający z pomocy społecznej często śmieją się w twarz takim jak my, którzy te podatki płacą i mnie to boli. Podejrzewam, że nie tylko mnie. Stąd też maleje w ludziach potrzeba solidarności i pomocy. Cierpią na tym niestety ci, którzy tej pomocy najbardziej potrzebują…

Co do meneli – tak, miało to zabrzmieć mocno i przestańmy się oszukiwać, że menel zarabia na swój alkohol. Zresztą to też jest niezłą patologią, że ja aby zarobić na chleb muszę mieć działalność, muszę płacić podatki i ZUSy, a patologia żeby zarobić na wódkę niczego mieć nie musi. Chyba nie powiesz mi, że menel sprzedający złom prowadzi działalność? Jak to zresztą brzmi 😀 Zdajesz sobie w ogóle sprawę, że w tym kraju sprzedaje się 3 miliony małpek dziennie? Skala patologii jest ogromna i duża część (nie mówię że wszystko) to są ludzie żyjący mniej lub bardziej z pieniędzy socjalnych.

Możemy się tutaj licytować na miękkie argumenty, więc ja podam konkretne ćwiczenie. Niech każdy kto czyta ten komentarz zajrzy do budżetu swojego miasta i sprawdzi jakie są wydatki socjalne i ogólnospołeczne. Serio, polecam to ćwiczenie. Gwarantuję Ci, że w większości miast (zwłaszcza mniejszych) takie wydatki są główną pozycją budżetową. Polecam też porównać skalę wydatków z jakimiś budżetem sprzed 5 czy 10 lat.

Problem dobroczynności jest moim zdaniem problemem głęboko zakorzenionym w fatalnej polityce społecznej i tylko to chciałem przekazać.

Odpowiedz

Gasparre Wrzesień 5, 2019 o 01:18

A może czas na wykłady o makroekonomii? To dopiero oszczędność finansowa, uczyc społeczeństwo, jak mądrze wydawać publiczne pieniądze, zwłaszcza że tak naprawdę hajsy nie są potrzebne, tylko zdrowie i podejście.

Oczywiście pozdrawiamy Panią Ole i trzymamy kciuki za powodzenie misji. I dziękuję za to że się nie wyśpię;)

Odpowiedz

Michał Wrzesień 5, 2019 o 11:00

O to właśnie chodzi – dzisiaj dobroczynność nie powinna polegać na tym, by angażować kolejne pieniądze i kolejnych ludzi. Bardziej powinniśmy dążyć do tego, by te nakłady które już dzisiaj ponosimy były lepiej zagospodarowane. Celowo podaję tak kontrastowe przykłady, by zmusić do pewnej refleksji na ten temat.

Z jednej strony MOPSy wydają gigantyczne pieniądze na zasiłki, a z drugiej strony jakieś dziecko w naszej okolicy zbiera kilka tysięcy złotych na protezę nogi lub jakiś chodzik/wózek. Czy rozwiązaniem tego problemu jest zbiórka pieniędzy na wózek? Jest to rozwiązanie doraźne (i szlachetne), ale nie tak to się powinno odbywać. Rozwiązania doraźne powinny być w sytuacjach wyjątkowych (np. katastrofa naturalna). Takich analogii można podawać całą masę – są pieniądze na emerytury dla 40-50 latków, ale nie ma pieniędzy na rehabilitację, badania itd. Są pieniądze na wódkę dla meneli, ale nie ma pieniędzy na ciepły posiłek dla dzieci. I mnie te niesprawiedliwości bolą…

Najgorsze jest to, że nikt się w Polsce nie chce zająć tymi problemami systemowo. Nikt nie mówi o rewizji wydatków publicznych. Jeśli już ktoś wpada na pomysł pomocy innym to kończy się to kolejnymi podwyżkami podatków (ot chociażby ostatnie +4% podatku dla najbogatszych, co zdaje się że uderzyło chociażby w Michała).

Odpowiedz

Gasparre Wrzesień 6, 2019 o 09:39

Mi właśnie zabrakło w tym wywiadzie konkretów. Dziewczyna lubi filozofowac, ale nie dowiedziałem się na czym polega skuteczna pomoc? Ja osobiście nie daję na PAH itp. organizacje, bo zawsze mam wrażenie, że te pieniądze są przejedzone na miejscu przez tych bardziej uprzywilejowanych albo tak jak Ola wspomniała wejdą jacyś terro na kwadrat i zniwecza plan odbuwy etc. Mnie np. w Syrii zastanawia czemu ci wszyscy lekarze uciekli z kraju a nie zareagowali na wydarzenia w kraju. Dlaczego sami sobie nie pomogli? I tak, czytałem sporo o Syrii i dalej tego nie rozumiem. Może dlatego, że my Polacy mamy jednak tę cechę, że jak się wali to się zbieramy do kupy i przestajemy kłócić. Z drugiej strony brak jakiekolwiek silnej opozycji dla Pisu też świadczy o rozkładzie w Polsce… Dlatego ogólnie bez rozmów o polityce i znalezieniu skutecznego sposobu na naciski na polityków nie da się moim zdaniem pomagać skutecznie. (jeśli właśnie zacząłem gownoburze polityczną to wybaczcie)

Odpowiedz

Dariusz Wrzesień 5, 2019 o 13:08

Generalnie każdy decyduje komu, gdzie i w jakim momencie jest w stanie zaoferować pomoc. Natomiast należy rozróżnić dwa różne przypadki pomocy:
1) pomoc naprawdę potrzebującym i uczciwym ludziom w ciężkich chwilach np. momentach klęsk żywiołowych, wojen lub innych sytuacji losywych (wypadek, ciężka choroba etc) – tutaj ludzie chętnie niosą pomoc, vide WOŚP.
2) pomoc osobom, które “żerują” na pomocy, mimo zdrowia i 2 rąk do pracy. Tutaj jako przykład można podać polską patologię (np. oboje rodziców nie pracuje, ciągną z 500+ i innych zapomóg) czy większość uchodzców ekonomicznych z krajów bliskiego wschodu i afryki przyjętych w ostatnio kilku latach. Wiecie ile procent z miliona przyjętych do Niemiec uchodzców pracuje? Tylko 10%! 90% żyje z socjalu i ani mysli iść do pracy.

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 6, 2019 o 08:08

Hej Dariusz,

Źródło danych poproszę – tych o 10%.

Pozdrawiam

Odpowiedz

Michał Wrzesień 6, 2019 o 12:50

Nie wiem jak to jest w Niemczech (chyba jednak nie jest to tylko 10%), ale w Holandii wygląda to następująco (zdaje się, że są to dane z holenderskiego GUSu):
https://i.imgur.com/FlavTvJ.png

W skrócie mówiąc – z socjala w Holandii żyje prawie 2/3 uchodźców, gdzie dla porównania Polacy żyjący z socjala w Holandii stanowią 2%.

Właśnie przez takie nadużycia ludzie odwracają się od jakiejkolwiek pomocy innym potrzebującym. I szkoda, bo odbywa się to kosztem tych rzeczywiście najbiedniejszych, którzy zmagają się czy to z wojną, chorobą czy trudną sytuacją materialną.

Odpowiedz

Lech Wiatr Wrzesień 9, 2019 o 09:54
Mateusz Wrzesień 5, 2019 o 12:31

Mam wrażenie, że szukasz po prostu wymówki. Jeśli masz pieniądze – to nie masz czasu bo ciężko pracujesz, a rząd ci zabiera i daje innym. Jeśli nie masz pieniędzy – nie masz czasu bo musisz zarabiać, a rząd cię okrada i daje bogatym. Ludzi nie obchodzi humanitaryzm, bo skupiają się na rzeczach mało ważnych i powierzchownych.

I nie chodzi tu o pomoc finansową, można robić inne rzeczy, jak chociażby udostępniać taki materiał lub inne podobne na swojej tablicy FB. Świat jest w wielu miejscach zły i tylko o nas zależy, czy będziemy przykładać cegiełkę do jego poprawy czy nie. Nawet jeśli ta cegiełka będzie jedynie kroplą w wielkim oceanie.

Odpowiedz

Grzegorz Październik 1, 2019 o 00:03

Co do budżetu – to jeśli zajrzałeś to pewnie wiesz, że wydatki na politykę socjalną nie są wpisane w jednym ale w wielu miejscach.
Więc zapytam,które wydatki socjalne są według Ciebie rozdawnictwem ? Te na fundusz alimentacyjny ? Czy może na domy pomocy społecznej ? Te chciałbyś uciąć ? Na pewno ? Choć prawdopodobnie “boli Cię w 500+”. No to Ci powiem, że sprawdziłem budżet i w moim mieście te wydatki to miej więcej tyle samo co wydaje się na komunikację miejską ? Czy to dużo ? Zależy od punktu widzenia ale jak dla mnie nie.
To po pierwsze. Po drugie mniemam, że powinieneś zastanowić się nad swoim podejściem do innych bo ciut za łatwo ich oceniasz i szufladkujesz. “To menel i pije wódę za moje” – skąd ta wiedza ? Siedzisz mu w portfelu? Po drugie ile masz tych “meneli”. Masz jakieś dane co do ich odsetka? Czy jeśli dajmy na to jeśli 1 na 10 marnotrawi pieniądze otrzymane z pomocy społecznej to znaczy, że mamy przestać pomagać wszystkim i będzie lepiej jak dodatkowe 9cioro dzieci będzie niedożywione tylko dlatego, że rodzice innego dziecka przepijają pomoc ?
Po trzecie zestaw sobie swoje roszczeniowe podejście z tym co opowiedziała Ola. Jak głodni ludzie, nie mający nic dzielą kawałek jabłka i nie zapominają nawet o tym kto im go podarował.

Odpowiedz

Dorota Wrzesień 4, 2019 o 14:33

O wow, dziękuję Wam za ten wywiad. Tyle emocji on we mnie wyrwolił, że aż nie wiem co napisać. Jestem pod ogromnym wrażeniem Oli, niech Bóg ma ją w swojej opiece.

Odpowiedz

Patrycja Wrzesień 4, 2019 o 16:19

Niesamowicie wspaniały, wartościowy wywiad. Wspaniała dziewczyna. Po wysłuchaniu takiego wywiadu zrozumiałam jak małe są moje problemy tutaj w Europie 🤦‍♀️ Dziękuję za ten wywiad. Jest przepiękny, motywujący. Niezwykle silna wspaniała kobieta ❤️ Niezwykła inspiracja.

Odpowiedz

Mirek Wrzesień 4, 2019 o 16:40

Czytałem i myślałem jak taka młoda dziewczyna może tak odważnie żyć, dojrzale potrzeć na świat, jak może mieć już za sobą tyle doświadczeń, wydarzeń…
Wielki szacunek 🙂
P.S. Dziękuję za ten artykuł.

Odpowiedz

Krzysiek Wrzesień 4, 2019 o 19:14

Przesłuchałem rozmowę. Nie chcę żeby wyszło to na poklepywanie po ramieniu, ale to świetny materiał. Przez pierwsze dziesięć minut nie wiedziałem, gdzie się schować, bo miałem wrażenie, że Michał zaprosił giganta. Ola, która przecież ledwo rozpędziła się w dorosłość zrobiła tyle, że człowiek pewnie nie dogoni do końca życia. Po tym czasie miałem tylko niecierpliwą ochotę powiedzieć: “podajcie w końcu to konto” 😉 .

Odpowiedz

Justyna Wrzesień 4, 2019 o 21:26

Niezwykła rozmowa, dwie niezwykłe osoby Ola i Michał. Na pewno zapadnie mi w sercu. Zmieni moje życie na bardziej świadome tego jak wielka pracę i serce wkładają wolontariusze dla poprawy jakości życia m.in. uchodźców. Michał wspaniały podcast oby takich więcej. Dziękuję

Odpowiedz

Robert Wrzesień 4, 2019 o 22:12

Trochę lat mam… 50+ i sporo widziałem w życiu, ale jak wysłuchałem tej rozmowy to szczęka mi opadła, niesamowita dziewczyna. Takich osób jak ona jeśli ktoś ma szczęście to spotka tylko kilka w normalnym życiu. Wielki, wielki szacunek za ten podcast.

Odpowiedz

Jarek Wrzesień 4, 2019 o 23:40

Michał,
to wywiad, który faktycznie nie wpisuję się w tematykę Twojego bloga. Ale jeśli skupić się na prawdziwych wartościach to pewnie zarówno Ty, ja i wszyscy słuchający poczuli się niezwykle “biedni” w zderzeniu z doświadczeniami i osiągnięciami tej dziewczyny. Żyję dwa razy dłużej, a o życiu wiem kilka razy mniej niż ona. Możemy gromadzić majątki i chwalić się zaradnością życiową, ale bez względu na zgromadzone miliony przy niej jesteśmy biedni… Ola, gratuluję charakteru, elokwencji i dziękuję że zawstydzasz nas i jesteś głosem ponad podziałami…

Odpowiedz

Wiesław Wrzesień 5, 2019 o 08:37

Michale,
najbardziej wartościowa rzecz z jaką zetknąłem się w Internecie w tym roku na pewno.

Aleksandra,
piękna, mądra – taka młoda – z tak niesamowitym bagażem!

Poruszyliście we mnie jakieś niesamowite nuty, skłoniliście do gorzkiej autorefleksji – ile od życia dostaję a ile daję.

Bardzo Wam za to dziękuję – myślę, że jeśli miarą sukcesu podkastu jest 1 osoba na którą to wpłynie – to pełny sukces.

Pokłony – no i masz świetny radiowy głos!

Odpowiedz

Anna Wrzesień 5, 2019 o 09:02

Prawdziwie WIĘCEJ niż oszczędzanie pieniędzy. Dziękuję za tę rozmowę. Cieszę się, że mogłam poznać tak niezwykłą i inspirująca osobę jak Ola.

Odpowiedz

Grzegorz Wrzesień 5, 2019 o 15:21

Świat potrzebuje takich Oli! Jej wiedza, otwartość, wartości które prezentuje… Nisko się kłaniam przed Tobą Ola. Ja, prawie 50 letni facet czuję się malutki po wysłuchaniu tego wywiadu.
Michał dziękuję za te wspaniałe 2,5 godziny. Podziwiam, że się nie rozkleiłeś, choć obserwując wywiad widziałem co najmniej 2 momenty, w których było blisko 🙂
Zazdroszczę Ci, że byłeś tak blisko takiego wulkanu energii i dobra jakim jest Ola. Akumulatory naładowałeś na maksimum.

Ola – niech wszystkie moce tego świata chronią Cię byś zawsze cała i zdrowa wracała do domu.
ps. Ola, te dziewczyny, które zamknęły Cię kiedyś w toalecie na nieużywanym piętrze szkoły siedzą teraz i obgryzają paznokcie z zazdrości. Kiedyś zazdrościły Ci piękna zewnętrznego. Dziś zazdroszczą dodatkowo piękna Twojej duszy i serca.

Odpowiedz

Marta K Wrzesień 5, 2019 o 16:50

Dziękuję za ten wywiad! Miałam go odłożyć na później, bo jest długi, bo inne sprawy na głowie. Cieszę się, że zatrzymałam się i obejrzałam. Bardzo ważne i mądre treści konfrontujące nas z naszą codziennością i tym, co robimy, a co możemy zrobić.

Pozdrawiam,
Marta

Odpowiedz

Jakub Wrzesień 5, 2019 o 21:12

Coś nieprawdopodobnego. Ciężki wywiad, trudny temat, ale warto było wysłuchać.

Aleksandra, gratuluję świetnej roboty! Jesteś niesamowita i jestem pewien, że będziesz a pewnie nawet i już jesteś wzorem dla wielu ludzi! Żadne słowa nie wyrażą tego jak ważne jest to co robisz dlatego zakończę na: Dziękuję!

Michał, absolutnie nie miej żadnych wyrzutów sumienia słuchając Aleksandry. Jak sam powiedziałeś w trackie wywiadu: każdy może pomagać jak umie, niekoniecznie jadąc w takie miejsca. Ty najlepiej potrafisz inspirować i wspałanie jest to, że starasz się inspirować w tak niepopularnym temacie jak dobroczynność. Zobacz na wyniki Virtual Dream na Patronite, nie sądzę, że byłyby tak wysokie bez Ciebie. A ten wywiad również jest bardzo, ale to bardzo inspirujący. Nie wierzę, że byłbyś w stanie bardziej pomóc potrzebującym “na froncie”, niż robiąc to co robisz tutaj, na blogu i w podcaście. Również dziękuję!

Odpowiedz

Przemek Wrzesień 6, 2019 o 00:22

Mimo że nie o finansach to zdecydowanie najlepszy podcast do tej pory. I to nie dla tego, że reszta była słaba. Ta dziewczyna jest poprostu niesamowita!

Odpowiedz

Alicja Wrzesień 6, 2019 o 10:00

Michale, jeszcze raz dziękuję za ten materiał i powtórzę to co napisałam na FB -świetnie, że dzielisz się taką mądrością, dobrem, szlachetnością, bezinteresownością, ciepłem i pięknem tej istoty. Takie uczucia oczyszczają 🙂
Chciałabym aby były zaraźliwe.

Też chciałam to przesłać w świat udostępniając link do wywiadu na swoim profilu na FB. Okazuje się, że ma ścięte zasięgi ;( tzn. widzą go tylko osoby, które wejdą na mój profil. Wiem, gdzie leży problem, ale nie wiem jak go rozwiązać.
Jak sobie z tym radzić?

Odpowiedz

Kasia Wrzesień 6, 2019 o 10:03

Wielkie dzięki za podcast o tym, co najważniejsze!

Odpowiedz

Aleksandra Wrzesień 6, 2019 o 14:05

BAAARDZO podobał mi się ten wywiad! Dzięki za niego i pozdrawiam Panią Olę, super kobieta!

Odpowiedz

Marek Wrzesień 6, 2019 o 14:20

Przesłuchałem sporo Twoich podcastów Michał ale żaden z nich nie zapadł mi w pamięć tak jak ten … a sporo z nich to fantastyczne, dużo wnoszące treści, które pomagają mi w wielu aspektach mojego życia. Bardzo dobrze, że poruszasz ten temat, pomimo … a może własnie dlatego jak część z moich przedmówców to komentuje. Mnie ta rozmowa dosłownie wyrwała z własnego życia i pozwoliła na siebie i cały ten Świat spojrzeć z góry. I nie powiem, nie jestem tym widokiem specjalnie zachwycony. Słuchając tego materiału czułem, na zmianę wstyt, dumę, zażenowanie, rozpacz i ogromną motywację, żeby zrobić coś więcej … oczywiście zaczynając od siebie. Wielkie dzięki za ten materiał

Odpowiedz

Sebastian Wrzesień 7, 2019 o 11:43

Wywiad może i jest ciekawy, przekazuje informacje o różnych aspektach, ale niknie to wszystko z powodu PRZYCZYNY całego tego bałaganu, obozów itp. A mianowicie uchodźczy- nachodzcy , którzy napływają w zbyt niekontrolowany sposób i liczbie. Ciekawe czemu nie zapytano nikogo z terenów gdzie sa położone te obozy, czy są zadowoleni z tego że do ich krajów wpierw udają się te osoby w potrzebie, jakie muszą ponosić koszta z tego powodu.
Założę się, że czytelnicy tak samo by byli zachwyceni postawą bohaterki gdyby historia odbyła się w afryce, a tam pomoc humanitarna to jeden wielki szwindel do wyciskania pieniędzy $, taki worek bez dna 🙂

Odpowiedz

Greg Wrzesień 7, 2019 o 13:46

Dwa komentarze:
– strategia przerzucania uchodźców którym się udało dostać do UE z powrotem to Turcji oraz twarda postawa policji i służb jest według mnie słuszna. Musi dotrzeć do uchodźców że ich podróż jest ryzykowna, grozi śmiercią, i Europa nie może przyjąć wszystkich. Jeśli taka Szwecja czy Niemcy chcą wpuścić miliony Syryjczyków, niech wyślą po nich samoloty do Syrii. Jeśli nie będziemy trzymać się pewnych reguł i prawa, dzieci dalej będą tonąć na Morzu Śródziemnym
– z całym szacunkiem do PAH, pani Ochojska przekroczyła Rubikon przez jej jednostronne akcje na polskiej scenie politycznej. Dużo lepiej dla jej wizerunku byłoby gdyby skupiła się na akcjach humanitarnych

Odpowiedz

Janusz Wrzesień 8, 2019 o 10:09

Chciałem policzyć ile razy pada “tak?”, ale transkrypt jest niepełny :/ Ogólnie trochę to irytuje.

Do tego pani mało odpowiada na temat. No i szkoda, że nie powiedziała czym właściwie się zajmuje. Wspomina, że PAH specjalizuje się w wodzie/kanalizacji. Czy ona coś o tym wie? Pewnie nie jest inżynierem, który wykupie studnie. Więc co tam robi? Prowadzi biuro i “facebooka”? Jak wygląda jej dzień? Szkoda, że nie padają na te pytania odpowiedzi.

A inna rzecz, wspomina, że robiła coś tam w Iraku. Irak ma 37 milionów mieszkańców. Czy faktycznie nie znajdzie się kogoś w tym kraju, kto byłby w stanie robić to co ona tylko efektywniej (bo jak będzie robił to jakiś lokales, może nie będzie trzeba mu zapewniać bezpieczeństwa, będzie znał język i kulturę)? Nie lepiej dla ludzkości ściągnąć kogoś z Iraku do Europy, przeszkolić i nich on czyni dobro w swoim kraju?

A co do podcastu, to autor chyba zapomina, że są jeszcze ludzie podcasty słuchają, a nie oglądają. Np. co by szkodziło opowiedzieć jak wygląda gość, skoro się gada jakie jego wygląd wywiera wrażenie.

Odpowiedz

Natalia Wrzesień 10, 2019 o 22:12

Nie miałam zamiaru komentować, bo wszystko o superlatywach już napisano.
Natomiast Pana komentarz moim zdaniem jest bezczelny. Jak można pod pretekstem chęci poznania bliżej pracy Pani Aleksandry umniejszać jej roli i sugerować “prowadzenie biura i facebooka”. Od oceny pracy takich osób są inni.
W komentarzu o takim wydźwięku oczywiście nie mogło również zabraknąć “lepszego” pomysłu – “przeszkolić lokalesa”. Zadziwiające.

Odpowiedz

Janusz Wrzesień 11, 2019 o 10:29

Sądzę, że Pani pierwsza myśl, była bardzo na miejscu. Bo co właściwie poza krytyką i wmawianiu mi chamskiego zachowania Pani napisała? Czy choć jedną poruszoną kwestię/pytanie Pani wyjaśniła? Czemu innemu niż sprawieniu mi przykrości, a Pani satysfakcji miała służyć ta wypowiedź?

Odpowiedz

Natalia Wrzesień 10, 2019 o 22:20

Nie miałam zamiaru komentować, bo wszystko o superlatywach już napisano.
Natomiast Pana komentarz moim zdaniem jest bezczelny. Jak można pod pretekstem chęci poznania bliżej pracy Pani Aleksandry umniejszać jej roli i sugerować “prowadzenie biura i facebooka”. Od oceny pracy takich osób są inni.
W komentarzu o takim wydźwięku oczywiście nie mogło również zabraknąć “lepszego” pomysłu – “przeszkolić lokalesa”. Zadziwiające.

Odpowiedz

Thomas Wrzesień 11, 2019 o 15:19

Bardzo interesujący wywiad i potwornie inspirująca postać 🙂

Odpowiedz

Szymon Wrzesień 13, 2019 o 09:22

Warto bylo posluchac takiej relacji “u żródła”. Widać jak odmienna jest rzeczywistość od populistycznych przekazów medialnych. Dzieki za ten wywiad!

Odpowiedz

Adam Wrzesień 14, 2019 o 20:47

Cześć,
przypomniał mi się wywiad z Panią Aleksandrą z przed kilku lat w tv, gdzie opowiadała o ratowaniu dzieci na Lesbos. Wtedy dałbym sobie rękę uciąć, że Pani Ola jest aktorką, a audycja to wyreżyserowana szopka, żeby przekonać nas do przyjmowania imigrantów.

Wstyd mi za to. Przepraszam Panią.

Odpowiedz

Tomasz Wrzesień 18, 2019 o 10:45

Cześć

Na wstępie chcę powiedzieć, że wszystko to jest bardzo imponujące i uważam, że trzeba mieć gigantyczną odwagę aby robić takie rzeczy. Nie odbierajcie moich pytań jako hate czy coś podobnego.
1) Zastanawiam się, dlaczego na takie misje wysyła się ludzi z Europy zachodniej, a nie “używa” się kogoś miejscowego? Po prostu wydaje mi się, że jeżeli rozmawiamy o krajach ogarniętych wojną często tzw. “trzeciego świata” gdzie czyta się, ze ludzie żyją za 1$ dziennie, to sam koszt biletów lotniczych dla takiej osoby jest mega duży. A jeżeli tak jak jest to opisane – raz na parę tyg. wraca się do domu, a niektórzy są w stanie na tym nawet nieźle zarobić (dobrze opłacane misje). To zastanawiam się czy jest to efektywne?
Zapewne czasami chodzi o bezstronność i osoby oderwane od tamtego konfliktu. Czasami pewnie potrzebni są też specjaliści w danej dziedzinie i ludzie z doświadczeniem np. inżynierowie albo ktoś kto już zarządzał obozem i wydawaniem pomocy.
Tak jak było wspomniane w wywiadzie, udział pięknej kobiety w takim przedsięwzięciu jest tym bardziej niebezpieczny. Jest duże ryzyko, że ktoś ją zaatakuje i będzie chciał wykorzystać i skrzywdzić. To generuje kolejne koszty – ochrony.
2) Czy w imię tych konfliktów i pomocy, byłabyś w stanie poświęcić swoje życie / zdrowie? Na razie na szczęście nic się nie stało i mam nadzieję, że tak zostanie. Ale co by było w sytuacji jakiegoś trwałego okaleczenia? Straty ręki, nogi, poparzenia, uszkodzenia twarzy? Czy po takich urazach uważałabyś, że było warto ?
Błagam nie odbieraj tych pytań jako atak. Intryguje mnie to po prostu. Uważam, że jesteś Super i zainspirowałaś mnie do tego by pomyśleć co ja mogę zrobić. Może nie w Jemenie ale zawsze coś 😊.

Odpowiedz

Agata Wrzesień 19, 2019 o 09:32

Cześć Michał,
bardzo dziękuje za ten odcinek podcastu. Pomimo, że interesuje się taką tematyką, to i tak poszerzył moje horyzonty i skłonił do przemyśleń. Bardzo wartościowa rozmowa, z której można wiele wyciągnąć dla siebie. Cieszę się, że podejmujesz taką tematykę.

Nie widzę nigdzie linków do testów, o których wspomina Ola mniej więcej w 51 min. podcastu. Czy jest możliwość uzupełniania / podlinkowania ?

Olu, dziękuje za to co robisz!

Odpowiedz

Michał Szafrański Wrzesień 23, 2019 o 13:29

Hej Agata,

Niestety – właśnie ze względów bezpieczeństwa – uznaliśmy, że tych linków publikować nie będziemy. W tym aspekcie Ola powiedziała nieco za dużo. 🙂

Pozdrawiam!

Odpowiedz

Kamil Wrzesień 19, 2019 o 17:14

Niezwykła rozmowa. Cieszę się, że na nią trafiłem. Dziękuję Michale za przedstawienie Oli szerszej publiczności. Podaję link dalej.

Odpowiedz

Darek Wrzesień 20, 2019 o 11:15

Świetny wywiad z fantastyczną osobą. Zacząłem się zastanawiać, jak dzieci podrosną, czy może wyjechać na misję. Ale to dopiero za jakieś 10 lat. Tylko nie wiem, czy taki dziadek po 50 ce będzie komuś potrzebny. Na razie działam lokalnie

Odpowiedz

Sara Wrzesień 20, 2019 o 22:16

Dziękuję Ci za taki fascynujący i dający dużo do przemyślenia wywiad. Czytam Twojego bloga od dawna i czerpie z niego dużo wiedzy więc równeż za to dziękuję. Powodzenia i miłego dnia!

Odpowiedz

Damian Wrzesień 27, 2019 o 09:55

Bardzo ciekawy odcinek – warty wysłuchania.

Jedna uwaga dotycząca weteranów – to nie żołnierze wywołują wojny. Oni tam nie jadą dla zabawy czy dla pieniędzy. Jeśli Ola chce mieć do kogoś zarzuty to do polityków i biznesu. To politycy na spółkę z biznesem wywołują wojny i to oni wysyłają tam żołnierzy, którzy nawet jeśli przeżyją to ponoszą koszty udziału w konflikcie. Oni nie mogą wyjechać sobie co 6 tygodni na urlop do domu. Muszą dzień w dzień wyjeżdżać z bazy ze świadomością, że w każdej chwili pod ich pojazdem może wybuchnąć idik, że każdy napotkany człowiek, niezależnie czy mężczyzna, kobieta, dziecko może być śmiertelną pułapką.

Mój kolega zginął w Afganistanie. Znam wielu żołnierzy. I nigdy nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że nie należy im się szacunek za ich służbę.

Odpowiedz

K8 Wrzesień 27, 2019 o 14:33

Cudowna kobieta, cudowny wywiad

Odpowiedz

Jan Wrzesień 28, 2019 o 10:33

Na poczatek oczywiscie wyrazy uznania, niesamowita historia i ogrom pracy p. Aleksandry.

Kilka komentarzy, jezeli mozna.
Ogromnie niesprawiedliwe i krzywdzace wydaje sie stwierdzenie, ze narodowi polskiemu brakuje wartosci i trzeba nas uczyc humanitaryzmu. Mieszkajac przez wiele lat poza granicami Polski mam zdanie dokladnie przeciwne, poklady empatii, goscinnosci, checi pomocy sa w nas dalece wieksze niz w zachodniej Europie. To, ze nie ma nas na bliskim wschodzie, nie znaczy ze nie pomagamy – okazji do tego jest az nadto w sasiedztwie.

Druga kwestia, ktora ktos juz tu poruszyl, tez mnie intryguje. Czy zamiast utrzymywac europejczykow w hotelach i z zapleczem, latajacych na urlopy, nie lepiej byloby sfinansowac miejsca pracy i odbudowe przez ludzi z danego regionu? Czy model misyjny jest efektywny, czy moze “zawsze tak sie robilo” i inaczej nie umiemy?

Pozdrawiam
JK

Odpowiedz

Grzegorz Wrzesień 30, 2019 o 23:49

Zacznę od tego, że nie jestem specjalistą od pomocy humanitarnej. Ale zastanowiłem się nad Twoim drugim pytaniem i szybko jak sądzę znalazłem właściwą odpowiedź.
No bo powiedz mi jak sobie wyobrażasz takie “sfinansowanie i odbudowę przez ludzi z danego regionu” ? Jakby to technicznie miało wyglądać? Wysyłasz kasę do jakiejś organizacji w przykładowym Iraku i już ? No to skąd pewność co się z tą kasą stanie ? Że trafi do potrzebujących ? Jeśli kraj podzielony jest na szyitów i sunnitów to skąd pewność, że Ci co są przy władzy nie położą łapy na tych środkach? Przecież miejscowa organizacja otrzymująca kasę może preferować tą a nie inną stronę konfliktu. A nawet
jak będzie chciała być fair to rządzący będą mieli n sposobów nacisku na nią. I może okazać się, że kasa trafi tylko do “właściwej” frakcji albo sfinansuje zupełnie coś innego.
Druga sprawa: skąd znaleźć w kraju gdzie wybuchła wojna ludzi rozeznanych w tym jak udzielać pomocy i gdzie ją skierować? Jeśli ich tam nie było wcześniej to jak ich przeszkolić? Ściągnąć na szkolenia do Europy? Przecież to kosztuje i potrwa a pomoc potrzebna jest już.
Jak sobie to przemyślisz i podsumujesz plus posłuchasz tego co mówi Ola to wyjdzie Ci na to, że najrozsądniej wysłać właśnie przeszkolonych ludzi stąd. Po pierwsze oni mogą być bezstronni i tak postrzegani przez obie strony konfliktu. Co już niekoniecznie uda się miejscowym organizacjom. Po drugie – trudniej na nich wywrzeć wpływ a położyć łapę na czym co należy do jakiejś zagranicznej organizacji.
I oczywiście ta organizacja może jak najbardziej współpracować z miejscowymi, koordynując ich pracę i sprawdzając czy środki trafiają tam gdzie powinny.
Reasumując: nie da się wysyłać “kasy w ciemno” i sądzić, że mamy problem z głowy. Musisz tam mieć zaufanych ludzi, którzy skontrolują udzielanie pomocy i stwierdzą gdzie ona będzie najskuteczniejsza.

Odpowiedz

Magda Październik 8, 2019 o 12:52

Cześć!

Michał, bardzo Ci dziękuję! Przesłuchałam prawie wszystkie Twoje podcasty i w każdym z nich znalazłam coś dla siebie. Natomiast ten wywiad – sztos! Nie ukrywam, że słuchałam go przez spotify i aż zajrzałam na YT żeby zobaczyć jak p.Ola wygląda. Inteligentna, mądra i piękna kobieta. Bardzo inspirujący wywiad i pozwalający docenić te drobne aspekty Naszego życia, które w innych zakątkach świata są uznawane za luksus.

Bardzo Ci dziękuję!

Pozdrawiam,
Magda

Odpowiedz

Ewa Październik 24, 2019 o 07:25

Fantastyczny, inspirujący, przepiękny wywiad. Choć długi nie mogłam się oderwać i przesłuchałam 2,5h za jednym podejściem. Olu jesteś wspaniałą osobą, robisz piękne rzeczy i jeszcze potrafisz o tym pięknie i mądrze opowiadać. Podziwiam. Michał dziękuję za ten wywiad.

Odpowiedz

Hubert Październik 25, 2019 o 22:24

Rewelacyjna rozmowa. Bardzo fajnie, że poruszyłeś coś świeżego. Świat to nie tylko pieniądze, w tv widzimy tylko jedną stronę medalu “atakujących nas uchodźców” a dobrze by było zrozumieć i poznać te konflikty. Chętnie wysłucham kolejnych tego typu dyskusji jeśli znów będziesz miał okazję przeprowadzić tego typu wywiad.
Dzięki

Odpowiedz

Dodaj nowy komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: