Informacje o nowych artykułach i sposobach oszczędzania pieniędzy prosto na Twój e-mail

    

1,65 mln zł w 5 miesięcy, czyli self-publishing krok po kroku. Case study #FinNinja – część 1

przez Michał Szafrański dodano 12 grudnia 2016 · 149 komentarzy

Self-publishing case study

Jak samodzielnie wydać swoją książkę? Dlaczego i jak to zrobiłem? Odpowiadając chcę pomóc autorom zarabiać więcej niż na współpracy z wydawcami.

Zacznę od ogromnych podziękowań. Kłaniam się Wam w pas i dziękuję za niesamowite zaufanie, jakim mnie obdarowaliście. Wiem, że niełatwo jest kupić książkę, której nie miało się w rękach i dlatego tym bardziej Wam dziękuję. Sukcesu, o którym piszę poniżej, nie byłoby bez Was i Waszych indywidualnych decyzji o zakupie. Bardzo dziękuję!

Wiem, że tytuł tego wpisu krzyczy zawrotną kwotą. Ten artykuł nie powstał jednak, aby się przechwalać, pieścić ego czy cokolwiek w tym stylu. Obiecałem Wam dawno temu, że projekt mojej książki będzie w pełni transparentny i po prostu dotrzymuję słowa. To także forma podziękowania. Wiem, że takie case study będzie kolosalną pomocą dla osób, które dopiero przymierzają się do samodzielnego wydania książki. Napisałem w nim to, o czym sam chciałbym przeczytać 2 lata temu.

Piszę z pozycji autora bestsellerowej książki “Finansowy ninja”, której sprzedaż w ciągu zaledwie pięciu miesięcy wyniosła 17 532 egzemplarzy papierowych, 1701 ebooków “luzem” oraz dodatkowo 4518 ebooków oferowanych w pakiecie z książką papierową. Co ważniejsze – książka wydana została w modelu self-publishing, czyli samodzielnie i bez wsparcia tradycyjnego wydawcy.

Przeszedłem cały proces samodzielnie, poznałem go i popełniłem błędy nowicjusza. Niczego nie żałuję, bo dzięki temu wiele się nauczyłem i przy okazji zatrzymałem w kieszeni większość przychodów ze sprzedaży książki. Dodatkowo mogłem zrealizować działania, na które nie miałbym szans z tradycyjnym wydawcą.

Wydaje mi się, że “Finansowy ninja” to rekord self-publishingu w Polsce. Niestety żaden inny autor o podobnej skali nie ujawnił swoich wyników sprzedażowych (jeśli się mylę, to sprostujcie proszę). U mnie pięciomiesięczny przychód wyniósł 1,653 mln zł brutto. Koszty zamknęły się w 429 tys. zł brutto, zysk przed opodatkowaniem przekroczył 1,18 milion zł, a zysk na czysto – po podatkach i darowiznach dla Pajacyka – zamknął się w kwocie 880 tys. zł.

Dziś rozpoczynam opowieść, jak tego dokonałem. Dzielę się szczegółowo wynikami, kosztami i detalami związanymi z planowaniem i przebiegiem sprzedaży. Piszę, dlaczego zdecydowałem się na takie a nie inne “opakowanie” moich produktów. I wyjaśniam także dlaczego uważam współpracę z tradycyjnym wydawcą za duży błąd.

UWAGA: Ten wpis jest olbrzymi. Zachęcam do zaparzenia sobie kawy i zapraszam do spokojnej lektury.

Po co powstał ten wpis?

W skrócie moje motywacje do tak obszernego case study są następujące:

  • Mało kto uczciwie i konkretnie dzieli się doświadczeniami – brakuje mi tego.
  • Chcę udokumentować dla siebie to co zrobiłem – bo pamięć jest ulotna.
  • Chcę pomóc innym autorom zrozumieć, że współpraca z wydawcą to nie zawsze jest szczyt marzeń (albo wręcz rzadko kiedy jest).
  • Chcę pokazać nawet tym osobom, które nie są zainteresowane wydawaniem swojej książki, że za każdym sukcesem stoi ciężka praca, długie planowanie i wyczerpujące wykonanie planu. Tu nie ma drogi na skróty – a przynajmniej ja jej nie znam.
  • Wierzę, że moje doświadczenia mogą być przydatne dla wszystkich. Nawet, jeśli mielibyście z tego wyłowić jedną istotną dla Was informację, to i tak warto żeby taki materiał powstał.

Zdaję sobie sprawę z tego, że dla osób zainteresowanych wyłącznie tematyką oszczędzania, ten i kolejne wpisy z tego cyklu mogą być mało interesujące. Niemniej jednak to do czego chcę Was zachęcać poprzez tego bloga to także systematyczne poszukiwanie nowych możliwości, zwiększanie zarobków, kombinowanie w kierunku tego żeby pracować mądrzej a nie więcej. Dla mnie “Finansowy ninja” okazał się być taką trampoliną i wierzę, że ten wpis będzie dla niektórych z Was po prostu inspiracją.

Wstęp zanim zaczniemy

Ten wpis rozpoczyna kilkuodcinkowy cykl, w którym odsłonię kulisy samodzielnego wydania książki “Finansowy ninja”. Moja motywacja jest bardzo prosta: mam nadzieję, że dzieląc się swoimi doświadczeniami z zakresu self-publishingu, pomogę poprawić sytuację finansową autorów książek w Polsce i ograniczę zjawisko żerowania przez wydawnictwa na tych autorach, którzy doskonale mogą sobie poradzić bez pomocy wydawcy.

Pomimo, że w Polsce nieco osób próbowało już swoich sił w self-publishingu, to ze świecą szukać takich, którzy otwarcie dzieliliby się własnymi doświadczeniami i pomogliby w ten sposób innym autorom podjąć decyzję odnośnie sposobu wydawania książki. W każdym razie ja bardzo chciałbym przeczytać wiele takich wpisów zanim rozpocząłem prace nad “Finansowym ninja”.

W pierwszej części case study pokazuję jak wyglądały założenia, jaki tok rozumowania doprowadził do decyzji o samodzielnym wydawaniu książki, dlaczego przygotowałem takie a nie inne pakiety i warianty produktów i jakie były wyniki sprzedaży w pierwszych pięciu miesiącach sprzedaży (w tym dwóch przedpremierowych i trzech po premierze). Zamieszczam listę wszystkich kosztów, przychody, wyniki i informacje o kontrahentach. Wszystko co wiąże się z biznesową stroną wydawania książki.

W kolejnych częściach opowiem Wam szczegółowo o:

  • Technologii i rozwiązaniach, których użyłem do samodzielnej sprzedaży książki w Internecie.
  • Procesie pisania książki, czyli wszystkim co wiąże się z tworzeniem treści.
  • Przygotowywaniu książki do druku oraz wyborze drukarni i wyzwaniach, które pojawiły się w trakcie.
  • Planie promocji książki i jego realizacji.

Planuję podzielić się wszystkim co wiem na temat samodzielnego wydawania książki. Całość będzie napisana z mojej perspektywy. Nie silę się na wyciąganie uniwersalnych wniosków ogólnych. Chcę po prostu pokazać, jak wyglądał proces decyzyjny, który doprowadził do niesamowitego sukcesu “Finansowego ninja”.

O książce “Finansowy ninja”

FinNinja okładka 2Jeśli czytasz ten wpis jako pierwszy na moim blogu, to należy Ci się krótkie wprowadzenie.

“Finansowy ninja” to moja książka, którą napisałem i wydałem samodzielnie w 2016 r. Lubię ją definiować jako “podręcznik finansów osobistych, który każdy z nas powinien przeczytać jeszcze w szkole”. Więcej informacji o samej książce znajdziesz na tej stronie.

Książka ma 544 strony, półtwardą okładkę, zawiera kilkadziesiąt kalkulacji oraz ponad 120 rysunków i tabel.

W okresie pierwszych pięciu miesięcy sprzedaży (lipiec-listopad) nabywców znalazło ponad 17 500 egzemplarzy na papierze oraz dodatkowo 1700 ebooków luzem. W grudniu zamówiłem kolejny dodruk 10 tys. egzemplarzy. W warunkach polskich klasyfikuje to książkę jako bestseller – zarówno jako książkę papierową, jak i ebooka.

Biorąc pod uwagę, że wydaję książkę w modelu self-publishing – wyniki sprzedażowe uznawane są za rekordowe. W tym oraz kolejnych wpisach dzielę się po prostu doświadczeniami wyniesionymi z całego procesu.

ZAMÓW KSIĄŻKĘ →

Jak wydać książkę? Z wydawcą czy samodzielnie?

Pewnie większość z Was nie może doczekać się liczb, ale jednak zanim się one pojawią, kluczowe jest zrozumienie, co działo się w mojej głowie na przełomie 2013 i 2014 roku. To wtedy szukałem odpowiedzi na pytanie, które zadaje sobie chyba każdy autor umiejący liczyć pieniądze, czyli “w jakim modelu wydać książkę”?

Generalnie istnieją dwie ścieżki:

  • Współpraca z tradycyjnym wydawcą – autor tylko pisze książkę, a wydawnictwo kompleksowo zajmuje się jej przygotowaniem do druku, wprowadzeniem do księgarń oraz promocją (w teorii, czyli z lepszym lub gorszym skutkiem).
  • Self-publishing, czyli samodzielne wydanie książki, które utożsamia się z jej samodzielną sprzedażą przez Internet bez dostępności książki w tradycyjnych księgarniach (obecnie można już wprowadzić książki do księgarni aczkolwiek tego nie ćwiczyłem – z powodów opisanych dalej). To zdecydowanie dużo bardziej czasochłonny scenariusz, ale dający szansę na dużo większy zarobek, dzięki wyeliminowaniu wszystkich pośredników.

Decyzji nie ułatwiał fakt, że w 2014 byłem już “na radarze” tradycyjnych wydawców, którzy co jakiś czas zgłaszali się do mnie z propozycją wydania mojej przyszłej książki. Propozycje te nasiliły się w 2015 roku, gdy otwarcie informowałem już na moim blogu, że pracuję nad książką i jednocześnie rosła moja rozpoznawalność. W rezultacie na przestrzeni dwóch lat prowadziłem rozmowy z 6-cioma wydawnictwami (nazw świadomie nie wymieniam), od których wyciągałem strzępy informacji dotyczących rynku wydawniczego, procesu pracy nad książką, możliwości w zakresie promocji książki i warunków finansowych, które były w stanie mi zaproponować. Wszystko w dobrej wierze, bo mocno zastanawiałem się, którą ścieżkę wybrać – zwłaszcza, że w Polsce brakowało przykładów udanego self-publishingu. Udanego to znaczy takiego, w których sprzedaż wynosiłaby górne kilkanaście albo dolne kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy.

Im dłużej rozmawiałem z wydawcami, tym bardziej przekonywałem się, że ewentualna współpraca będzie drogą przez mękę. Generalnie wymagano ode mnie dopasowania się do scenariusza “klepanego” przez wydawców przy każdej książce i wszelkie dodatkowe pomysły z mojej strony i propozycje odstępstwa od standardu, powodowały ból zębów wydawców. Generalna prawidłowość, którą zauważyłem: im większy i bardziej uznany wydawca, tym mniejsza elastyczność. Z kolei mali wydawcy często są w stanie przystać na niestandardowy przebieg współpracy z autorem, ale ja miałem wątpliwości co do ich zdolności do wypełnienia deklaracji i obietnic. I tu jest właśnie sedno: wydawcy rozmawiając z potencjalnymi autorami dużo obiecują, ale niewiele są w stanie zapisać w umowach.

Ile zarabia autor wydający książkę z wydawnictwem?

Wielu początkujących autorów marzy o tym, aby jakiś wydawca zdecydował się wydać ich książkę. Jeśli nie ma się znanego nazwiska i nie jest się osobą popularną, to najczęściej samodzielne pukanie do wydawców kończy się odmowami. To typowe. Wydawcy wcale nie mają dobrego nosa do wyszukiwania przyszłych autorów bestsellerów. W Internecie znaleźć można wiele przykładów, jak tradycyjni wydawcy wielokrotnie odrzucali propozycje publikacji takich znanych tytułów jak “Harry Potter”, “50 twarzy Greya” czy nawet “4-godzinny tydzień pracy”. Wiem, że trudno uwierzyć, że można być aż takim ignorantem. Witamy na rynku wydawców… Z drugiej strony na obronę wydawców powiem, że z wydawaniem książek jest trochę jak z inwestowaniem: łatwo po fakcie powiedzieć “to było pewne, że to będzie bestseller”, ale prawda jest taka, że wykresy wyników sprzedaży najłatwiej czyta się patrząc w lewą stronę. Mało kto potrafi przewidzieć co tak naprawdę się wydarzy. Nawet ja, znając wartość mojej książki, miałem poważne wątpliwości co do wielkości jej przyszłej sprzedaży i planowałem ją zachowawczo.

Jeśli wydawnictwo samo zgłasza się do potencjalnego autora książki, to nie dlatego, że czuje misję społeczną i chce wesprzeć artystę. To czysty biznes. Od dwóch lat przeżywamy istny zalew książek twórców internetowych – blogerów i youtuberów. Dlaczego? Bo osoby te mają za sobą olbrzymie audytoria, które stwarzają wydawcy szansę na niezły zarobek. Twórcy internetowi wierzą najczęściej, że wydawca pomoże im dotrzeć do nowych osób – spoza grona ich czytelników oraz widzów. To błąd. Wydawca idzie zazwyczaj na łatwiznę i ogranicza promocję do minimum licząc na to, że prawdziwą sprzedaż wykręci dla niego sam twórca internetowy polecający swoją książkę.

Zazwyczaj autor umiejący postawić na swoim otrzymuje 10% ceny okładkowej książki netto. Książki objęte są 5% VAT a więc za sprzedaż książki kosztującej, np. 39,90 zł autor otrzyma 3,80 zł (od tej kwoty będzie musiał jeszcze zapłacić podatek dochodowy). Znam jednak przypadki, w których autor otrzymał tylko 2% z ceny okładkowej. Znam też takie, w których autorowi zaproponowano 13%. To co podaję, to informacje z pierwszej ręki – bezpośrednio od autorów, którzy zawarli takie umowy z wydawnictwami.

Ile pieniędzy wydawca płaci sieci sprzedaży kolportującej książkę? W przypadku największych księgarni – Empik i Matras – stawki dochodzą nawet do 50–55% ceny okładkowej książki. To one są prawdziwymi beneficjentami rynku książki. Obiektywnie zostaje niewiele pieniędzy na pokrycie reszty kosztów. Ale spójrzmy jeszcze, co stanie się, jeśli wydawca sprzeda książkę bezpośrednio – przez swój sklep internetowy. Zatrzyma wtedy te 50–55% dla siebie (albo 30–40% jeśli zdecyduje się zaoferować rabat klientowi). Czy wypłaci więc więcej autorowi? Absolutnie nie.

A co będzie, jeśli to twórca internetowy skieruje klienta do sklepu internetowego wydawnictwa? Niektórzy wydawcy nie zapłacą za to nic, a niektórzy oddadzą dodatkowe 5–10% ceny okładkowej. Świetny interes, prawda? Zwłaszcza w przypadku twórców, których społeczność jest przyzwyczajona do kupowania w internecie. Tak właśnie wydawcy robią w konia “autorów z internetu” w pełni wykorzystując ich potencjał marketingowy, ale jednocześnie nie płacąc za to takiej prowizji, jaką płacą tradycyjnej sieci sprzedaży.

Nie ukrywam, że porażka w negocjacjach stawek we wszystkich tych obszarach, była koronnym argumentem przemawiającym za decyzją o samodzielnym wydawaniu “Finansowego ninja”. Co z tego, że w deklaracjach wydawców pojawiały się liczby typu “sprzedamy w ciągu roku 30–70 tys. egzemplarzy Twojej książki” skoro żaden z nich nie chciał w umowie zapisać nawet połowy teoretycznie gwarantowanej liczby? Nawet gdyby “Finansowy ninja” okazał się niesamowitym sukcesem sprzedażowym, to ja byłbym jego beneficjentem tylko w 10%. Szybko przeliczyłem sobie, że wydając samodzielnie i sprzedając 8x mniej egzemplarzy jestem w stanie zarobić dokładnie tyle samo (wyliczenia dalej we wpisie).

Doszedłem do smutnego wniosku, że skoro wydawcy od lat działający na rynku nie potrafią niczego zagwarantować, to znaczy, że tak naprawdę nie znają się na sprzedaży albo po prostu nie mają realnego wpływu na jej wysokość. Tak czy siak współpraca z takimi “dziećmi we mgle” z mojego punktu widzenia mijała się z celem. Dlaczego miałbym płacić horrendalnie wysoką prowizję komuś, kto twierdzi, że zna się na tym rynku lepiej ode mnie, ale jednocześnie nie chce się do niczego zobowiązać?

Na to nakładały się jeszcze inne minusy współpracy z tradycyjnym wydawcą:

  • Opóźnione wypłaty – tradycją w wydawnictwach jest rozliczanie się w modelu kwartalnym lub półrocznym, co w praktyce oznacza, że autor pierwszą wypłatę otrzymuje nawet pół roku po premierze książki. Najczęściej wydawcy płacą dopiero wtedy, gdy otrzymają płatności od sieci sprzedaży. A o przeterminowanych płatnościach w branży wydawniczej jest bardzo głośno. Przodują tu duże sieci księgarskie, a więc te, w których jest największa sprzedaż. Słaba opcja. Co prawda niektórzy autorzy mogą otrzymać od wydawnictwa zaliczkę, ale to tak naprawdę nie rozwiązuje problemu.
  • Potencjalne konflikty – co z tego, że mam swój pomysł na okładkę, skoro tradycyjny wydawca “dobrze wie, jakie okładki poradników się sprzedają”. Mielibyście kolejną książkę ze zdjęciem autora na wierzchu, bo według wydawców tak jest najlepiej. 😉 O potencjalnych konfliktach w innych obszarach nie wspominam. Jestem takim autorem, dla którego liczy się finalna jakość całego produktu oraz promocji, więc spodziewałem się ognisk zapalnych.
  • Zero kontroli nad ceną i wielkością sprzedaży – jako przykład zacytuję to co słyszałem od większości wydawców, z którymi rozmawiałem: “Twoja książka nie może kosztować więcej niż 50 zł bo to znacząco ograniczy sprzedaż. Powyżej trudno będzie dobić nawet do 10 tys. egzemplarzy”. Do tego sam wydawca nie ma żadnej kontroli nad ceną końcową. Co z tego, że książka kosztuje nominalnie np. 49,90 zł skoro po 1–3 miesiącach sprzedaży można ją kupić za połowę ceny (albo i mniej).
  • Szablonowa promocja – co z tego, że wydawnictwo gwarantuje promocję, skoro są to sztampowe działania. Zawsze te same media (wywiady w zamian za patronat medialny i logo opublikowane na okładce książki) i w drzwiach u dziennikarza dosłownie mijasz się z innymi autorami. Seryjna, nudna produkcja.
  • Wysokie koszty promocji – wydawnictwa ponoszą wysokie koszty ekspozycji w księgarniach sieciowych dyktujących warunki. Przykładowo: żeby książka leżała w widocznym miejscu w Empiku trzeba zapłacić nawet 20 tys. zł za 2 tygodnie. Zastanówcie się, jaką promocję można zrobić za te same pieniądze mądrze wydając je w Internecie i mierząc efekty. Dodam, że do chwili obecnej nie wydałem takiej kwoty na cały marketing.

Na to wszystko nakłada się jeszcze nastawienie wydawców. W przypływach szczerości nie kryją oni czasami swoich prawdziwych intencji. W październiku 2016 r. – czyli już po wydaniu “Finansowego ninja” – jeden z wydawców tak skwitował w naszej rozmowie temat wysokości wynagrodzenia dla autorów:

“Pamiętaj, że to my doimy autorów a nie autorzy nas.”

Zero złudzeń. Dobrze to sobie zapamiętajcie, jeśli myślicie o swojej książce.

Agent literacki – pośrednik między autorem i wydawcą

Na początku 2014 roku zdecydowałem się porozmawiać z agentem literackim o moich wątpliwościach dotyczących wyboru wydawcy. Taki agent to pośrednik między autorem a wydawnictwami, którego rola jest dualna: z jednej strony ma odciążać autora ze wszystkich formalności na styku z wydawcą (w tym wynegocjować dobrą stawkę), a z drugiej – pilnować rozliczeń i dbać o to, by autor nie dawał się oszukiwać wydawcy. Dobry agent zna rynek wydawniczy, więc poznając autora i temat książki, powinien potrafić wskazać tych wydawców, którzy dają szansę na największy komercyjny sukces książki.

Agent nie działa charytatywnie. Jego przykładowe wynagrodzenie może wynosić:

  • 10% wynagrodzenia autora otrzymywanego od wydawnictwa w wyniku wydania książki w kraju.
  • 30% wynagrodzenia autora w przypadku, gdy książka zostanie licencjonowana do wydania w języku obcym.

Agent, z którym rozmawiałem, nie wierzył, że da się spełnić moje wymagania, czyli np. podpisać z wydawcą umowę, która gwarantowałaby określoną sprzedaż książki. Nie zgodził się także uzależnić wysokości swojego wynagrodzenia od ewentualnego sukcesu książki, czyli np. przekroczenia sprzedaży typu 15 tys. egzemplarzy. No i teraz pytanie: skoro mój przyszły agent nie wierzył w sukces książki, to dlaczego miałbym z nim pracować i jeszcze mu za to płacić? 😉

Plusy współpracy z tradycyjnym wydawcą

Oczywiście poza wymienionymi powyżej minusami współpracy z tradycyjnym wydawcą, ma ona także swoje atuty. Przede wszystkim zdejmuje ona z głowy autora większość wyzwań związanych z wydawaniem książki. Dzięki temu autor rzeczywiście może skupić się przede wszystkim na pisaniu.

Kolejną bardzo istotną zaletą jest przejście książki przez proces profesjonalnej redakcji. Wydawnictwa raczej nie przepuszczają gniotów i grafomaństwa. Autor zazwyczaj spotyka się z konstruktywną krytyką redaktora, który – o ile jest dobry w swoim fachu – podpowiada, w jaki sposób zmodyfikować treść i pomaga wyłapać błędy – nie tylko stylistyczne, ale także koncepcyjne czy dotyczące przytaczanych faktów. Tylko, że dzisiaj coraz rzadziej jest to argument przemawiający za współpracą z wydawnictwem jako taką. Takiego samego redaktora można zatrudnić wydając książkę samodzielnie. Może wyjść taniej i bez szkody dla jakości samego procesu redakcji. Jedno warto podkreślić: bez względu na model wydawania książki porządna redakcja jest z mojej perspektywy niezbędna.

Na współpracy z wydawnictwem skorzystają przede wszystkim te osoby, które nie mają biznesowego zacięcia i / lub nie zbudowały jeszcze swojego audytorium. Aczkolwiek ja uważam, że jeśli ktoś planuje napisanie książki i jeszcze nikogo nią nie zainteresował, to powinien przede wszystkim skupić się na tym, aby takie audytorium zbudować. Przecież nabywcy książki będą potrzebni bez względu na to, czy wydaje się ją samodzielnie czy z wydawcą. Posiadanie społeczności potencjalnie zainteresowanej naszą książką, to także dobra karta przetargowa nawet, gdy decydujemy się na współpracę z wydawnictwem.

Istotnym argumentem przemawiającym za współpracą z wydawcą jest brak kosztów po stronie autora. To wydawca finansuje redakcję, korektę, skład, projekt okładki, druk oraz ewentualną promocję. Na początek, aby zredukować te koszty, ogranicza się zazwyczaj do wydrukowania 2000–7000 egzemplarzy. Większe pierwsze nakłady zarezerwowane są tylko dla tych autorów, którzy dają realną szansę na wysoką sprzedaż książki.

Jest też jedno wymaganie, z którym trudno poradzić sobie bez wydawcy. Zdarzyło mi się słyszeć “Wiesz, chciałbym żeby moja mama weszła do Empiku, zobaczyła moją książkę na półce i mogła ją sobie kupić”. Osobiście wolałbym żeby moja Mama nie musiała kupować mojej książki, ale rozumiem, że takie poczucie “moja książka jest dostępna w księgarniach” może być dla niektórych ważne.

Obiektywnie rzecz biorąc, szeroka dostępność książki w sprzedaży pomaga usankcjonować status eksperta w danej dziedzinie… albo po prostu status “autora książki”. Dla mnie osobiście to nie był argument. Może dlatego, że swoją książkę już kiedyś widziałem w księgarniach (i moja Mama też) – w 1995 roku wydałem publikację o “Windows 95”, która sprzedała się w nakładzie kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy. A swoją drogą mój wydawca oddawał mi wtedy 23% z ceny każdego egzemplarza. 😉 No ale te czasy już nie wrócą.

Ostatni atut wydawców to promocja książki. Z mojej perspektywy jest to tylko pozorna korzyść. Umówmy się: jeśli ktoś potrafił “rozkręcić” bloga, czy kanał na YouTube, to prawdopodobnie posiada wiedzę o promocji w sieci znacznie przekraczającą kompetencję pracowników wydawnictw. Umiejętnie ją wykorzystując osiągnie dużo lepszy efekt niż działania marketingowe tradycyjnych wydawców w świecie off-line.

Mi zależało jednak na promocji w mediach poza internetem. Wierzyłem, że w ten sposób wyjdę poza krąg odbiorców bloga. Jeden z wydawców w przypływie szczerości przyznał mi się jednak uczciwie “Michał – nie jesteśmy w stanie udźwignąć twojego planu marketingowego”. Dla mnie był to bardzo wyraźny sygnał, że muszę sobie poradzić sam. Ostatecznie wszystkie działania promocyjne zaplanowałem i przeprowadziłem samodzielnie. Szczegółowo opiszę to w oddzielnym artykule poświęconym realizacji planu promocji książki.

Gdzie szukałem wiedzy o self-publishingu?

Na szczęście odpowiednio wcześnie dotarłem do źródeł, które dały mi dobre podwaliny do skrupulatnego przeanalizowania i zaplanowania self-publishingu w Polsce. Spoglądałem oczywiście na USA i to jak tam poczynają sobie blogerzy i autorzy samodzielnie wydający książki. Chyba najbardziej przekonywały mnie przykłady niszowego Nathana Barry, który nie krył się z wynikami sprzedaży swoich książkowych produktów. Od niego czerpałem też sporo wiedzy na temat budowania i pozycjonowania różnych wariantów tego samego produktu:

Czerpałem także pełnymi garściami od Jeffa Goinsa i Tima Ferrissa, którzy świetnie promowali swoje książki w sieci. Podglądałem co robi Chris Guillebeau, który występował w podcastach u Pata Flynna, a także jak swoją książkę promuje sam Pat Flynn, w którym opowiada on o realiach wydawania książek z wydawcami w USA (tam szukałem wzorców, które można przenieść do Polski) – obiektywnie mało mi się on przydał. Więcej ciekawostek wyssałem z materiałów Tima Grahla, który pomaga autorom przeprowadzać udane premiery książek. Więcej o moich inspiracjach napiszę w artykule o promocji książki. To całkiem sporo wątków i scenariuszy, które odrzuciłem bądź zaadoptowałem w bardzo zmodyfikowanej formie.

Analizując możliwości w zakresie self-publishingu w Polsce i kompletując kolejne elementy tej układanki, sam zachęcałem znajomych do przetestowania tej ścieżki. Dość powiedzieć, że usługi logistyczne firmy Krzysztofa Bartnika, z których planowałem skorzystać, skutecznie poleciłem wcześniej dwóm innym autorom. Dzięki temu w praktyce zweryfikowałem jakość usług sam niczym nie ryzykując. Podobnie było z drukarnią… z której usług ostatecznie nie skorzystałem (dobre ceny, ale brak możliwości spełnienia wszystkich moich wymagań).

Równolegle natrafiałem na strzępy informacji dotyczących self-publishingu:

Podglądałem też jak swoją samodzielnie publikowaną książkę promuje Krzysztof Gonciarz (autor “WebShows” wydanej jako ebook oraz papierowa książka). Od niego zaczerpnąłem pomysł wejścia z kamerą do drukarni i pokazania całego procesu “od kuchni”.

Sporo inspiracji dotyczących sposobu promocji i sprzedaży czerpałem też ze źródeł pozornie niezwiązanych z self-publishingiem:

Takich źródeł inspiracji mógłbym wskazać dużo więcej. Pokazuję wierzchołek góry lodowej, po to żebyście nie ulegli złudzeniu, że ten wpis jest gotową receptą na udany self-publishing. Tak nie jest. Poświęciłem sporo czasu na przestrzeni trzech lat, aby dobrze przemyśleć powody, dla których warto było zaryzykować samodzielne wydanie książki, a także opracować plan dający szansę powodzenia.

Minusy samodzielnego wydania książki

Największym zagrożeniem self-publishingu jest ryzyko popełnienia kosztownych błędów. Pomimo, że starałem się dobrze przygotować, to jednak ich nie uniknąłem – co dobrze będzie widać przy przedstawianiu kosztów. I tak byłem w uprzywilejowanej pozycji, bo mam już za sobą doświadczenie wydania własnej książki (co prawda 20 lat temu) oraz pracowałem w wydawnictwach prasowych i od kuchni podglądałem cały proces – włącznie z logistyką związaną z pakowaniem i wysyłaniem paczek. Wszystkie te doświadczenia bardzo się przydały. Na czuja rozpoznaję zagrożenia i potrafię sobie wyobrazić, gdzie mogą powstawać problemy.

Przydały mi się także wcześniejsze eksperymenty ze sprzedażą w Internecie. Przykładowo: około 2010–2011 roku rozważałem otworzenie sklepu internetowego sprzedającego klocki LEGO. W tamtym okresie dokonałem skrupulatnego przeglądu oprogramowania sklepowego. Sprzedawałem też swój kurs internetowy za pośrednictwem platformy EDD. Zebrane wtedy doświadczenia były jak znalazł, przy wyborze platformy technologicznej dla sklepu obsługującego sprzedaż “Finansowego ninja”. O tym napiszę więcej we wpisie poświęconym technologii.

Krótko mówiąc: proces samodzielnego wydawania książki wymaga zdobycia odpowiedniej wiedzy, co jest bardzo czasochłonne. Oprócz wiedzy, trzeba także samodzielnie wykonać całą pracę (albo za to zapłacić), która w tradycyjnych wydawnictwach jest rozłożona na wielu pracowników i współpracowników. I to jest kolejny argument przemawiający za tym, aby jednak zdecydować się na współpracę z wydawcą. Oczywiście można – tak jak ja – potraktować to jako wyzwanie i uznać, że nie ma sensu oddawać 90% przychodów z książki w zamian za realizację prostych usług, które można nabyć na rynku za kilka-kilkanaście tysięcy złotych.

I kolejny minus: w przypadku self-publishingu trzeba dysponować własnymi środkami na inwestycję w książkę. W moim przypadku maksymalne “zadłużenie” tuż przed rozpoczęciem sprzedaży wyniosło 23 536 zł. Tyle pieniędzy wydałem zanim osiągnąłem pierwsze przychody. Nie oszukujmy się jednak – moje wydatki były bardzo duże. Znam osoby, które swoją książkę przygotowały dosłownie za dolne kilka tysięcy złotych – zerknijcie koniecznie na przykład Karola Wernera.

Self-publishing wymaga także dużej samodyscypliny. Gdy wydajemy sami, to nie gonią nas żadne terminy. Nie mamy umowy z wydawnictwem ani redaktorów, którzy wymuszaliby określony harmonogram. Jesteśmy sami sobie sterem, żeglarzem i okrętem. To powoduje, że trudno się zmobilizować lub uznać efekty pracy za wystarczająco dobre i gotowe do publikacji. Pokusa poprawiania dzieła jest olbrzymia. Dokładnie tak było u mnie i sam termin premiery książki był wielokrotnie przekładany. Pierwotnie miała się ona ukazać w październiku 2014 r. (na targi książki w Krakowie), potem w maju 2015 r., potem w październiku 2015 r., aby ostatecznie pojawić się w sierpniu 2016 r. O powodach, błędach i wnioskach opowiem w oddzielnym wpisie dotyczącym samego procesu pisania książki. Wspominałem też o nich w jednym z podcastów.

Mit o jakości książek wydawców i self-publisherów

Tradycyjni wydawcy jako wadę self-publishingu chętnie wskazują gorszą jakość samodzielnie wydawanych książek. To prawda w tych przypadkach, w których książka nie przechodzi profesjonalnej redakcji i korekty. Prawda jest jednak taka, że “kalafiory” zdarzają się także w książkach wydawanych przez tradycyjnych wydawców. Błędów nie da się stuprocentowo wyeliminować.

Mi zależało na tym, aby udowodnić wszystkim, że samodzielnie wydawana książka może mieć nie tylko porównywalną, ale i lepszą jakość niż publikacje uznanych wydawnictw. Jestem bardzo zadowolony z efektu finalnego. “Finansowy ninja” jest optymalny pod wieloma względami: treści, objętości, łatwości czytania, czytelności wykresów i tabel, spójności stylistyki graficznej, a nawet wagi i poręczności książki (przy tej objętości). To efekt wielu decyzji i działań, których zazwyczaj nie chce się podejmować ani finansować tradycyjnym wydawcom produkującym “kolejną książkę blogera”.

Znamienne były słowa jednego z dużych wydawców, który już w sierpniu pogratulował mi osobiście sukcesu książki. Powiedział mi “Gdybym ja miał tak drogo wydawać książki jak Pan, to dawno poszedłbym z torbami”. Nie łudźcie się więc, że wydawca będzie skłonny zainwestować w Waszą książkę więcej niż minimum niezbędne z jego perspektywy – zwłaszcza, że ryzykuje własnymi pieniędzmi.

Oczywiście prawdą jest także, że wiele książek wydawanych w self-publishingu to produkt, który nie powinien trafić do sprzedaży albo trafił do niej przedwcześnie. Niestety coraz częściej można to także powiedzieć o książkach przechodzących przez teoretycznie szczelne sito wydawców.

Dlaczego warto wydać książkę w self-publishingu

Znając wady i zalety współpracy z tradycyjnym wydawcą łatwo zauważyć zalety self-publishingu. Z mojej perspektywy kluczowa była pełna kontrola nad całym procesem wydawniczym. Podczas rozmów z tradycyjnymi wydawcami nie raz odnosiłem wrażenie, że są oni specjalistami w konkretnej dziedzinie, ale żaden z nich nie skupia wszystkich potrzebnych mi kompetencji. To zrozumiałe – trudno jest być specjalistą od wszystkiego, ale niestety ja poszukiwałem kogoś, kto potrafi spełnić moje wymagania we wszystkich obszarach. Nie znalazłem. Są wydawcy, którzy zwracają szczególną uwagę na jakość wydawanych publikacji, ale są kompletnymi “nogami” w promocji książek. Są też tacy, którzy znają się na promocji, ale kuleją w innych obszarach. No i są też tacy, którzy udają, że się na czymś znają, ale szybko okazuje się, że tylko im się tak wydaje. Z kolei Ci, którzy rzeczywiście wykonują dobrą pracę w różnych obszarach, są “kuci na cztery łapy” i nie pozwolą autorowi mieszać się do procesu (poniekąd słusznie).

Zdecydowałem więc, że wolę sam zbudować zespół projektowy, który będzie składał się z ekspertów w poszczególnych dziedzinach: ilustracje, skład, redakcja, korekta, druk, pakowanie, wysyłki, strona sprzedażowa, sklep internetowy itd. Tam, gdzie uważałem, że jestem w stanie sam zapewnić “wystarczająco dobrą jakość” nie szukałem pomocy zewnętrznej. Ale jednocześnie cały czas nadzorowałem cały proces. To ja byłem osobą płacącą za usługi, weryfikującą ich jakość i akceptującą efekty. To ja – a nie wydawca – miałem pełną kontrolę i pełną odpowiedzialność. Nie starałem się zrobić wszystkiego idealnie (bo to bardzo kosztowne), ale dbałem o to, aby efekty były zadowalające – dla nabywców książki i dla mnie.

Kolejny atut to brak ograniczeń w zakresie realizacji własnych pomysłów. Może to mieć pozytywne i negatywne skutki, ale “kto nie ryzykuje ten szampana nie pije”. Wydając samodzielnie książkę mogłem sobie pozwolić na kompletnie nieszablonowe działania, których tradycyjni wydawcy z wielu powodów się nie podejmują. Jako przykłady mogę podać przekazywanie części przychodów dla Pajacyka w ramach akcji “1 książka = 1 posiłek” oraz program Biblioteka 500+, w ramach którego wysłałem bezpłatne egzemplarze książki do ponad 500 bibliotek. Moim skromnym zdaniem, to duże lepsze wykorzystanie części przychodów, niż pompowanie kasy w marketing w Empikach.

Oczywiście kluczowym problemem wydawców jest to, że sami zamknęli się w modelu sprzedaży uzależniającym ich od tradycyjnej sieci sprzedaży, której muszą oddawać sporą część przychodów z książek. Najpierw rozpieszczali duże sieci sprzedaży, np. Empik i Matras, zabiegając o ich względy i oferując olbrzymie zniżki, a teraz narzekają, że te na nich żerują i dociskają je “kolanem do ziemi” dyktując warunki współpracy. Tak to bywa, jak się w porę nie zauważy, że rynek się zmienił. Podobne przebudzenie od roku 2000 przechodzą wydawcy prasy, którym wydawało się, że po wsze czasy będą żyli z przychodów z drukowanych reklam.

Jako self-publisher mam dużo większą elastyczność. Dzięki sprzedaży z pominięciem kosztownych pośredników maksymalizuję zysk i mam z czego finansować przeróżne pomysły. Co więcej samodzielnie prowadzona sprzedaż książki przekłada się na wiele kolejnych korzyści, o których mogą pomarzyć autorzy współpracujący z wydawcami:

  • Pieniądze na koncie natychmiast po sprzedaży – przy sprzedaży książki w swoim sklepie internetowym, kwota wpłacona przez klienta trafia zazwyczaj na nasze konto w kolejnym dniu roboczym. Niesamowicie poprawia to płynność finansową i umożliwia pokrycie sporej części kosztów już z bieżących przychodów. W moim przypadku rentowność projektu “Finansowy ninja” osiągnąłem już po 48 godzinach przedsprzedaży i to pomimo wysokich kosztów produkcji tej książki.
  • Pełna kontrola nad polityką sprzedażową i cenową – prowadząc sprzedaż bezpośrednią jestem de facto monopolistą. Mam więc pełną kontrolę nad polityką sprzedażową i cenami, a w szczególności mogę zagwarantować, że cena mojej książki nie spadnie poniżej akceptowalnego przeze mnie poziomu. Szczegółowo rozwinę to poniżej w części dotyczącej mojej strategii.
  • Bezpośredni kontakt do każdego z nabywców książki – to jest coś, czego nie mają tradycyjni wydawcy. To księgarnie prowadzą sprzedaż w ich imieniu i sam wydawca w ogóle nie wie kto nabył książkę (wyjątkiem jest sprzedaż internetowa). Ja wiem. Dysponuję imieniem, nazwiskiem, adresem korespondencyjnym, emailem oraz numerem telefonu komórkowego. Mogę zadbać o satysfakcję klienta nawet wiele miesięcy po zakupie (oczywiście w ramach ewentualnie wyrażonej zgody na taki kontakt). Już nie wspominając o ułatwionym starcie przy sprzedaży kolejnych moich książek i innych produktów.

Reasumując: w moim przypadku self-publishing okazał się być preferowanym wyborem. Dawał największe szanse na wydanie książki “po mojemu” oraz maksymalizację zysków w przypadku, gdyby książka odniosła sukces. Oczywiście istniało także ryzyko “wtopy”, ale nie wierzyłem, że do książki dołożę. Zgodnie ze wstępnymi wyliczeniami sprzedaż książki na poziomie około 2000 egzemplarzy powinna była pokryć całkowite koszty jej produkcji oraz wydrukowania 10 tys. egzemplarzy. Sprzedaż każdego kolejnego egzemplarza byłaby czystym zyskiem. Analizy kosztowe załączam dalej.

Rozważane scenariusze, które nie wypaliły

Na różnych etapach rozważałem alternatywne scenariusze sprzedaży “Finansowego ninja”, z których przez długi czas najbardziej ciekawy wydawał mi się następujący:

  • Najpierw publikuję książką samodzielnie i maksymalizuję sprzedaż przez bloga oraz innymi swoimi kanałami.
  • Następnie idę do wydawcy, któremu udzielam licencji na wydrukowanie i szeroką dystrybucję mojej książki.

Wydawało mi się, że w ten sposób zapewnię sobie maksymalne dotarcie do potencjalnych odbiorców bez ograniczania sobie możliwości dobrego zarobienia na książce (w pierwszym etapie). Widziałem już jeden taki przykład na polskim rynku. W takiej sekwencji została wydana książka “Pełna moc możliwości” Jacka Walkiewicza. Najpierw wydał ją samodzielnie, a potem ukazała się ona nakładem wydawnictwa OnePress w pomarańczowym kolorze partnera tego wydania.

Na szczęście dla mnie, żaden wydawca nie chciał się zgodzić na ten model. Prawdopodobnie słusznie podejrzewali oni, że sprzedaż przez bloga może zabić ich ewentualne zarobki i zostaną im tylko “ochłapy”. To z kolei doprowadziło mnie do wniosku, że wydawcy wcale nie mają dobrego dotarcia do nowych osób w przypadku takich autorów ja. Przede wszystkim koncentrują się na zmonetyzowaniu dotychczasowego audytorium autora. Reszta sprzedaży to zapewne czysty przypadek i statystyka.

Podejrzenie to potwierdzają obecnie inni autorzy-influencerzy. Sprzedaż najlepiej dotychczas rozchodzącej się książki youtubera wyniosła ok. 70 tys. egzemplarzy. Kilku bardzo znanym osobom nie udało się przekroczyć poziomu 25 tys. egzemplarzy – pomimo, że na YouTube subskrybuje je po kilkaset tysięcy osób a ich filmy cieszą się olbrzymią oglądalnością. Szansa, że wydawca pomoże poszerzyć dotarcie poza grono subskrybentów, jest w praktyce niewielka. Tym bardziej nie warto oddawać 90% przychodów z całego nakładu książki.

Innym scenariuszem, który brałem pod uwagę, było wydanie z wydawcą książki papierowej i zostawienie sobie pełnych praw do samodzielnej publikacji ebooka. I pomimo, że sprzedaż ebooków jest symboliczna (z tego co kojarzę jest to ok. 2% całego rynku książki), to żaden wydawca nie chciał się na to zgodzić.

Reasumując: sukces mojego self-publishingu zawdzięczam w dużej mierze brakowi elastyczności wydawców. Pewnie gdyby nie ułatwiali mi tej decyzji swoją “sztywnością”, to trudniej byłoby mi odrzucić takie mieszane modele. Dziś oczywiście widzę, że takie scenariusze współpracy związałyby mi ręce i uniemożliwiły dobry zarobek.

Moja strategia sprzedażowa

Był jeszcze jeden powód, który powstrzymywał mnie od współpracy z wydawcami. W sierpniowym wpisie przedstawiającym pierwsze rezultaty sprzedaży książki pisałem o tym, że stosuję odwrócony model sprzedaży. W odróżnieniu od tradycyjnych wydawców wychodzę z założenia, że te osoby, które kupują książkę jako pierwsze, powinny płacić za nią najniższą możliwą cenę. W gruncie rzeczy to one właśnie najbardziej pomagają wydawcy pokryć koszty produkcji książki. Należy im się największa gratyfikacja za to, że nie ociągają się z otwarciem portfela.

Wydawcy i księgarnie działają jednak inaczej. Traktują pierwszych klientów jak dojnych frajerów, którzy zapłacą za książkę najwyższą cenę. Taki schemat działania ma krótkie nogi. Sporo nabywców nauczyło się już, że lepiej poczekać i dokonać zakupu dopiero wtedy, gdy sprzedawca ogłasza przeceny. Na te nie trzeba czekać długo. Czasami po miesiącu sprzedaży książka dostępna jest o 30–50% taniej.

Typowa księgarnia

Wydawcom wydaje się czasami, że lepiej umówić się z daną siecią na wyłączność na pewien okres, np. że przez pierwszy miesiąc sprzedaży książka dostępna będzie wyłącznie w Empiku. Z jednej strony mogą wtedy liczyć na promocję ze strony Empiku, ale z drugiej – pod koniec tego miesiąca czeka ich terapia szokowa. Empik, aby zmaksymalizować swoją sprzedaż w okresie, w którym tylko on ma książkę, radykalnie ją przecenia, psuje biznes innym księgarniom i daje wahającym się klientom wyraźny znak “poczekajcie dłużej i będzie jeszcze taniej”.

Nie odpowiadał i nadal nie odpowiada mi taki scenariusz. Moje przemyślenia ewoluowały w czasie do następujących założeń:

  • Potencjalni nabywcy powinni jak najszybciej składać zamówienia – tak żebym mógł jak najszybciej pokryć wszystkie koszty produkcji książki i zredukować ryzyko “wpadki”.
  • Pierwsi nabywcy powinni zyskiwać jak najwięcej – pomagali mi, a więc chciałem dać im powody do zadowolenia. Korzyści powinny być ewidentne i nie powinny sprowadzać się wyłącznie do korzyści finansowej.
  • Cena książki nie może spadać w miarę upływu czasu – to założenie jest kompletnie wspak rynkowi wydawniczemu i przyzwyczajeniom klientów. Dla mnie było kluczowe. Tylko utrzymując cenę jestem w stanie udowodnić w miarę upływu czasu, że “u mnie zyskują Ci, którzy kupią produkt jako pierwsi”. To założenie jest o tyle trudne, że doprowadziło mnie do rezygnacji ze sprzedaży książki księgarniom w cenach hurtowych. Pomimo, że mam dzisiaj takie propozycje, to cena dla wszystkich jest taka sama.
  • Kluczowa jest sprzedaż książki papierowej – z kilku powodów. Przede wszystkim jest ona bardziej dochodowa (VAT na ebooki wynosi 23% a na książki na papierze 5% – przy założeniu, że książka ma numer ISBN). Chciałem też udowodnić tradycyjnym wydawcom, że w Internecie można skutecznie sprzedawać książkę na papierze i że mylą się w swoich przewidywaniach co do mojej publikacji. Poza tym papier dawał mi możliwość zrealizowania niektórych pomysłów na promocję, np. podpisywanie książki. Już nie mówiąc o tym, że książka w wydaniu papierowym jest po prostu wygodniejsza do całościowej “konsumpcji”.
  • Warto zwiększyć średnią wartość zamówienia – skoro ponoszę niemalże stałe koszty bez względu na wartość składanego zamówienia, to dobrym pomysłem – zaczerpniętym wprost od Amerykanów – jest zaoferowanie różnych wariantów produktu w różnych cenach. Jeśli średnia wartość zamówienia dzięki temu wzrośnie np. o 10 zł, to przy 10 tys. egz. jest to kolejne 100 tys. zł więcej w portfelu. Przy dużej skali liczy się dosłownie każda złotówka optymalizacji kosztowej i cenowej.
  • Moje zaangażowanie czasowe musi być minimalne – ceniąc swój czas i wbrew praktyce autorów amerykańskich nie zaoferowałem żadnego wariantu produktu, który zawierałby w cenie kontakt ze mną (płatne spotkania autorskie, konsultacje etc.).
  • Sprzedaż musi być całkowicie zautomatyzowana – wiedziałem, że w przypadku ewentualnego sukcesu nie udźwignę obsługi wymagającej manualnych działań. Dlatego zdecydowałem się wszystko automatyzować już do samego początku. Podwyższyło to koszty, ale było bardzo dobrą decyzją. Przykładowo: musiałem zamówić rozszerzenie dla systemu sklepowego, które integruje go z systemem kursu “Budżet domowy w tydzień”. Osoby zamawiające najdroższy wariant cenowy książki otrzymują także automatycznie dostęp do tego kursu.

Dodatkowo zależało mi na tym, aby maksymalnie ograniczyć ryzyko przeinwestowania i zamówienia zbyt dużej ilości sztuk książki. Dlatego wymyśliłem, że będę prowadził przedsprzedaż książki, w której trakcie zweryfikuję realne zapotrzebowanie i na podstawie wielkości dotychczasowej sprzedaży zaplanuję wielkość pierwszego nakładu.

Powyższe założenia przełożyłem na następującą strategię sprzedażową:

  • Przedsprzedaż od 1 lipca do 26 sierpnia 2016 r. – w tym okresie sprzedawałem książkę w promocyjnych cenach, wziąłem na siebie koszty wysyłki oraz zobowiązałem się osobiście podpisać każdy sprzedany egzemplarz papierowy. Klienci zamawiający książkę w okresie przedsprzedaży wiedzieli, że wysyłana będzie ona dopiero około 26 sierpnia. Jednocześnie ja samą wielkość nakładu książki papierowej potwierdzałem dopiero ok. 7 lipca wiedząc już czego mogę się spodziewać.
  • Oficjalna premiera 26 sierpnia – w tym dniu zorganizowałem 2-godzinny Facebook Live. Był to jednocześnie ostatni dzień przedsprzedaży z rekordowym dziennym przychodem wynoszącym ponad 100 tys. zł.
  • Kilkudniowa przerwa – kilka minut po północy zamknąłem sprzedaż i dałem sobie czas do końca miesiąca na spokojną zmianę oferty produktowej, podwyższenie cen produktów i wprowadzenie kosztów wysyłki.
  • Okres sprzedaży popremierowej – od 1 września 2016 r. – świadomie chciałem ponownie otworzyć sprzedaż wraz z początkiem kolejnego miesiąca, aby uniknąć ew. problemów z fakturowaniem itp. przed końcem miesiąca. 🙂

Od strony produktowej wyglądało to początkowo następująco:

2-Oferta-FinNinja-w-przedsprzedazy

Na przykładzie tej oferty widać, jak wiele zdecydowałem się zaoferować w przedsprzedaży:

  • Bezpłatna wysyłka kurierem
  • Podpis w każdej książce papierowej
  • W wariancie “PAKIET” aż dwa ebooki – wersja elektroniczna książki w formatach MOBI i EPUB oraz dodatkowo ebook z oddzielną książką-komiksem “Finansowy ninja – rysunkowe streszczenie” – dokładnie 59 stron tzw. sketch-notek streszczających wszystkie rozdziały książki w przystępnej formie graficznej.

3-FinNinja-Rysunkowe-streszczenie-1

4-FinNinja-Rysunkowe-streszczenie-2

5-FinNinja-Rysunkowe-streszczenie-3

Książka co prawda była w takiej samej cenie, ale pakiety były już znacząco przecenione. Jednoznacznie komunikowałem skalę oszczędności przy zakupie w okresie przedsprzedaży.

Celowo nie zaoferowałem tylko ebooka. Nie chciałem, aby produkt o niższej cenie kanibalizował sprzedaż książki papierowej. Ebook dostępny był jedynie w ramach droższego pakietu.

Ostatecznie pod naciskiem niektórych Czytelników oraz pod wpływem opinii Roberta ze “Świata Czytników”, pod koniec lipca zaoferowałem same ebooki w przedsprzedaży w cenie 49,90 zł. Do dzisiaj nie jestem przekonany, czy był to dobry pomysł. Myślę, że gdybym robił to ponownie, to obydwa ebooki powinny w przedsprzedaży kosztować 59,90 zł lub nawet 69,90 zł, czyli tyle samo co książka papierowa. Być może takie rozwiązanie zwiększyłoby sprzedaż środkowego pakietu – za 99,90 zł, który był naprawdę atrakcyjną cenowo opcją. Cóż – człowiek uczy się na błędach.

Oferta popremierowa nie jest już tak szczodra:

6-Oferta-FinNinja-po-premierze

Ponadto do każdego z pakietów poza samymi ebookami doszły koszty przesyłki wynoszące 15 zł brutto. Jak widzicie staram się także nie eksponować nadmiernie możliwości zakupu samego ebooka. Informacja o nim znajduje się na stronie, ale świadomie nie jest uwzględniona w tabelce z podsumowaniem dostępnych pakietów (informacja dostępna jest pod tabelką). Moim kluczowym i najbardziej dochodowym produktem jest książka papierowa oraz zawierające ją pakiety – i to właśnie je wyciągam na pierwszy plan. W końcu kiedyś trzeba wyczyścić magazyn z zalegającego tam towaru. 😉

Jak wyceniałem książkę i pakiety?

To jedno z najczęściej zadawanych mi pytań. Według informacji, które udało mi się wcześniej zebrać, krytycznymi poziomami cen książek w Polsce są:

  • 19,90 zł
  • 29,90 zł
  • 34,90 zł – 39,90 zł
  • 49,90 zł

Podobno optymalnie jest dla sprzedaży, gdyby cena nie przekraczała 30 zł. Każde podwyższenie ceny o 10 zł negatywnie odbija się na liczbie zakupionych egzemplarzy. Nie dane mi było jednak tego przetestować.

Pisząc książkę wychodziłem z założenia, że będzie ona miała około 300–350 stron grubości i że powinna kosztować ciut poniżej 40 zł. To taka dosyć standardowa cena dla poradników o tej objętości. Niestety objętość książki rosła. Chociaż planowałem ją “ściąć” to w pewnym momencie po prostu się poddałem. Uznałem, że nie może być ona wybrakowana. Ale to oddzielny wątek, który rozwinę w artykule o pisaniu książki.

Pierwsze veto co do ceny książki postawiła tak naprawdę Gabi – moja Żona. Zaczęła sprawdzać ceny licznych poradników i udowadniać mi, że nawet te o wątpliwej zawartości potrafią kosztować więcej. Poszczególne rozdziały książki w wersji roboczej wysyłałem do moich znajomych, którzy także pukali się w czoło, gdy mówiłem na ile chcę ją wycenić. Wiedzieli jaka będzie jej objętość i potrafili bez cukrzenia ocenić jakość treści. Pamiętam, że Krzysiek Bartnik, który przeczytał całą książkę na długo przed premierą, sugerował, że sam rozdział 9 o optymalizacji podatkowej powinienem sprzedawać jako oddzielną książkę. Każdy recenzent stopniowo wlewał we mnie przekonanie, że zbyt nisko wyceniam moje dzieło. Cena poszła w górę do 59,90 zł.

W czerwcu przez książkę przebrnął Marek Jankowski – autor podcastu “Mała Wielka Firma”, który po prostu zachwycił się “Finansowym ninja”. Gabi systematycznie wierciła mi dziurę w brzuchu i tak na tydzień przed oficjalnym uruchomieniem przedsprzedaży przypieczętowałem zmianę ceny książki papierowej na 69,90 zł. Uznałem, że co ma być to będzie. Sporo ryzykowałem, ale uznałem, że książka się broni. Największe moje obawy związane były z tym, że tak naprawdę klient kupuje “kota w worku” i nie ma nawet szansy przekartkować książki przed zakupem. Przewalczyłem to jednak mentalnie. Po prostu uczciwie zadeklarowałem, że książka jest lepsza niż moje publikacje na blogu, a wiedziałem, że ich poziom będzie wystarczającym punktem odniesienia dla wielu Czytelników mojego bloga. Pozostawało mi tylko wierzyć, że się w moich przypuszczeniach nie mylę. Przyznam, że oczekiwanie na rezultaty było dosyć stresujące.

Skonsultowałem jeszcze cenę 69,90 zł z jednym z wydawców. Usłyszałem, że “Chyba oszalałeś! W Polsce w tym segmencie tylko Tony Robbins ”Money. Mistrzowska gra“ [książka ma 800 stron] sprzedawany jest niewiele drożej – a Ty nie jesteś Tony Robbins”. Tyle a propos słuchania prawd objawionych wydawców…

Co do wyceny pakietów, to po prostu zadbałem o to, by były one atrakcyjne cenowo. Kolejnym poziomem krytycznym wydawała mi się bariera 100 zł i dlatego za pakiet z ebookami trzeba było zapłacić w przedsprzedaży 99,90 zł. Jak widać moje podejrzenia się potwierdziły, bo sprzedaż pakietów wcale nie była tak duża, jak pierwotnie się spodziewałem (rezultaty niżej) i po okresie przedsprzedaży i podwyższeniu ceny do 129,90 zł – dodatkowo spadła. Jednej z przyczyn tego spadku upatruję w niedostatecznie jasnym zakomunikowaniu przydatności ebooka “Finansowy ninja – rysunkowe streszczenie”. To błąd, którego do tej pory nie naprawiłem.

Z kolei pakiet z kursem “Budżet domowy w tydzień” realnie wydawał mi się świetnie wycenioną paczką. Sam kurs kosztował kiedyś 197 zł, a w przedsprzedaży w tej samej cenie można było mieć jeszcze książkę i ebooki. Tu akurat idealnie utrafiłem z oczekiwaniami. Spodziewałem się, że sprzedaż tego pakietu stanowić będzie około 10% zamówień a skończyło się na 8%. Bardzo zacny wynik biorąc pod uwagę wysoką marżę na tym produkcie.

Przy wycenie pakietów kierowałem się kilkoma zasadami:

  • Ceny musiały być wzajemnie ze sobą powiązane.
  • Każda cena powinna umożliwiać podwyższenie po okresie przedsprzedaży, a jednocześnie nie mogła być zbyt niska w przedsprzedaży – wiedziałem, że większość sprzedaży przypadnie na lipiec-sierpień.
  • Nie chciałem na “dzień dobry” sprzedawać książki w innej cenie niż docelowa.
  • Zależało mi na tym, aby mieć możliwość organizowania w przyszłości promocji cenowych… ale bez obniżania ceny książki.

Dużą pomocą są tu koszty wysyłki, które wynoszą 15 zł brutto. W przypadku, gdy będę chciał zorganizować promocję dla klientów, to mogę je wziąć na siebie. W efekcie książka nadal dostępna będzie w tej samej cenie = 69,90 zł, ale jednocześnie zakup będzie dla klienta efektywnie tańszy. Taką właśnie promocję zorganizowałem podczas Dnia Darmowej Dostawy, który wypadał w tym roku 29 listopada. To był strzał w dziesiątkę. Tylko tego jednego dnia złożyliście zamówienia na około 85 tys. zł – to drugi najlepszy wynik dzienny w całej historii sprzedaży książki. Dla porównania: średnia sprzedaż dzienna w październiku wynosiła około 5500 zł.

Dodatkowym “elementem ruchomym” w mojej ofercie jest ebook z rysunkowym streszczeniem. Aktualnie wchodzi w skład pakietów, ale równie dobrze mogę go z nich wyłączyć. Zyskam wtedy możliwość jego dodawania w ramach promocji do przyszłych zamówień – wtedy, gdy będę chciał zorganizować taką promocję.

Dlaczego ebook się nie opłaca?

Tradycyjni wydawcy podchodzą czasami do ebooków jak pies do jeża. Przestałem im się dziwić, gdy sam przeanalizowałem koszty związane z proponowaniem ebooków. Pomimo, że ebook jest produktem bardzo pożądanym (deklaratywnie) przez Czytelników, to z perspektywy wydawcy pod każdym względem przegrywa z książką papierową.

Przede wszystkim istnieje olbrzymia presja na to, aby ebook był tańszy od książki papierowej. Z mojej perspektywy jako wydawcy – jest to oczekiwanie kompletnie nieuzasadnione. Nie jest prawdą, że produkcja ebooka nic nie kosztuje i co ciekawsze nie jest też prawdą, że jest on tańszy od książki papierowej (!!!). Ebook także musi przejść redakcję, korektę i skład. Trzeba też dla niego zaprojektować okładkę.

Co więcej, złożenie ebooka w taki sposób, aby dobrze prezentował się na wszystkich urządzeniach, także wymaga opłacenia profesjonalisty. Książkę papierową składa się raz. Ebooka trzeba przygotować w kilku formatach i do tego jeszcze przeprowadzić jego testy na różnych czytnikach poprawiając ewentualne błędy formatowania. Aż się prosi żeby dorobić dodatkową nawigację (np. klikalny spis treści). To wszystko kosztuje. A w praktyce i tak bardzo trudno jest odwzorować w formie ebooka MOBI i EPUB książkę taką jak “Finansowy ninja” naszpikowaną wykresami, tabelami, ramkami i rysunkami. I niestety ze względu na mnogość czytników dostępnych na rynku, co jakiś czas otrzymuję informację o złym wyświetlaniu treści na niektórych z nich. Autentycznie szkoda energii na taką zabawę. Papierowa książka u każdego nabywcy wygląda dokładnie tak samo. 😉

Kolejna strona medalu to podatek VAT – różny dla papieru i wersji cyfrowej. Przeanalizujmy to pokrótce zakładając, że ebook i książka papierowa kosztują tyle samo = 69,90 zł brutto.

  • Ebook = 69,90 zł brutto = 56,83 zł netto.
  • Książka = 69,90 zł brutto = 66,57 zł netto.

Sprzedając książkę papierową zamiast tak samo wycenionego ebooka do mojej kieszeni trafia 9,74 zł więcej. Za tę kwotę sfinansuję druk książki papierowej = 5,54 zł netto i jeszcze zostanie mi 4,20 zł. Kosztami wysyłki nie muszę się przejmować, bo i tak klient płaci za nią niezależnie.

Jeśli dodatkowo uwzględnię “presję społeczną” na obniżenie ceny ebooka, to okaże się, że sprzedając go za 59,90 zł (= 48,70 zł netto) tracę w stosunku do książki papierowej aż 17,87 zł netto! W tej kwocie mogę pokryć koszty druku książki (5,54 zł netto) oraz koszty jej pakowania i wysyłki kurierem (w kwocie 10,37 zł netto) i nadal będę ok. 2 zł do przodu w stosunku do sprzedaży ebooka. Niestety, ale przy obecnych różnicach w stawkach VAT, sprzedaż książki papierowej jest dużo bardziej opłacalna dla wydawcy.

Nie oferując ebooka w zasadzie eliminuje się także problem łatwego “piratowania” książki. Ja właśnie z obawy przed piractwem nie zdecydowałem się zaoferować “Finansowego ninja” w najbardziej uniwersalnym formacie PDF. Dostępny jest on tylko w formatach MOBI i EPUB.

Zespół i zestaw narzędzi self-publishera

7-Pytania-Tomek-Lach-2

Wspominałem już, że jako self-publisher sam byłem odpowiedzialny za budowę zespołu projektowego. Zanim przejdę do prezentacji kosztów chcę powiedzieć, jakie kompetencje były mi potrzebne i kto realizował dla mnie poszczególne prace. Ogólnie można podzielić listę zaangażowanych osób i firm na dwie grupy:

  • Związane z przygotowaniem samej książki.
  • Związane z zapewnieniem infrastruktury niezbędnej do obsługi sprzedaży książki.

Temat przygotowania książki do druku rozwinę w oddzielnym wpisie, ale tutaj krótko wymienię zaangażowane osoby oraz to, w jaki sposób do nich dotarłem:

  • Rysunki = Marek “Pan Rysownik” Pawelczyk. Poznaliśmy się wyłącznie przez sieć. Po prostu widziałem prace Marka na Facebooku i zapytałem go, czy byłby skłonny przygotować dla mnie rysunki małego ninja. Zgodził się. Najpierw testowo przygotował wizualizację ninja tnącego kartę kredytową. Potem zapłaciłem mu za przygotowanie kolejnych rysunków. Co ciekawsze pierwsze z nich powstały ponad rok przed premierą książki – w lipcu 2015 r.
  • Sketchnotes = Kamila Zielonka z Draw Idea. To ona narysowała całego ebooka “Finansowy ninja – rysunkowe streszczenie”. Tak naprawdę poznaliśmy się w wyniku mojego cyklu spotkań JOPlive Tour. Kamila narysowała graficzne streszczenie mojego spotkania, przesłała mi je i… spowodowała, że opadła mi szczęka. Praktycznie od razu zaczęliśmy negocjować koszty przygotowania streszczenia całej książki. Krótko mówiąc: gdyby nie przesłała mi wtedy efektów swojej pracy, to pewnie byśmy nie współpracowali. A jestem bardzo zadowolony z efektów!
  • Redakcja = Łukasz Mackiewicz z eKorekta24.pl. Z Łukaszem pracuję już dłuższy czas. Jego firma odpowiada za spisywanie transkryptów podcastów, ale zajmuje się także redakcją książek. Wiedziałem, że spod ręki Łukasza wyszły już inne książki o tematyce finansowej, wiem, że rozumie moje podcasty 😉 więc zdecydowałem się powierzyć mu redakcję #FinNinja.
  • Korekta = Marta Durczyńska z eKorekta24.pl. Marty nie znałem wcześniej. Po prostu zaproponował ją Łukasz. Świetnie nam się współpracowało (dobry kontakt, szybkie tempo).
  • Okładka = Marcin Gajosiński z This Way Design. Do Marcina dotarłem przez Kamilę Dankowską, z którą wspólnie pracują. A Kamilę poznałem w 2014 roku na szkoleniu dotyczącym promocji książek (tak, tak…) i już wtedy zapoznałem się z portfolio Jej i Marcina. Zlecenie im projektu okładki było najlepszym co mogłem zrobić. BARDZO polecam!
  • Skład = Marcin Gajosiński z This Way Design. Marcin okazał się niezastąpiony także w zaprojektowaniu układu całej książki oraz jej “złamaniu”. Wcześniej z tym zadaniem mierzył się ktoś inny, z kim rozstałem się po zapłaceniu wysokiej zaliczki. Z kolei z Marcinem mieliśmy wprost idealną współpracę, o czym napiszę więcej w oddzielnym wpisie. Po raz drugi BARDZO polecam! Jeśli miałbym wskazać jedną najważniejszą i jednocześnie najbardziej pomocną mi osobę w całym procesie prac nad książką, to byłby to właśnie Marcin.
  • Skład ebooków = Kamila Dankowska z This Way Design. Na szczęście koszty przygotowania ebooków ujęte były w wycenie składu całej książki. Dzięki temu, że całość odbywała się w tym samym studio, nie miałem żadnych problemów z poprawkami. 🙂
  • Druk = drukarnia Pozkal z Inowrocławia. Tutaj szykuje się dłuższa opowieść o tym, co było OK a co nie do końca. Ogólnie jestem bardzo zadowolony z efektu końcowego, ale co się nadenerwowałem w międzyczasie to moje. Wybór drukarni był wynikiem skrupulatnej analizy. Więcej informacji wraz z wycenami konkurencji przedstawię w oddzielnym wpisie. Ogólnie polecam Pozkal, ale z mocnym pilnowaniem. Samą drukarnię i proces druku możecie zobaczyć “od kuchni” na poniższym filmie.

 

Co do infrastruktury do sprzedaży książki, to ona także będzie przedmiotem oddzielnego wpisu. Tu wymienię tylko ciurkiem firmy, z których usług korzystałem lub korzystam:

  • Wideo promujące książkę = Igor Wojtkowiak. To nie ja trafiłem do Igora tylko On do mnie. Zaproponował mi kiedyś mailowo sesję fotograficzną, obejrzałem jego portfolio i zdecydowałem się zaryzykować i powierzyć mu produkcję filmu promującego książkę. Wyszło świetnie, więc bez obaw zabrałem go także, aby nakręcił film z drukarni. ZDECYDOWANIE polecam!
  • Strona sprzedażowa (landing page) = SHABLON. Wybór tej firmy to była porażka i to jedyny kontrahent, którego usługi odradzam. Więcej szczegółów pojawi się we wpisie o infrastrukturze.
  • Platforma sklepowa = Shoplo.com. Nie ma w Polsce idealnej z mojej perspektywy platformy sklepowej. Wybrałem Shoplo, ale także i tutaj musiałem zamówić kilka rozszerzeń funkcjonalności, co podniosło koszt całego rozwiązania. Za wszystkie zamówione rozszerzenia musiałem dodatkowo zapłacić.
  • Obsługa płatności = Blue Media. Jest to domyślny partner Shoplo obsługujący tzw. Płatności Shoplo. Plus jest taki, że obsługa płatności jest bardzo ładnie zintegrowana z procesem składania zamówienia.
  • Fakturowanie = wFirma. Wybrałem zewnętrzne rozwiązanie do fakturowania, ponieważ funkcjonalność standardowo zawarta w oprogramowaniu sklepowym Shoplo jest bardzo uboga. Przykładowo: nie umożliwiała zrobienia rejestru sprzedaży VAT, wystawiania korekt itp. Na szczęście Shoplo zintegrowane jest z wFirma.
  • Magazyn, pakowanie, wysyłki i obsługa reklamacji = Krzysiek Bartnik z eKomercyjnie.pl. ZDECYDOWANIE polecam! Firma jest najbardziej kompetentnym ze wszystkich moich infrastrukturalnych dostawców. Zapewnia mi wszystko, co jest potrzebne do sprawnej realizacji zamówień i odciążą mnie w tym procesie niemal w 100%. 🙂
  • System mailingowy = ActiveCampaign – mój podstawowy system do obsługi newsletterów.
  • System do obsługi wsparcia klientów = HelpScout.
  • Promocja książki = wszystkie działania wykonywałem samodzielnie. Będzie o tym oddzielny wpis.

Jak widzicie w całym procesie budowy zespołu jest sporo przypadków: gdzieś na kogoś wpadłem, zweryfikowałem, podtrzymałem kontakt i sprawdzałem czy jest “chemia” rokująca dobrą współpracę. Czasami się myliłem, ale co do większości osób miałem po prostu spore szczęście. Pomimo pracy z ludźmi od 25 lat nadal nie znam innego sposobu, jak przekonanie się w boju o wartości danego zawodnika.

Wyznaję także zasadę, że każdy ma prawo do popełniania błędów. Niemniej jednak wymagam tego, aby nie powtarzać tych samych błędów kilka razy. Gdy widzę, że kontrahent wyciąga wnioski, to zazwyczaj wolę z nim kontynuować współpracę niż eksperymentować z kimś nowym, kto jeszcze nie miał szansy nauczyć się współpracy ze mną i wyciągnąć nauki z popełnionych błędów.

Harmonogram i czas pracy nad książką

Ile czasu zajęły prace nad książką? Tu także należałoby podzielić je na kilka etapów.

Oczywiście najbardziej czasochłonne było samo napisanie “Finansowego ninja”. Uczciwie mówiąc pierwsze przemyślenia to początek 2014 r. Bardzo konkretne prace nad strukturą i tematyką książki rozpocząłem w sierpniu 2014 r. Równolegle powstawały założenia dotyczące promocji, pakietów, itd. Do pisania książki usiadłem w styczniu 2015 r. i z przerwami robiłem to do marca. Tak naprawdę pisaniem na 100% zająłem się dopiero w lipcu 2015 r. Nie udało mi się wtedy dokończyć książki, o czym mówiłem także w tym podcaście. W drogę weszły inne zobowiązania: występy na konferencjach i przeprowadzenie spotkań JOPlive Tour. Do pracy nad książką powróciłem w lutym 2016 r. z mocnym postanowieniem, że wszystko inne idzie w odstawkę do czasu aż nie skończę. Pod koniec czerwca 2016 r. byłem na finiszu.

Szacuję, że napisanie #FinNinja zajęło mi w sposób ciągły około 7 miesięcy. Żeby umożliwić sobie jej sprawne wydanie, już z końcem kwietnia tego roku pierwsze rozdziały trafiły do redakcji. Layout książki powstawał na przełomie maja i czerwca. Skład rozpoczął się w czerwcu i zakończył w lipcu. Szczegółowe informacje o czasochłonności i datach znajdziecie poniżej.

8-Czas-prac-FinNinja

9-Harmonogram-FinNinja

Ze względu na objętość książki, absolutnie kluczowe było równoległe prowadzenie prac na kilku frontach. Gdy ja pisałem jeszcze finalne rozdziały, to pierwsze z nich były już po redakcji, korekcie i składzie. W efekcie systematycznie i bez opóźnień szliśmy do przodu.

Gdybym dzisiaj ponownie rozpoczynał taki projekt, to zacząłbym redakcję, korektę i skład jeszcze o miesiąc wcześniej – wbrew oporom eKorekta24.pl, która wolała otrzymać od razu całe dzieło. I tak nie otrzymała. 😉

Poważnym zagrożeniem dla harmonogramu była moja rezygnacja z usług pierwszego grafika zajmującego się składem. Na szczęście dla mnie Marcin Gajosiński pracował bez wytchnienia. 🙂

Absolutnie kluczową datą był termin potwierdzenia zamówienia na druk książki. Żeby wyrobić się z drukiem przed datą premiery (dostawa nakładu do magazynu planowana na 12 sierpnia) musiałem potwierdzić wielkość nakładu do 7 lipca – czyli tydzień po rozpoczęciu przedsprzedaży. Do ostatniej chwili zastanawiałem się czy zamówić 7000, 10 tys. czy 12 tys. egzemplarzy. Ostatecznie zdecydowałem się na wydrukowanie 10 tys. egzemplarzy.

Tu zdradzę Wam jeszcze moje założenia początkowe:

  • Spodziewałem się, że do końca roku uda się sprzedać 7000 egz. książki.
  • W okresie przedsprzedaży liczyłem na sprzedaż 2000 egz. miesięcznie, czyli łącznie 4000 egzemplarzy do dnia premiery.
  • Zakładałem, że po premierze sprzedaż już “siądzie” i liczyłem, że w ciągu 4-ech miesięcy pozostających do końca roku uda się sprzedać kolejne 3000 egzemplarzy (czyli łącznie 7000).
  • Mentalnie byłem przygotowany na to, że pozostałe 3000 egzemplarzy z całego zamówionego nakładu będzie sobie leżało w magazynie i sukcesywnie się wyprzeda w ciągu 10 kolejnych miesięcy w tempie co najmniej 10 egzemplarzy dziennie.

Rzeczywistość i Wasze zainteresowanie książką bardzo pozytywnie zweryfikowały te początkowe założenia.

Tu kilka słów do Was

Podsumowanie wszystkich kosztów

Dzięki rozpoczęciu przedsprzedaży książki przed poniesieniem kosztów druku, mogłem zminimalizować nakłady ponoszone z własnej kieszeni. To nie znaczy jednak, że były one małe. Do 30 czerwca, czyli dnia poprzedzającego rozpoczęcie przedsprzedaży, moje wydatki brutto wyniosły 23 536 zł. Wszystkie kwoty podaję jako koszt brutto, bo de facto tyle pieniędzy musiałem posiadać na koncie, aby móc sfinansować produkcję książki. Pomimo, że jestem przedsiębiorcą, to jednak z kontrahentami rozliczam się płacąc im ceny brutto z VAT-em.

10-Koszty-FinNinja-do-30-czerwca

Jak widać najwięcej kosztowała mnie redakcja książki, rysunki do książki oraz pierwszy skład (pieniądze wyrzucone w błoto).

Koszt samego oprogramowania do obsługi sklepu internetowego Shoplo mógłby się zamknąć w kwocie 362+49 zł = 411 zł, gdybym nie integrował go z moim systemem mailingowym oraz nie zażyczył sobie dopisania funkcjonalności spajającej go z kursem “Budżet domowy w tydzień”. Te funkcjonalności realizowali za dodatkową opłatą zarówno programiści firmy Shoplo, jak i Michał Jaworski, z którym współpracowałem już kiedyś przy produkcji kursów “Budżet domowy w tydzień” oraz “Pokonaj swoje długi”.

EBOOK2 to zaliczka zapłacona Kamili na poczet opracowania rysunkowego streszczenia FinNinja. LP to całkowity koszt przygotowania strony sprzedażowej FinansowyNinja.pl a WYSYŁKA zawiera koszt zakupu taśm pakowych z logo “Jak oszczędzać pieniądze”, którymi oklejane były wysyłane do Was paczki.

11-Tasma-JOP-1

12-Tasma-JOP-2

Dlaczego taśmy miały logo JOP a nie #FinNinja? To była świadoma decyzja. Zależało mi na tym, by oklejona nimi paczka była jednoznacznie rozpoznawalna dla nabywców książki – Czytelników mojego bloga. Dodatkowo traktowałem je jako element promocji samego bloga i podkreślenie faktu, że “Finansowy ninja” nie stanowi zerwania z przeszłością. JOP i FinNinja są równorzędnymi znakami towarowymi. 🙂

Tak naprawdę poniesione koszty są zawyżone z powodu popełnionych błędów. Policzyłem, że powinny wynieść 13 696 zł – o dziesięć tysięcy mniej – gdybym tylko zrezygnował z pierwszego logo i pierwszego składu, które niepotrzebnie zamówiłem, oraz strony WWW, którą mogłem stworzyć bez angażowania problematycznej firmy.

Warto podsumować jeszcze ostateczne koszty, które poniosłem oraz jednostkowe stawki, które przyszło mi płacić. Tu zastosuję stawki netto, jako bardziej klarowne dla przedsiębiorców:

  • Druk książki = 5,66 zł / egzemplarz przy druku 10 tys. egzemplarzy. W dodruku cena wyniosła 5,54 zł / egz. przy zamówieniu 12 tys. egzemplarzy. Jest to druk książki o grubości 544 stron w oprawie półtwardej (inaczej: oprawa zintegrowana) z wybiórczo nałożonym lakierem UV na okładce.
  • Redakcja = 160 zł / arkusz, czyli za przeredagowanie 40 tys. znaków.
  • Korekta = 80 zł / arkusz. Połowa stawki za redakcję.
  • Projekt layoutu książki = 850 zł.
  • Projekt okładki = 500 zł.
  • Skład książki oraz ebooków = 6150 zł.
  • Obsługa płatności = 1,2% od wartości transakcji bez względu na to, czy transakcja dokonywana jest kartą płatniczą czy szybką płatnością internetową (przelew). Wcześniej płaciłem 1,49%, ale jednocześnie – korzystając z promocji Płatności Shoplo – od pierwszych 150 tys. zł przychodu w ogóle nie zapłaciłem prowizji.

Oddzielnym, największym kosztem jaki ponoszę, jest opłata związana z logistyką, czyli pakowaniem i wysyłaniem książek. Nie bez powodu szukaniem firmy, która obsłuży mi ten fragment całego self-publishingowego biznesu, zająłem się na ponad 2 lata przed premierą książki. Poznawałem wtedy cenniki i propozycje wielu firm – od dużych specjalistów od wysyłek i dropshippingu takich jak Raben, Siódemka, Axel Springer, aż po mniejsze i specjalizowane firmy, np. CloudPack.

To na czym najbardziej mi zależało to elastyczność firmy, wiara w to, że poradzi sobie ona z moimi wyśrubowanymi wymaganiami oraz szczytowym “zapotrzebowaniem na moc”, zdolność do samodzielnej obsługi reklamacji (bez angażowania mnie) oraz stała zryczałtowana cena za obsługę pojedynczej wysyłki. W szczególności szerokim łukiem omijałem te firmy, w którym płaci się za wszystko oddzielnie i gdzie cena usługi uzależniona jest np. od zajmowanej powierzchni półek magazynowych. Dopuszczałem ryczałt, np. za przechowywanie określonej ilości palet z towarem, ale nie chciałem samodzielnie musieć sumować opłat np. za to “ile razy magazynier musiał podejść do półki”.

Firma Krzysztofa Bartnika była jedyną, która w wiarygodny sposób spełniała moje oczekiwania. Negocjacje rozpoczęliśmy jeszcze w 2014 roku. Zakończyliśmy w 2016 :). Przyznam, że nie było łatwo. Krzysztof wiedział, że jeśli cokolwiek będzie źle, to świat się o tym dowie (rozumiał, że działam transparentnie). Jednocześnie wiedział też, że jeżeli wywiąże się ze swoich obowiązków dobrze, to pomoże to wypromować jego usługi.

Wysoki wolumen paczek (ponad 5000 w pierwszym miesiącu) spowodował, że od razu “wskoczyłem” na minimalną wynegocjowaną stawkę. Płacę ryczałtowo dokładnie 10,37 zł netto za każdą nadaną paczkę. W kwocie tej kryje się całkiem sporo usług:

  • Kartonowe opakowanie na książkę.
  • Usługa wysyłki kurierem Poczty Polskiej – Pocztex na terenie całego kraju. Paczka dochodzi w 48 godzin i można ją śledzić przez Internet.
  • Spakowanie książki.
  • Wystawianie faktur i ew. korekt.
  • Obsługa reklamacji.
  • Obsługa całej korespondencji przesyłanej na adres [email protected]

Dotychczas nikomu z konkurentów nie udało się wyrównać tej wyceny. Abstrahując jednak od tego, że jestem w 100% zadowolony z jakości usług Krzysztofa, to jeśli przemnoży się liczbę obsłużonych zamówień przez tę stawkę, to okaże się, że w ciągu 5-ciu miesięcy nakłady na logistykę stanowiły ponad połowę wszystkich kosztów związanych z książką. Oczywiście jest to zgodne z wcześniejszymi założeniami, ale tym bardziej cieszę się, że cały proces działa jak dobrze naoliwiony mechanizm i jednostkowe koszty utrzymane są na racjonalnie niskim poziomie.

Poniżej pełne zestawienie wszystkich kosztów w okresie do 30 listopada 2016 r.:

13-Sumaryczne-koszty

Koszty sumują się do astronomicznej kwoty 429 232 zł brutto. Przypuszczam, że niektórzy z Was złapali się za głowę. Przyjrzyjmy się im zatem bardziej szczegółowo:

 

14-1-Koszty-FinNinja-5-szczegolowo

14-2-Koszty-FinNinja-5-szczegolowo

Podsumowując widać tutaj, że struktura kosztów od największych do najmniejszych wygląda tak:

  • 228 781 zł = Logistyka wysyłek.
  • 126 798 zł = Druk 22 tys. egz. książki.
  • 32 378 zł = Całkowity koszt przygotowania samej książki oraz ebooków.
  • 21 461 zł = Prowizje dla firmy przyjmującej płatności.
  • 6818 zł = Koszty przygotowania i obsługi sklepu internetowego oraz strony sprzedażowej.
  • 2069 zł = Całkowite koszty promocji książki. 🙂

Oddzielną kategorię stanowią prowizje wypłacane Wam za przyprowadzenie klientów kupujących książkę. Tak jak pisałem wcześniej, zamiast inwestować w reklamę zdecydowałem się w pierwszej kolejności zaproponować możliwość zarabiania na polecaniu mojej książki w modelu afiliacyjnym. Do końca listopada wypłaciłem już łącznie 9221 zł brutto prowizji w afiliacji. Można byłoby uznać ją za dodatkowy koszt promocji książki.

Ile książek muszę sprzedać żeby wyjść na zero?

To chyba najważniejsze pytanie, jakie sobie zadawałem. Dla jasności: nawet bez liczenia byłem przekonany, że uda mi się zarobić na książce. Otwartym pytaniem było tylko to, jak długo będę musiał pracować na pokrycie kosztów – uwzględniając VAT, podatek dochodowy oraz wszelkie inne wydatki.

Zarys tabelki, którą zobaczycie niżej, opracowałem blisko dwa lata przed premierą książki. Wpisałem do niej wstępne założenia dotyczące poszczególnych kosztów, a potem na bieżąco ją aktualizowałem – dopisując kolejne koszty oraz zmieniając ceny pakietów i weryfikując założenia co do proporcji ich sprzedaży.

15-Harmonogram-kosztow-FinNinja

Koszty podzieliłem na dwie grupy:

  • Koszty jednorazowe – takie, które ponoszone były bez względu na liczbę sprzedanych egzemplarzy, czyli: przygotowanie książki, ebooków, druk (bo zawsze zamawiam go z wyprzedzeniem a sprzedaż następuje potem), koszty infrastruktury sklepowej.
  • Stały narzut na egzemplarz – takie, które związane są z konkretną sprzedażą: koszt prowizji za obsługę płatności, koszt pakowania i wysyłki (przypominam, że w okresie przedsprzedaży to ja go musiałem sfinansować), darowizna na Pajacyka (1 książka = 1 posiłek),

Koszty jednorazowe równomiernie rozkładają się na wszystkie sprzedane egzemplarze. Ze względu na to, że ponoszone są raz, to im większa jest sprzedaż, tym narzut na pojedynczy egzemplarz jest mniejszy.

Początkowo policzyłem, że do wyjścia “na zero” potrzebuję sprzedać 1700 egzemplarzy książki. Później okazało się, że koszty składu itp. były jednak wyższe i dlatego przedstawiam kalkulację opartą na prawdziwych liczbach i początkowym założeniu druku 10 tys. egzemplarzy książki (taki był pierwszy nakład). W kalkulacji zobaczycie nieco inne koszty – bo tu jako przedsiębiorca przygotowujący biznesplan posługuję się kwotami netto.

16-Koszty-jednorazowe-pierwszego-nakladu-FinNinja

Całkowite wydatki poniesione w związku z pierwszym nakładem wyniosły ostatecznie 37 305 zł netto. Do nich trzeba dodać koszty związane z drukiem pierwszego nakładu w kwocie 56 170 zł netto (nieco niższe niż kwota z zamówienia ze względu na odrzucenie przeze mnie części egzemplarzy). Ostatecznie analiza osiągnięcia break even, czyli punktu w którym zaczynałem zarabiać, przedstawia się następująco:

17-Break-even-FinNinja

Do osiągnięcia rentowności projektu wymagana była sprzedaż 1855 egzemplarzy i to przy zamówieniu druku 10 tys. sztuk. I były to ostrożne szacunki, które uwzględniały tylko sprzedaż najtańszego produktu – książki papierowej (w tym czasie nie oferowałem jeszcze ebooka, bo nie chciałem by kanibalizował sprzedaż książki). Oprócz tego miałem także w ofercie droższe pakiety, na których miałem dużo wyższą marżę. Efektywnie wystarczyło około 1300 zamówień, aby projekt zaczął być dochodowy.

Wyniki sprzedaży “Finansowego ninja”

No i nareszcie docieramy do kulminacji tego wpisu, czyli informacji o całkowitych przychodach oraz osiągniętym zysku.

Główna metryka, którą się posługuję to wysokość dziennych przychodów ze sprzedaży książki. Znacząco się one różnią pomiędzy okresem przedsprzedaży a okresem po premierze książki. Zacznijmy od przedsprzedaży.

18-Wyniki-przedsprzedazy-FinNinja

Jak widać wykres rysuje nam się w charakterystyczną, rozciągniętą literkę U. Sprzedaż jest największa na początku, przez pierwsze dni po jej rozpoczęciu, oraz na samym końcu tego okresu. Charakterystycznym i przełomowym z mojego punktu widzenia punktem jest 3 sierpnia. Wtedy to opublikowałem na blogu wpis podsumowujący pierwszy miesiąc sprzedaży mojej książki. Rozszedł się on sporym echem w Internecie, co w automatyczny sposób spowodowało wzrost ruchu na moim blogu i idący za nim wzrost liczby zamówień. Myślę także, że ten wpis usankcjonował sukces mojej książki (potwierdzenie, że rzeczywiście się ona sprzedaje) i pokazał, że model self-publishing pozwala realnie zarabiać duże pieniądze.

W osiąganiu coraz lepszych dziennych wyników pomagały także systematycznie publikowane wywiady. Dość powiedzieć, że w ciągu 2 miesięcy ukazało się ok. 60 publikacji dotyczących książki “Finansowy ninja”, rezultatów self-publishingu oraz mojej osoby. O planowaniu i realizacji takiej promocji opowiem szczegółowo w oddzielnym wpisie.

Zwiększoną sprzedaż możecie zobaczyć także 17 sierpnia. Wtedy to musiałem zakomunikować, że pierwszy nakład książki został praktycznie wyczerpany. Z perspektywy sprzedażowej miałem wtedy wrażenie, że popełniam sepuku. Chociaż z jednej strony cieszyła mnie duża sprzedaż, to martwiłem się tym, że muszę przesunąć datę dostępności książki dla kolejnych zamawiających aż na koniec września. Teoretycznie wszyscy, którzy zamawiali książkę przed premierą, mieli ją otrzymać do 26 sierpnia. W praktyce już 17 sierpnia było wiadomo, że wyprzedałem cały pierwszy nakład. Nałożyły się jeszcze na to problemy z jakością części egzemplarzy. Mówiąc w dużym uproszczeniu – część nakładu wróciła do poprawki do drukarni. Więcej o tym napiszę w artykule poświęconym drukowi.

Myślałem, że opóźnienie o miesiąc dostępności papierowej książki zabije sprzedaż. Zdecydowałem się jednak nie odpuszczać i cisnąć do samego końca w myśl zasady “when you sell – sell hard” (“gdy sprzedajesz, to rób to na maksa”). Nauczony wcześniejszymi doświadczeniami przy sprzedaży kursu “Budżet domowy w tydzień”, a także polecaniu Wam kont i lokat, wiedziałem, że wiele osób zwleka z podjęciem decyzji do samego końca. Moim obowiązkiem jako sprzedawcy było przypomnienie Wam (wielokrotnie!), że tego typu okazja się nie powtórzy. Że już nigdy poza okresem przedsprzedaży nie będzie można sobie zagwarantować zakupu książki w tak dobrych cenach oraz z autografem autora.

Tak na marginesie – decyzja o tym, że podpiszę każdy egzemplarz zamówiony w przedsprzedaży, okazała się jednocześnie świetnym i słabym pomysłem. Świetnym, bo wierzę, że mocno pomogła w sprzedaży. Słabym, bo nie spodziewałem się, że będę musiał podpisać ponad 12 tys. egzemplarzy książki. Zajęło mi to całe 4 dni – od rana do późnego wieczora i było to jednocześnie i świetne i bardzo wkurzające zajęcie. Więcej o tym we wpisie o promocji, a poniżej możecie zobaczyć minutową relację z podpisywania 600 egzemplarzy książki (całość procesu przedstawionego na tym filmie zajęła 1,5 godziny). 🙂

 

Absolutny szał sprzedaży nastąpił w ostatnim tygodniu przed premierą. To, że nie odpuszczałem z marketingiem, doprowadziło do rekordu. “Rzutem na taśmę” przychody tylko 26 sierpnia osiągnęły poziom 103 815 zł i w piękny sposób zamknęły cały okres przedsprzedaży.

Rezultaty pierwszych dwóch miesięcy (okres od 1 lipca do 31 sierpnia 2016 r.) to:

  • 1 113 826 zł przychodu
  • 11 948 sprzedanych egzemplarzy książki papierowej
  • 991 sprzedanych ebooków (luzem)

Szczerze obawiałem się wtedy, że to już koniec sprzedaży. Kilka dni przerwy, którą zrobiłem, było okresem zastanawiania się co będzie dalej. I jeśli spojrzycie na poniższy wykres, to możecie odnieść wrażenie, że nastąpił prawdziwy exodus sprzedaży “Finansowego ninja”. Tak wygląda okres wrzesień-listopad w zestawieniu z lipcem-sierpniem.

19-Wyniki-sprzedazy-FinNinja-4-miesiace

Flauta! Okres bez wiatru w żaglach – chciałoby się powiedzieć. Ja jednak byłem bardzo zadowolony.

Wrzesień był dla mnie okresem kompletnej niemocy twórczej. Czasem, w którym nie radziłem sobie z powrotem do pisania, a wręcz miałem do niego wstręt. Przez cały wrzesień na blogu ukazały się tylko dwa materiały, z których jeden był podcastem, a drugi poświęcony był 20-tej rocznicy ślubu z Gabi. W żaden dodatkowy sposób nie promowałem książki, nie wysyłałem mailingów, w których zachęcałbym do jej zakupu. Nastąpiła cisza. A pomimo tego sumaryczne przychody z “Finansowego ninja” we wrześniu wyniosły aż 150 605 zł i to pomimo podwyższenia cen pakietów oraz wprowadzenia opłaty za wysyłkę.

Ten okres wrześniowej ciszy miał także swój ukryty cel. Jako, że nikt w Polsce nie robił wcześniej tego co ja (w taki sposób, abym mógł porównać to z moimi rezultatami), to zależało mi na zobaczeniu jak będzie wyglądała tzw. organiczna sprzedaż, czyli jaki będzie przychód i ile egzemplarzy sprzeda się bez żadnej promocji i podkręcania wyniku. W moich ograniczonych założeniach sprzedaż po premierze na poziomie 30 tys. zł miesięcznie uważałbym za całkiem zadowalającą. Rezultat był dużo lepszy niż spodziewany.

W październiku zacząłem już częściej pisać. Podzieliłem się z Wami także doświadczeniami z mojej niemocy “Jak sobie radzę, gdy dopada mnie marazm i nie idzie mi praca?”. Ciepłe słowa, które od Was otrzymałem, pomogły mi wrócić do formy. Efekt? 4 wpisy w miesiącu i przychód ze sprzedaży ok. 169 tys. zł.

Listopad to pierwszy miesiąc weny twórczej od czasu ukończenia książki i 5 wpisów na blogu. Jeszcze około 20 listopada sprzedaż wydawała się być istotnie mniejsza (moje prognozy wskazywały, że miesiąc ma szansę zamknąć się na poziomie 135 tys. zł), ale 29 listopada mieliśmy Dzień Darmowej Dostawy, którego rezultat był dla mnie kompletnym zaskoczeniem:

  • Sprzedaż wyniosła aż 84 tys. zł i złożyliście ponad 1000 zamówień.
  • Tego dnia osiągnąłem lepszy rezultat niż w dniu otwarcia przedsprzedaży książki!
  • DDD był jednocześnie drugim najlepszym dniem sprzedaży w całej historii. Pierwsze miejsce należy do dnia oficjalnej premiery książki – 26 sierpnia = 103 tys. zł.

Całkowite przychody ze sprzedaży w listopadzie wyniosły ok. 220 tys. zł. Oczywiście z mojej perspektywy DDD nie jest wcale aż tak fajny, bo jednak darmowa wysyłka książki znacząco podwyższa moje koszty. Niemniej jednak świetne rezultaty sprzedaży uzasadniają według mnie pokrycie kosztów wysyłki. DDD pokazało mi także, jak krytyczne znaczenie w łącznej cenie mojego produktu ma koszt dostawy wynoszący “zaledwie” 15 zł.

20-Wyniki-sprzedazy-FinNinja-listopad

Całkowity zysk z “Finansowego ninja”

No to pora złożyć te wszystkie elementy w całość i ostatecznie policzyć zysk osiągnięty na książce “Finansowy ninja”:

21-Zysk-FinNinja-5-miesiecy

Podsumowując: przez 5 miesięcy sprzedaży całkowite przychody wyniosły 1 653 676 zł. Już po odjęciu wszystkich kosztów dochód przed opodatkowaniem wyniósł 1 181 781 zł.

Licząc kwotę czystego zysku “na rękę” byłem bardzo konserwatywny, tzn. odliczyłem pełny podatek dochodowy (rozliczam się podatkiem liniowym), który powinienem zapłacić oraz odjąłem także koszty dodatkowe w postaci darowizn na Pajacyka. Wypełniając deklarację “1 książka = 1 posiłek” przekazałem na konto PAH już 76 932 zł – kwotę umożliwiającą sfinansowanie 19 233 posiłków.

Finalny dochód “na rękę” po zaledwie 5 miesiącach wynosi więc ok. 880 tys. zł. Kwota w zupełności wystarczająca do zakupu Tesli, na którą ostrzę sobie zęby od dłuższego czasu. Ale spokojnie! Nie kupuję takiego luksusowego auta. Mam inne priorytety – ważniejsze niż mój hedonizm.

Jest jeszcze jeden aspekt, na który chciałbym zwrócić uwagę. Może wydawać się, że mało kto może zainwestować ponad 400 tys. zł brutto w swoją książkę. Tak naprawdę jednak wcale nie musiałem mieć większości tych pieniędzy.

Do dnia rozpoczęcia przedsprzedaży (1 lipca) wydałem “zaledwie” 23 536 zł. Kolejne koszty pojawiały się już po tym, gdy osiągałem przychody. Sposób rozliczania z firmą Blue Media, która obsługuje Wasze płatności, jest niesamowicie wygodny – kolejnego dnia roboczego otrzymuję na konto firmowe przelew z utargiem z poprzedniego dnia pomniejszonym o koszty obsługi transakcji. W efekcie już 2 lipca miałem na koncie kwotę trzykrotnie przekraczającą poniesione wcześniej nakłady. Sam druk książki zamawiałem tydzień później i dopiero wtedy musiałem zapłacić konkretną zaliczkę na poczet zakupu papieru przez drukarnię. Za skład rozliczyłem się dopiero pod koniec sierpnia. Największe koszty pokryłem więc już z bieżących przychodów z przedsprzedaży.

To kolejny argument przemawiający za tym, aby jak najwcześniej rozpocząć sprzedaż swojego produktu. Zresztą doskonale to widać na wykresie cashflow projektu “Finansowy ninja”:

22-Cashflow-projektu-Finansowy-ninja

Zielone słupki to przychody, czerwone to koszty a niebieska linia to cashflow. Duże koszty we wrześniu, to rozliczenie wydatków na dodruk książki oraz olbrzymiej wysyłki w okolicy premiery – nadaliśmy wtedy około 10 tys. paczek z książkami. Dla jasności: pokazana tu krzywa cashflow nie uwzględnia podatków oraz darowizn na rzecz Pajacyka. Pierwsze przelewy z tego tytułu wykonałem w sierpniu (Pajacyk) oraz w październiku (podatki rozliczam kwartalnie).

Struktura sprzedaży i liczba egzemplarzy

Dotychczas widzieliście dane zagregowane. Warto jednak bliżej przyjrzeć się samej strukturze sprzedaży – a w szczególności temu, jak kolosalne znaczenie dla rentowności projektu miało zaoferowanie pakietów w różnych cenach.

Tu także wyróżnić trzeba dwa okresy sprzedaży:

  • Przedsprzedaż, gdy można było nabyć książkę za 69,90 zł, pakiet książkę + ebooki za 99,90 zł oraz pakiet z kursem za 199,90 zł. Dodatkowo pod koniec lipca można było także nabyć sam ebook za 49,90 zł.
  • Sprzedaż po premierze, gdy ceny wynosiły odpowiednio 69,90 zł (+ koszt wysyłki) za książkę, 129,90 zł za pakiet i 299,90 za pakiet z kursem. Cena ebooka wzrosła do 59,90 zł.

W okresie przedsprzedaży proporcje liczby sprzedanych sztuk poszczególnych wariantów produktów prezentowały się następująco:

23-Pakiety-FinNinja-lipiec-sierpien

Uczciwie mówiąc spodziewałem się, że najchętniej kupowaną opcją będzie pakiet za 99,90 zł. Obiektywnie był on najbardziej “wypasiony” – książka papierowa + dwa różne ebooki. Liczyłem na to, że to on stanowić będzie 60% sprzedaży, sama książka 30% a pakiet z kursem – około 10%. Pomyliłem się. Proporcje były odwrotne – samą książkę kupowało ok. 60% nabywców a pakiet – około 25%. Co do sprzedaży najdroższego pakietu z kursem – w zasadzie rzeczywistość odpowiadała przewidywaniom. 8–9% to bardzo dobry i oczekiwany wynik.

Widać jednak wyraźnie, że ebook stał się dosyć popularną opcją – zwłaszcza we wrześniu, gdy różnica pomiędzy jego ceną (49,90 zł) a ceną książki z wysyłką (84,90 zł) zaczęła być naprawdę istotna. Nie ukrywam, że było to przyczyną do podwyższenia ceny ebooka do 59,90 zł co nastąpiło we wrześniu w zasadzie bez żadnej zapowiedzi. Było to jednak zgodne z moją deklarowaną polityką, że “ceny u mnie wyłącznie rosną”. Jak widać na poniższych wykresach polityka ta przyniosła pożądany efekt i w październiku ebook miał już mniejszy udział w sprzedaży.

Osobiście nadal nie widzę powodu, dla którego ebook miałby być tańszy od “Finansowego ninja” na papierze. Szczerze mówiąc zastanawiam się nad podwyższeniem jego ceny do 69,90 zł i tym samym zwiększenia przesłanek do zakupu pakietu obejmującego książkę papierową i ebooka.

24-Pakiety-FinNinja-wrzesien-pazdziernik

To co można zaobserwować w okresie sprzedaży po premierze to radykalny spadek udziału pakietów w ogólnej sprzedaży. Widać, że podwyżka cen i przekroczenie poziomu 100 zł, znacząco ograniczyło sprzedaż.

Czy mnie to martwi? I tak i nie. Priorytetem było i jest nadal systematyczne opróżnianie magazynu z książki papierowej, na której osiągam jako self-publisher wysoką marżę. Poza tym sam uważam, że książka na papierze ma największą wartość i w tym przypadku jest najwygodniejsza do konsumowania. Zbyt wiele jest w niej wykresów, tabelek, ramek itp., aby dało się ją naprawdę wygodnie czytać w formie ebooka.

25-Pakiety-FinNinja-listopad

Dlatego tak bardzo cieszy mnie sprzedaż listopadowa. Wnioskuję, że w tym miesiącu na dobre rozpoczęła się druga fala zakupów, gdy pierwsi nabywcy, po przeczytaniu książki, zdecydowali na zakup kolejnych na prezenty.

Liczba egzemplarzy to jedno. Kluczowe jest to, jak poszczególne warianty produktowe przekładają się na realną wysokość przychodów ze sprzedaży. Dobrze pokazuje to poniższy wykres podsumowujący wyniki za cały okres od 1 lipca do 30 listopada 2016 r.:

26-Egzemplarze-a-przychody-FinNinja

Jak widać najdroższy pakiet, który stanowił zaledwie 6% całkowitej liczby zamówień, odpowiadał tak naprawdę za 15% przychodów ze sprzedaży. Z kolei najtańszy ebook pomimo, że “sztukowo” zbliżał się do 10% to tak naprawdę przełożył się na zaledwie 6% przychodów ze sprzedaży. A gdybym uwzględniał tak naprawdę kwoty netto a nie brutto, to stanowiłby mniej niż 5% przychodu netto. Klasyczny przykład tego, że ilość nie przekłada się na jakość.

Poniżej znajdziecie szczegółowe zestawienie sprzedaży zarówno pod względem liczby sprzedanych egzemplarzy w poszczególnych wariantach i miesiącach, jak i wygenerowanego przychodu. Każdą z grafik wystarczy kliknąć, aby powiększyć na cały ekran.

27-Sprzedane-egzemplarze-FinNinja-szczegolowo

28-Przychod-FinNinja-szczegolowo

Najbardziej popularne kanały płatności

Przed wyborem systemu do obsługi płatności internetowych zastanawiałem się na ile ważna jest obsługa poszczególnych kanałów, którymi mogą płacić Klienci. W dużym uproszczeniu najważniejsze są trzy metody płacenia:

  1. Szybkie płatności internetowe – bezpośrednio logując się do banku (PBL).
  2. Karty bankowe – Visa, Mastercard.
  3. Tradycyjny przelew bankowy – ta metoda sprawdza się wtedy, gdy bank nie udostępnia metody PBL lub gdy klient nie ma konta i karty i płaci za książkę, np. poprzez pocztę lub inny punkt pobierania opłat.

Tajemnicą poliszynela jest, że firmy obsługujące płatności pobierają prowizję w różnej wysokości za obsługę poszczególnych kanałów płatności. Zazwyczaj prowizje za płatności kartami są wyższe od kosztów obsługi szybkich płatności internetowych.

Dosyć powszechna jest opinia, że w Polsce koniecznie trzeba w sklepie internetowym umożliwiać obsługę pierwszej metody płatności, bo to właśnie ją wybiera większość klientów. Okazało się, że to prawda – około 75% zamówień opłaconych zostało poprzez szybkie płatności internetowe. Kartami bankowymi opłacono 18% zamówień. Stosunkowo wysoki był także udział BLIK-a, którym posłużyliście się do opłacenia 4,4% wszystkich transakcji.

W przypadku tradycyjnych przelewów bankowych nie chciałem, aby płatności wpływały bezpośrednio na moje konto firmowe. Tworzyłby to niebezpieczny wyłom w procedurze obsługi całego procesu transakcji w sklepie internetowym i wymagałby ręcznego oznaczania statusów płatności. Tego chciałem uniknąć. To dlatego wolę, aby płatność wpływała na konto firmy Blue Media obsługującej płatności, pomimo, że ponoszę z tego tytułu prowizję. Niemniej jednak cały proces jest wtedy zautomatyzowany. Dane o zapłacie trafiają do sklepu internetowego, który automatycznie oznacza zamówienie jako opłacone, wysyła stosowne maile itd. Więcej szczegółów o tym “flow” napiszę w artykule o zapleczu technologicznym #FinNinja.

Poniżej zamieszczam szczegółowe zestawienie liczby transakcji dla każdego kanału płatności oraz ich udział procentowy w sumarycznej liczbie opłaconych zamówień. Dotychczas nie znalazłem w polskim internecie wiarygodnych zestawień tego typu. A szkoda, bo wiem, że coś takiego znacząco ułatwiłoby mi decyzję o wyborze metod płatności i pomogłoby w negocjacjach. Przykładowo: wiedząc to, co wiem teraz, cisnąłbym szczególnie na obniżenie prowizji dla transakcji opłacanych z mBanku.

29-Kanaly-platnosci-FinNinja

Przyzwyczajenia płatnicze Polaków powodują, że praktycznie nie ma co myśleć o wdrażaniu zagranicznych platform sklepowych. Osobiście chętnie korzystałbym z takich produktów jak ClickFunnels albo SamCart, ale niestety nie obsługują one polskich pośredników płatności i nie umożliwiają także samodzielnego napisania bramek płatniczych. Tym samym przedsiębiorcy internetowi w zasadzie skazani są na obsługę sklepów przez krajowe platformy albo “samoróbki” typu Easy Digital Downloads (EDD), które trzeba samodzielnie utrzymywać. Ten wątek również rozwinę we wpisie o zapleczu technologicznym self-publishingu.

Zwroty i powracający klienci

Jest jeszcze jedna metryka, która dużo mówi o tym, na ile klienci zadowoleni są z mojej książki. W przypadku sprzedaży wysyłkowej, każdy nabywca ma prawo odstąpić do zakupu w ciągu 14 dni od dnia otrzymania produktu. W praktyce z prawa tego korzystacie bardzo rzadko, co niesamowicie mnie cieszy.

Do końca listopada złożyliście 18 654 zamówień na książkę. Zwrotu pieniędzy dokonałem tylko w 67 przypadkach, z których blisko połowa dotyczyła… zmiany zamówienia na droższy pakiet, np. rozmyśliliście się i zamiast samej książki papierowej, decydowaliście się na zakup pakietu z ebookami lub pakietu z kursem. Żeby mieć porządek w papierach i w magazynie, nie prosiłem w takim przypadku o częściowe dopłaty, lecz dokonywałem zwrotu całej wartości zamówienia, anulowałem je i prosiłem o złożenie i opłacenie nowego. Chociaż z perspektywy klienta może to być mniej wygodne rozwiązanie, to jednak upraszcza cały proces po mojej stronie. Magazyn nie musi się zastanawiać nad tym o ile skorygować wystawione już faktury i ile różnicy w cenie doliczyć. Znacząco upraszcza to też raportowanie wyników sprzedaży – zamówienia nie są “częściowo zrealizowane” lub “częściowo zmienione”. Po prostu albo zamówienie jest “zrealizowane” albo “zwrócone”. Takich przypadków jest na tyle mało, że nie ma sensu przygotowywać na nie oddzielnej procedury postępowania i komplikować sobie papierkologii. Prostota przede wszystkim. 🙂

Reasumując: skala zwrotów książki “Finansowy ninja” wynosi zaledwie 0,36% wszystkich zrealizowanych zamówień. I dobrze byłoby gdyby systematycznie malała.

Z drugiej strony nie brakuje klientów, który złożyli więcej niż jedno zamówienie. Na dzień 9 grudnia na 19 743 opłaconych zamówień mam w bazie 18 954 unikalnych adresów email nabywców książki, co oznacza, że 789 osób złożyło więcej niż jedno zamówienie. Oznacza to, że 4% klientów powróciło, by kupić kolejny egzemplarz książki. I to jest taka metryka, której dzisiaj nie potrafię zinterpretować. Nie wiem czy to dużo czy mało. W moim subiektywnym odczuciu, w okresie przedświątecznym, wskaźnik ten mógłby być wyższy. Dla mnie oznacza to tylko jedno: muszę zintensyfikować swoje działania skierowane do dotychczasowych zadowolonych nabywców książki i zachęcić ich do zakupu #FinNinja na prezenty.

Ile musiałbym sprzedać z wydawcą, aby zarobić tyle samo?

Myślę, że moje wyniki sprzedażowe najlepiej przekonują dlaczego self-publishing był dla mnie najlepszym możliwym sposobem na wydanie książki. Przypuszczam, że nie ma takiego mocnego, który dzisiaj zapewniałby mnie, że lepiej byłoby, gdybym wydał #FinNinja z tradycyjnym wydawcą.

Na sensowność takiego pomysłu można także spojrzeć z innej perspektywy. Mam w swoim arkuszu taką metrykę, która cały czas utwierdza mnie w przekonaniu o tym wyborze. Na bieżąco liczę ile egzemplarzy musiałby sprzedać tradycyjny wydawca, abym mógł zarobić tyle samo pieniędzy “na rękę” ile zarobiłem wydając książkę samodzielnie. Dane są miażdżące:

30-Ile-musialby-sprzedac-wydawca-69

Zakładając, że wydawca zapłaciłby mi standardowe 10% od ceny netto każdego egzemplarza, to mógłbym liczyć, że za sprzedaż książki kosztującej 69,90 zł (66,57 zł netto) otrzymam 6,66 zł. Uwzględniając, że od takiego zarobku muszę zapłacić podatek dochodowy i że jako przedsiębiorca płaciłbym podatek liniowy 19%, to kwota zarobku “na rękę” wyniosłaby 5,39 zł za egzemplarz.

Dzieląc kwotę moich zarobków netto = 880 310 zł przez 5,39 zł otrzymamy liczbę sztuk, które musiałby sprzedać wydawca = 163 254 egzemplarze. Tak! Wydawca musiałby sprzedać aż 163 tys. egzemplarzy “Finansowego ninja”, abym ja mógł zarobić na współpracy z nim tyle, ile zarobiłem sam do końca listopada.

Dodam, że żaden z wydawców, z którym rozmawiałem, nawet w marzeniach nie zakładał sprzedaży 100 tys. sztuk. Żaden z nich nie chciał mieć także książki za 69,90 zł. Gdyby książka miała kosztować tak jak mi sugerowano “max 50 zł”, to sprzedaż musiałaby wynieść aż 228 tys. egzemplarzy!

31-Ile-musialby-sprzedac-wydawca-50

Oczywiście w przypadku współpracy z tradycyjnym wydawcą nie mógłbym sobie także pozwolić na wspieranie w takim stopniu Pajacyka, a także sfinansowanie programu “Biblioteka 500+”.

Lejek sprzedażowy

Na koniec jeszcze dla porządku informacje o tym, jak liczba zamówień ma się tak naprawdę do liczby odwiedzin mojego bloga w okresie ostatnich pięciu miesięcy. Podaję dane policzone przez Google Analytics:

  • 1 066 651 UU (unikalnych użytkowników) odwiedziło mojego bloga w od 1 lipca do 30 listopada 2016 r.
  • 118 280 UU weszło na stronę FinansowyNinja.pl = 11% odwiedzających bloga, przy czym jest to informacja przekłamana, bo na stronę sprzedażową wchodzą też osoby, które nie odwiedziły bloga lecz po prostu szukały informacji o książce w Internecie.
  • 33 126 UU weszło na stronę sklepu = 3,1% odwiedzających bloga i 28% osób wchodzących na stronę FinansowyNinja.pl.
  • 18 654 osób opłaciło złożone zamówienie = 1,7% odwiedzających bloga i 56% wchodzących na stronę sklepu.

Podstawowe wnioski:

  • Tylko co dziesiąta osoba odwiedzająca bloga przeszła na stronę sprzedażową “Finansowy ninja”.
  • Tylko co czwarta osoba oglądająca stronę sprzedażową przeszła do sklepu, w którym sprzedaję książkę.
  • Co druga osoba będąca już w sklepie – dokonała zakupu.

Kluczowe z mojej perspektywy jest zwiększenie liczby osób odwiedzających stronę FinansowyNinja.pl, a także poprawienie współczynników konwersji na poszczególnych etapach, czyli spowodowanie żeby jak najwięcej osób chciało złożyć i opłacić zamówienie.

Kosztowna pomyłka wydawcy

Trzy lata temu już kilka tygodni przed Gwiazdką nigdzie nie można było kupić książki Michała Kędziory – Mr Vintage – “Rzeczowo o modzie męskiej”. Wydawca nie przewidział skali zainteresowania i nie wyrobił się z dodrukiem.

W tym roku to ja mam podobny problem. Widzę jak z dnia na dzień topnieje stan magazynowy i już wiem, że “Finansowego ninja” zabraknie dla wszystkich chętnych. Może za tydzień a może już jutro. Znowu potwierdza się, że większość chętnych zostawia zakupy prezentów na ostatnią chwilę. Dzienne wykresy sprzedaży w tym okresie po prostu wariują.

Zamówiłem już dodruk, ale przyjedzie do magazynu dopiero w połowie stycznia. Lojalnie więc uprzedzam, że książki się kończą i warto się pospieszyć. Jak ich zabraknie, to ich nie wyczaruję. Przepraszam. Taka sytuacja…

KUP KSIĄŻKĘ PÓKI JESZCZE JEST 🙂 →

PS: gdy bieżący nakład się wyczerpie, to wstrzymam na jakiś czas sprzedaż, zmienię informację o dostępności książki na 15 stycznia i otworzę sprzedaż ponownie, przy czym na książkę będziecie musieli poczekać.

Podsumowanie, czyli kilka słów końcowych

Ten wpis jest bardzo obszerny. W chwili obecnej widzę na liczniku ponad 15 tys. wyrazów i 108 tys. znaków – na papierze byłoby to około 50–60 stron, czyli 1/10 książki “Finansowy ninja”. Jeśli dotarliście aż tutaj, to serdecznie gratuluję. 🙂

Zależało mi na jak najdokładniejszym przedstawieniu kluczowych informacji dotyczących aspektów sprzedażowych. Jeśli jednak będziecie mieć jakiekolwiek pytania, to zapraszam do ich zadawania w komentarzach. Chciałbym z tego i kolejnych wpisów stworzyć kompendium, które będzie obszernym przewodnikiem po świecie samodzielnego wydawania książek i realną pomocą dla osób, które chciałyby zarabiać na pisaniu i wydawaniu książek.

Jestem przekonany, że “Finansowy ninja” już teraz dobitnie udowodnił, że także w polskich warunkach możliwy jest sukces self-publishingu. Że nie jest to tylko “amerykański sen” i że można – oczywiście przy założeniu wcześniejszego zbudowania swojego audytorium – z powodzeniem żyć z pisania samodzielnie wydawanych książek.

Tak jak mówiłem i pisałem wcześniej – w moim przypadku “Finansowy ninja” jest fundamentem, na którym zamierzam zbudować cały dom. W moich notesach mam szkice kolejnych książek dotyczących szeroko rozumianych finansów osobistych, realizacji wieloletniego planu finansowego oraz skutecznego zabezpieczenia finansowego swoich najbliższych. Posiadanie bezpośredniego kontaktu do blisko 20 tys. nabywców #FinNinja jest czymś, co bardzo pozytywnie nastraja mnie na przyszłość.

Jednocześnie, podobnie jak dotychczas, chcę się z Wami dzielić kulisami moich działań. Pokazywać nie tylko efekty, ale również działania, które umożliwiły osiągnięcie takiego sukcesu. Autentycznie czasami mam bardzo dość, gdy widzę, w jaki sposób niektórzy “bunkrują się” ze swoją wiedzą. Ja wierzę, że wszyscy możemy skorzystać na tym, że się nią wymieniamy i że w dłuższym rozrachunku niczego nie tracę dzieląc się tym co wiem. Jeśli widzicie jakieś miejsca, w których można usprawnić moje działania – będę wdzięczny za informację zwrotną. Nie jestem alfą i omegą. Popełniam masę błędów, o których przeczytacie także w kolejnych artykułach z tego cyklu. Staram się jednak na bieżąco uczyć, wyciągać wnioski i korygować swoje działanie tam, gdzie uznaję że warto.

Mam nadzieję, że ten wpis uświadomił Wam, jak duży ogrom pracy – także koncepcyjnej – czeka każdego, kto chciałbym przekuć premierę samodzielniej wydawanej książki w realny sukces. A zapewniam, że ten wpis to tylko wycinek i skromne podsumowanie. Nie pisałem praktycznie wcale o wątpliwościach, które pojawiają się na tej drodze – zwłaszcza, gdy przechodzi się nią pierwszy raz. Samodzielne publikowanie książek jest trudne i wymaga dużo pracy. Niemniej jednak uważam, że warto podjąć się tego wysiłku o ile macie już zbudowane audytorium i głowę na karku. Nadal uważam, że największą pracę nad książką wykonuje jej autor i to on powinien być głównym beneficjentem jej sukcesu. Niestety w tradycyjnym modelu wydawniczym wcale tak nie jest.

Przed jednym chcę Was jednak już teraz przestrzec. Wydawcy i osoby, którym zależy na zachowaniu status quo, będą dyskredytować to co osiągnąłem mówiąc “Michał Szafrański jest wyjątkiem”. Jeśli myślicie o wydaniu własnej książki, to nie dajcie się zwieść w tak prosty sposób! To oczywiste, że wydawcy zawsze będą Wam wmawiać, że lepiej współpracować z nimi. W końcu walczą o swoje być albo nie być. Jestem święcie przekonany, że pokazanie przeze mnie kulis sprzedaży “Finansowego ninja” jest im mocno nie na rękę. Nie bez powodu kryją się ze wszystkim – przykładowo od wielu wydawców nigdy nie dowiecie się ani jaki nakład miała konkretna książka, ani ile wynosiła jej sprzedaż i ile zwrotów zalega w ich magazynach. Coraz częściej za to wydawcy proponują początkującym autorom… samodzielne sfinansowanie druku książki! Przerzucają w ten sposób całe ryzyko na autora, pozbawiając go jednocześnie większości zysków w przypadku, gdyby książka okazała się sukcesem. Odradzam wchodzenie w takie współprace. Skoro macie ryzykować, to lepiej to robić na własny rachunek.

Liczcie, kombinujcie, walczcie o swoje. Szukajcie swojego miejsca i swojego sposobu na to, jak wydać i zarobić na swojej książce. To prawda, że nie każdy powinien być self-publisherem, ale jeszcze większą prawdą jest, że dużo więcej osób niż obecnie może z powodzeniem wydawać książki samodzielnie. Internet jest świetnym sposobem docierania do potencjalnych klientów i zapewne potraficie go używać lepiej niż tradycyjni wydawcy. Jestem też przekonany, że w promocję własnej książki włożycie dużo więcej energii i serca niż jakikolwiek z wydawców.

To prawda, że jako autor możecie nie osiągnąć tak spektakularnych rezultatów jak moje, ale z drugiej strony – nawet 10% tego co udało mi się wypracować byłoby zapewne bardzo satysfakcjonującym wynikiem dla wielu autorów. To jest warte przynajmniej solidnego przeliczenia i przemyślenia. I tego właśnie Wam życzę. W kolejnych wpisach dostarczę Wam garść pomysłów jak ogarnąć aspekty technologiczne oraz promocję.

Na koniec mam dużą prośbę: podajcie proszę ten wpis dalej. Chciałbym, aby dotarło do niego jak najwięcej potencjalnych autorów. Wierzę, że może to mieć zbawienne skutki dla stanu ich portfeli.

Cykl “Jak samodzielnie wydać książkę”

Ten artykuł inauguruje szczegółową analizę sukcesu self-publishingowego, jakim niewątpliwie jest książka “Finansowy ninja”. Całość składać się będzie z następujących wpisów:

  1. Sprzedaż – ten wpis.
  2. Promocja i marketing – moje założenia, strategia, jak nad nimi pracowałem, co się sprawdziło a co nie. Konkretne efekty działań.
  3. Technologia – sklep, automatyzacja, logistyka (pakowanie i wysyłki). Jak to przygotowywałem, ile kosztowało czasu i pieniędzy, typowe i nietypowe problemy, konfiguracja i integracja wszystkiego. Co było gotowe a co musiałem “dorobić”.
  4. Pisanie – moje błędy i rzeczy, które były OK, podpowiedzi i porady dotyczące organizacji całego procesu + narzędzia.
  5. Przygotowanie książki i druk – redakcja, korekta, skład, okładka, kryteria wyboru drukarni, wyzwania, problemy, harmonogram, parametry jakościowe książki, cały proces “od kuchni”.

Case study uzupełniają opublikowane już wcześniej materiały na blogu (część ukazała się jeszcze w toku prac nad książką):

"Finansowy ninja" - podręcznik finansów osobistych

Finansowy ninjaMożna już zamawiać moją książkę "Finansowy ninja". To ponad 540 stron praktycznej wiedzy o oszczędzaniu, zarabianiu, optymalizacji podatkowej, negocjowaniu i inwestowaniu, które pomogą Ci zostać prawdziwym finansowym ninja i osiągnąć bezpieczeństwo finansowe.

Przewodnik po finansach osobistych, który każdy powinien przeczytać jeszcze w szkole.

PRZEJDŹ NA STRONĘ KSIĄŻKI →

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach o oszczędzaniu pieniędzy. Nie ujawnię nikomu Twojego adresu!



{ 149 komentarzy… przeczytaj komentarze albo dodaj nowy komentarz }

Bartek Popiel Grudzień 12, 2016 o 10:28

Genialne opracowanie! Co nie co wiedziałem z wystąpienia na Smok Blog, ale to opracowanie jest niesamowite. Podziwiam Twoją skrupulatność.

Przy okazji:
Patrzę na rubrykę „Podatek – 19% – 224 538,37 zł ” – wiem, że to nie było jednorazowo, ale chyba serce aż krwawi, gdy taki przelew trzeba zatwierdzić.

Odpowiedz

Arnold Buzdygan Grudzień 12, 2016 o 12:04

Optymalizacja podatkowa to jest właśnie jedna z rzeczy, której zabrakło w tym całym interesie.
Uprzedzając – już kiedyś rozmawiałem z autorem na ten temat i mówił, że chce tutaj płacić podatek. Jednak ja się z tym nie zgadzam – nie powinno się finansować reżimu jeśli można legalnie inaczej.

Odpowiedz

Ja Grudzień 12, 2016 o 23:36

Reżimu. LOL 😀

Odpowiedz

Marek Grudzień 13, 2016 o 10:03

heh… pesymiście na pewno krwawi, optymista powie: „super! 4x tyle zostalo mi w kieszeni…” Dobra robota Michał! Pozdrawiam

Odpowiedz

Rocky Grudzień 17, 2016 o 21:59

Niesamowite sprawozdanie i opowieść o Twoi sukcesie. Wspaniale to opisałeś! Gratuluję sukcesu oraz zysków, jakie zanotowałeś dzięki swojej wiedzy i skrupulatności

Odpowiedz

Szymon Grudzień 12, 2016 o 10:39

Robi wrażenie 🙂 Pomysł z przedstawieniem całego projektu „od kuchni” wraz ze wszystkimi danymi, których nie widać na pierwszy rzut oka – rewelacja! Mam nadzieję, że wpis ten będzie również pełnić rolę edukacyjną. Odnoszę wrażenie, że dla wielu osób chcących osiągnąć sukces w życiu napisanie własnej książki jest najkrótszą drogą do sięgnięcia po status „eksperta”. Tymczasem Twój przypadek pokazał, że właściwa droga jest dokładnie odwrotna – najpierw cierpliwie pracuję i zdobywam zasłużone uznanie, a książka jest tylko kolejnym etapem i sposobem na dotarcie do stałych jak i nowych czytelników. Nie byłoby tego sukcesu, gdyby nie lata tytanicznej pracy, jaką włożyłeś w pisanie bloga i dostarczanie swoim czytelnikom jak najbardziej wartościowych treści. Dokładnie tak, jak mówi Gary Vaynerchuk – work hard and be patient 🙂 Jeszcze raz gratulacje! Mam nadzieje, że wiele osób pójdzie Twoimi śladami, zrozumiawszy, że droga na skróty nie istnieje.

Odpowiedz

Małgorzata Grudzień 12, 2016 o 10:40

Michał,
WOW.
Będę analizować ten wpis, bo faktycznie jest kopalnią przemyśleń i wiedzy. Myślę, że przetrzesz ścieżki wielu autorom, którzy bezskutecznie próbują swoich sił tradycyjną drogą.
Ja wydałam swoją książkę w 2013 roku sama, z tych samych względów co Ty. Co prawda sprzedaż wyniosła ułamek tego co u Ciebie ( ok. 2 tyś egzemplarzy), ale to i tak pozwoliło mi zarobić cokolwiek. Nietrudno policzyć, że przy tradycyjnym modelu sprzedaży mogłabym liczyć w porywach na 5-6 tyś złotych netto. Ja działałm zupełnie po omacku,intuicyjnie, nie miałam przedsprzedaży, mam mniejszy krąg odbiorców, ale także nigdy nie żałowałam tej decyzji.
Przestrzegałabym jednak innych potencjalnych autorów przed hura optymizmem.
Twój sukces jest niezaprzeczalny i fantastyczny, ale książka to jest tak naprawdę dość trudny produkt i trudno jest przewidzieć, która okaże sie hitem i czy faktycznie coś się na niej zarobi.

Sprzedaż na takim poziomie jak Twój to marzenie wielu autorów, ale nawet Ci hitowi, wydający tradycyjną ścieżką rzadko osiągają aż takie wyniki.
Tym większe gratulacje dla Ciebie.
Będę śledzić cykl, pozdrawiania.

Odpowiedz

piotr Grudzień 12, 2016 o 10:52

Niesamowite kompendium wiedzy! Wg mnie najbardziej bulwersujące jest stwierdzenie „że to wydawcy [DOJĄ] autorów” – to jest po prostu chore. Sprzedaż realnej wiedzy autora, która zawarta jest w książce, na poziomie kilku marnych procent… Dobrze że samodzielnie wydałeś książkę 🙂 A może jednak skusisz się na Teslę, ale nie z wypożyczalni? 🙂

Odpowiedz

Agnieszka Skupieńska Grudzień 12, 2016 o 11:07

Wielki szacun za podzielenie się wiedzą! Też mnie zawsze dziwi, że ludzie „bunkrują” się z tym, co wiedzą, zamiast dzielić się uwagami dla ogólnego pożytku.
To, że nie zdecydowałeś się wstawić swojej książki wydanej w self-publishingu dodatkowo do księgarni to dobry ruch. Ja swoją wstawiłam i obserwując sprzedaż na własnej stronie i w księgarniach (wprawdzie tylko internetowych, ale za to w kilkunastu największych) muszę powiedzieć, że w księgarniach sprzedaje się słabo. Dodatkowo nie mam wpływu na cenę ostateczną książki w internetowej księgarni (niestety taką podpisałam umowę), więc zdarza się, że księgarnie sprzedają moją książkę znacznie taniej niż ja na swojej stronie, a do tego z każdego egzemplarza, sprzedanego przez księgarnię, mam znacznie mniej niż wtedy, gdy sprzedaję sama. Kompletnie nieopłacalne.
Jasne, że Ty masz ogromną publiczność i zarobki 880 tysięcy porażają, ale przy mniejszej publiczności, promocji na mniejszą skalę i znacznie mniejszej sprzedaży, także można na książce zarobić i zapewnić sobie stały, miesięczny dochód.

Odpowiedz

Bratzacieszyciela Grudzień 12, 2016 o 11:12

Do autora: Jednak redaktorzy nie nauczyli jednego: Nigdy MI na początku zdania.
(‚Mi zależało jednak na promocji w mediach poza internetem.’ i nie tylko)

Odpowiedz

Michał Szafrański Grudzień 12, 2016 o 13:59

Hej,

Potwierdzam – redaktorzy niczego mnie nie nauczyli. 😀 Nie wiem jednak czy przyjmować porady od osób stawiających wielką literę po dwukropku i cytujących z apostrofami i przecinkami. 😉

Riposta zamierzona, ale bez cienia złośliwości. 🙂

Pozdrawiam

Odpowiedz

Bratzacieszyciela Styczeń 26, 2017 o 13:33

Błędy zamierzone, robione specjalnie. Żeby zobaczyć jak reaguje ktoś na wytknięcie prawdziwego błędu i czy się doczepi do niepoprawnego poprawiającego, który jednak ma rację.
Zawsze wytykam cytując przez apostrofy, a czasami podkreślam krzycząc WERSALIKAMI

Odpowiedz

Michał Szafrański Styczeń 26, 2017 o 13:45

Acha… w takim razie moje błędy też robione specjalnie żeby zobaczyć czy znajdzie się jakiś grammar-nazi. 😉

Odpowiedz

Mateusz Grudzień 12, 2016 o 11:14

Cześć Michał.
Czekałem na ten wpis od momentu, kiedy zapowiadałeś, że się pojawi. Cieszę się niezmiernie, że nie skończy się tylko na jednym artykule w tym temacie, ponieważ interesuję się rynkiem wydawniczym.
Nie dlatego, że chciałbym zostać spijającym krew wydawcą, ale pisarstwo to moja pasja (od ponad 10 lat). W prawdzie jestem z rocznika 95′, więc bawiłem się w to od wczesnego dzieciństwa, ale mam już materiał na książkę, z którym chodzę po wydawcach; szukam sensownych rozwiązań i może wkrótce to zaprocentuje.

Twój artykuł otwiera mi oczy na smutną prawdę o funkcjonowaniu polskiego rynku wydawniczego. Najbardziej szokujące była dla mnie obligatoryjna liczba sprzedanych egzemplarzy przez wydawnictwo, żeby dorównać Twojemu sukcesowi! WOW!
Każdy autor życzyłby sobie, żeby jego dzieło zostało sprzedane w 230 tysiącach egzemplarzy, ale z drugiej strony miałby świadomość faktu, że został „okradziony” ze swojej twórczości. Tak jak wspomniałeś, niektórzy wydawcy właśnie doją autorów.

No cóż, taki jest biznes. Mam tego świadomość i wielu rzeczy nie można przeskoczyć, ale nie trzeba też się z nimi zgadzać. Życzę Ci powodzenia i czekam na kolejne wpisy.

Mateusz.

P.S. Książka jest niesamowita. Przeczytałem jednym tchem, ale też skrupulatnie jej używam i wracam do tematów, które aktualnie przerabiam w głowie i w życiu.

Odpowiedz

Smoku Grudzień 12, 2016 o 11:16

Mega wpis!
Coś czuję, że cały cykl będzie dobrym materiałem na książkę „Self-publishing. Można? Można!”

Odpowiedz

Marta Kraszewska Grudzień 12, 2016 o 11:22

Naprawdę robi wrażenie. Cała praca nad wydaniem własnej książki plus napisanie to ogromny wysiłek wymagający zaangażowania. Jednak jak widać dla chcącego nic trudnego, chociaż nie da się ukryć, że potrzeba sporego nakładu środków na samym początku. Bardzo bardzo dokładnie opisany proces. Fascynujące! Dziękuję, że się tym dzielisz z innym. I serdecznie gratuluję!! Ja liczę, że mój Mikołaj już zakupił dla mnie egzemplarz i znajdę go pod choinką!

Odpowiedz

Bogusz Grudzień 12, 2016 o 11:26

Takiego właśnie wpisu potrzebowałem 🙂
Tylko się zastanawiam nad jednym – gdybyś uderzył do konkretnej sieci księgarni z propozycją, że dostaną np. 20% ze sprzedaży i zawartą w umowie klauzulą, że Twoja książka nigdy nie będzie sprzedawana poniżej ceny okładkowej (czyli będzie wyłączona z promocji typu „druga sztuka za 50%” lub „taniej o VAT”) to nie byłby to dodatkowy kanał sprzedaży?

Odpowiedz

Michał Szafrański Grudzień 12, 2016 o 13:53

Hej Bogusz,

Oj nie wiem czy nie odpowiadałbym wtedy za „zmowę cenową”. To może nie być takie proste jak się wydaje.

Pozdrawiam

Odpowiedz

Callipso Grudzień 12, 2016 o 17:25

Moim zdaniem Bogusz ma rację. O zmowie cenowej nie może być mowy.

Masz już potwierdzoną sprzedaż i nazwijmy to bestseller w swojej kategorii. Uderzając do Empiku czy Matrasa nie sprzedajesz im swojej książki. Raczej kupujesz miejsce na półce lub była by to umowa dystrybucji. Dostają prowizję od każdego sprzedanego egzemplarza ale nie mają wpływu na jego cenę. W tej chwili jesteś monopolistą i tak na prawdę uprawiasz zmowę cenową bo sam ze sobą ustaliłeś, że taniej nie sprzedasz:) To nawet Empik i Matras musiałby kupić po twojej cenie, a jeśli potem chciałby sprzedać ze stratą 50% czy 30% to już jego sprawa. ( każdy czytelnik też może wystawić twoją książkę na allegro za połowę ceny jak ma ochotę)

Dla Ciebie jest to atrakcyjne bo dotrzesz do zupełnie nowych ludzi nawet kosztem mniejszego zysku. Dla takiego Empiku łatwa marża na produkcie który ma potwierdzoną sprzedaż.

Jedyne w co wątpię czy było by to 20% 🙂

Odpowiedz

rsta Grudzień 13, 2016 o 11:46

Oj obawiam się, że z wielkimi sieciami nie ma tak dobrze. Znam je od podszewki. Jeśli jakiś produkt leży na półce np. Empiku, to znaczy, że aby go wynieść ze sklepu, musi on „przejść” przez kasę. Aby pomyślnie przejść przez kasę, to musi być w systemie. Aby być w systemie, musiał zostać wprowadzony na podstawie jakiegoś dokumentu np. faktury. A jeśli została na taki produkt wystawiona faktura, to oznacza, że produkt został kupiony przez Empik, a więc do Empiku należy i od tego momentu to Empik decyduje o tym co się z nim dzieje, chyba, że została wynegocjowana dodatkowa umowa w sprawie danego produktu. Oczekiwanie, że taki Empik będzie sprzedawał w cenach zgodnych z polityką autora jest niestety myśleniem życzeniowym. Polityka ma odzwierciedlać budżet i KPI.
I faktycznie, mogę potwierdzić to, co napisał Michał, że marże mają hmmm…. godne?

Odpowiedz

Tomasz Grudzień 26, 2016 o 15:24

Zamiast psioczyc na wydawcow i sieci, na te marze, nie pozostaje nic innego jak wybudowac wlasne centra logistyczne, poczukac i ponegocjowac lokalizacje w centrach handlowych (zobaczycie co to znaczy byc ,krwiopijca, i jak potrafia dymac CH ) skoro to takie proste. Sam autor bloga zauwazyl jaka czesc kosztu moze stanowic ,glupia siermiezna, wysylka. To poszukajcie informacji jak ksztaltuje sie czynsz w CH i jak jest kalkulowany… a potem wrocimy do narzekania na ,krwiopijcow, Szybko okaze sie, ze najwiekszym krwiopijca jest US. A przeciez na odprowadzeniu PIT sprawa sie nie konczy. Wystarczy teraz siegnac po DOCHOD, udac sie do pierwszego z brzegu sklpu i wnikliwie przyjrzec sie paragonowi…

Odpowiedz

Grzegorz Grudzień 13, 2016 o 12:32

Z punktu widzenia prawa, zapisanie w umowie z różnymi księgarniami, że książka nie może być sprzedawana poniżej określonej ceny, podchodzi pod zmowę cenową. Jest to zajęcie dla UOKiKu (zajmuję się jako prawnik między innymi takimi tematami).

Bezpieczniej już zrobić umowę, że księgarnie kupują po cenie np. 10% niższej niż okładkowa, sprzedają po ile chcą, a potem raz na kwartał/pół roku/w roku mają wypłacany zwrotny bonus uzależniony od wielkości sprzedaży. Z tym, że w takiej sytuacji też trzeba uważnie skonstruować umowę aby nie podpaść UOKiKowi.

Odpowiedz

Callipso Grudzień 13, 2016 o 22:27

Z pewnością nie jest to łatwy temat. Załóżmy przez chwilę, że obie strony mają wolę by się porozumieć.

Jeśli księgarnia kupiła by od Michała książkę po 100% i sprzedała po 100% to księgowo są na zero. Ta sama umowa mogła by przewidywać prowizję np 30% za każdy sprzedany egzemplarz w cenie minimum 100%. Tym sposobem Michał kontrolował by cenę. Wątpię by księgarnia chciała sprzedać książki ze stratą jeśli prowizja za sprzedaż jest od 100%. Jednocześnie księgarnia miała by łatwą prowizję bo książka ma potwierdzoną sprzedaż.

Księgarnia może złożyć zamówienie i na tej podstawie Michał dostarcza książki a faktyczne rozliczenie jest z opóźnieniem po faktycznej sprzedaży. Księgarnia nie wykłada złotówki (koszty ponosi Michał). Warunki zakupu są jak wyżej tylko odwrócona kolejność.

Co do zmowy cenowej nie może być mowy bo Michał jest autorem i monopolistą tej książki. Zmowa była by gdyby Michał sprzedał prawa autorskie np kilku księgarniom i one by się umówiły, że taniej niż X nie sprzedają. Ponieważ jest autorem i sam ją wydaje to może zaśpiewać nawet i 1000 zł za sztukę i nikomu nic do tego. Najwyżej nikt nie kupi. A najśmieszniejsze jest to, że puki są chętni to może podnosić cenę w nieskończoność. Traci jedynie kontrolę nad rynkiem wtórnym.

Michał, czy gdyby księgarnie zapłaciły ci twoją cenę (aktualna, z przed premiery) a jednocześnie potem mogły sprzedać wedle uznania, to poszedł byś w taki kanał sprzedaży? Czy zadowala cię sprzedaż internetowa i raczej nie planujesz eksploracji tego kanału sprzedaży?

Odpowiedz

Michał Szafrański Grudzień 14, 2016 o 11:50

Hej Callipso,

Od końca: każdy może kupić moją książkę i sprzedać w wyższych cenach. Na Allegro widzę „hurtownika”, który wystawił aukcje po 79,90 zł i widzę, że kilkanaście sztuk już sprzedał. Poza tym, że kradnie opisy objęte copyright, to jednak pokazuje, że można sprzedawać w wyższej cenie niż ja, jeśli się ma „lokalny” rynek / kanał sprzedaży.

Model z wstawianiem książek do księgarni i rozliczaniem po jakimś czasie – to jest model, którego mentalnie nie dopuszczam. Nie chcę sobie brać na głowę windykacji należności – nawet za cenę teoretycznie wyższych przychodów.

W kontrolę ceny przy szerokiej dystrybucji – nie wierzę – bez względu na to jakie będą zapisy w umowach. Jak miałbym niby weryfikować czy księgarnia rzeczywiście sprzedawała za 100% czy może za 85% zadowalając się marżą typu 15%? Ile to jest manualnej roboty przy rozliczeniach?

Pozdrawiam

Odpowiedz

Matis Grudzień 12, 2016 o 11:28

Dzięki Michał! Ten post to kopalnia, mega! Pozwoliłeś zaoszczędzić tym tekstem przede wszystkim masę czasu – osobiście, gdybym brał się za wydawanie książki teraz, to skopiowałbym u siebie w ciemno calutki proces jaki tu przedstawiłeś. Brawo!

Odpowiedz

Rafał Grudzień 12, 2016 o 11:28

Gratulacje, przeczytałem i jestem pod wrażeniem całokształtu, kompleksowości, Twojego podejścia do tematu i upartości w dążeniu do celu. Good luck i powodzenia.

Odpowiedz

Michał Grudzień 12, 2016 o 11:35

W czerwcu zeszłego roku na podobnych zasadach wydałem swoją drugą książkę („Noc patagonów”), w tym roku trzecią („Zapiski Hansa Heinricha”).

W moim przypadku na jednym egzemplarzu zarobek był 5-krotnie większy niż w przypadku debiutanckiej książki, która wydana została na innych zasadach.

Odpowiedz

Dawid Grudzień 12, 2016 o 11:55

Brawo Ty 🙂 Ja z podobnych pobudek wybrałem self publishing i mimo, że nie mam czasu na promocje książki (sprzedaje się głównie przez polecanie tych którzy już ją przeczytali) to już dawno zarobiłem więcej niżbym wydał ją z jakimś wydawnictwem 🙂

Odpowiedz

Ola Budzyńska Grudzień 12, 2016 o 12:02

Pamietam doskonale te chwile, gdy do mnie zaczęły zgłaszać się duże wydawnictwa z propozycją wydania książki.
Myślałam, że Pana Boga za nogi złapałam. Ale w międzyczasie wydałeś książkę, a mi się otworzyły oczy.
Na wiosnę wydaję samodzielnie 🙂

Odpowiedz

jasiek Grudzień 12, 2016 o 12:08

Zestawienie wolumenu przez różne kanały płatności jest niezwykle przydatną informacją – dzięki!

Odpowiedz

Paweł Grudzień 12, 2016 o 13:31

Ale, że nadal ktoś kupując przez internet puszcza przelew tradycyjny? 😉

Odpowiedz

Ola | Mikmok blog Grudzień 12, 2016 o 21:14

Ej, to nic nadzwyczajnego! Czasem tak robię, jak chcę zapłacić trochę później 😛

Odpowiedz

Artur Grudzień 12, 2016 o 22:14

Ja tak czasem robię z litości dla sprzedawcy – zwykle zaoszczędzi na prowizji.

Odpowiedz

Sosna Grudzień 13, 2016 o 13:25

Ja tylko wtedy, gdy opcja puszczenia przelewu jest tańsza, niż szybka płatność. Niektórzy sprzedawcy oficjalnie doliczają np. 1 zł do szybkiej płatności, np. mój dostawca usług hostingowych.

Odpowiedz

Kasia Pszonicka Grudzień 12, 2016 o 12:13

Przeczytałam! Od deski do deski!
Rozmawiałam już z kilkoma wydawnictwami o wydaniu książki, teraz rozmawiam z kolejnym (do którego jestem chyba najbardziej przekonana) i potwierdzam, że zrobienie tego interesu z nimi nie jest jakoś specjalnie opłacalne. Z tym, że akurat czeka mnie ciężki rok i mimo wszystko to rozważam. Bo albo z nimi, albo wcale – sama raczej nie dam rady, po prostu nie ogarnę tego czasowo. Ale zobaczymy!
W każdym razie dziękuję za tę serię, będę się wczytywać uważnie w kolejne odcinki! Może coś mnie w międzyczasie oświeci i uda mi się wydać książkę samodzielnie, kto wie 🙂

Odpowiedz

Krzysztof Bartnik Grudzień 12, 2016 o 15:37

Hej Kasiu, zapraszam do kontaktu ze mną! 🙂 Parę osób już przekonaliśmy do wydania książki samemu i mogę podpowiedzieć to i tamto na różnych etapach procesu LUB możemy wziąć cały ten proces na siebie. Kwestia dopracowania szczegółów 🙂

Odpowiedz

Alex Grudzień 13, 2016 o 01:16

Kasiu
Mogę Ci polecić rozmowę z Krzysztofem. Kiedy w 2013 przymierzałem sie do wydania własnej ksiązki, rozmowa z nim była bezcenna 🙂

Odpowiedz

Krzysztof Bartnik Grudzień 14, 2016 o 17:26

Dzięki Alex! Zawsze do usług:)

Odpowiedz

Kasia Pszonicka Grudzień 13, 2016 o 07:10

Krzysztof, dzięki! Oglądałam wczoraj Waszą stronę i faktycznie ofertę macie super kompleksową. Odezwę się pewnie w nowym roku, jak nie w kwestii tego projektu to innego 🙂

Odpowiedz

Adam Jankowski Grudzień 12, 2016 o 12:31

Pozwolę sobie zostawić jedynie komentarz okazujący zachwyt nad samą książką i małą sugestię dla początkujących autorów. Nie jest to kolejne tłumaczenie książki wydanej pierwotnie na rynek amerykański, ale książka z naszego podwórka napisana przez człowieka mieszkającego teraz i tutaj. Z konkretnymi przykładami i informacjami, jakich trudno szukać w innych tak rozbudowanych pozycjach. Niech to również będzie jeden z ważnych punktów dla przyszłych autorów – nie wystarczy ‚przeklepać’ czegoś co już wszyscy wiedzą w nowy sposób, aby odnieść sukces. Książka Finansowy Ninja jest fajna wizualnie (co może początkowo zwrócić uwagę, bo jak wiemy patrząc na okładkę nie znamy od razu jej treści), ale nawet gdyby była totalnym dnem jestem przekonany, że odniosła by podobny sukces ze względu na ogrom wartościowych treści jakie ze sobą niesie. Jestem dopiero w jej połowie, a już nie mogę się doczekać, aż ją skończę i zacznę czytać od nowa wdrażając krok po kroku przedstawiane tam pomysły.

Serdeczne pozdrowienia dla Autora! Świetna robota!

Odpowiedz

Remik Grudzień 12, 2016 o 12:54

Na wstępie chciałbym Ci bardzo pogratulować sukcesu, jakim okazała się Twoja książka i sposób jej wydania. Jestem pewien, że w kolejnych wpisach ukażą się również mniej przyjemne aspekty tego procesu, dlatego tym bardziej gratuluję odwagi i konsekwencji w dążeniu do założonych celów.
Co do wpisu i pomysłu na cały cykl to można na jego podstawie napisać kolejną książkę ;). Sam wpis jest bardzo dobry, rzetelny i klarowny (jak zawsze z resztą 🙂 ). Pojawiły się tutaj rzeczy, o których nawet nie pomyślałem zabierając się za jego czytanie. Dużą wartością jest to, że dzielisz się dokładnie szczegółami, a nawet personaliami osób współpracujących z Tobą, przy tworzeniu książki.

Jeszcze raz wielki gratulację, życzę dalszych sukcesów i czekam na kolejne wpisy 🙂

Pozdrawiam

Odpowiedz

Przemek Grudzień 12, 2016 o 12:55

Wow. Szacun za wynik i za samego posta. Dzięki za podzielenie się wnioskami :).

Odpowiedz

Anna Nadia Bandura Grudzień 12, 2016 o 12:58

Michale, dzięki za to opracowanie. Przeczytałam od początku do końca. W przyszłym roku wydaję swoją debiutancką książkę. Kilka dni temu zrezygnowałam ze współpracy z wydawnictwem (pióro już prawie podpisywało umowę) i nie ukrywam, że twoje posty i podcasty pomogły mi w podjęciu decyzji. 10% od ceny okładkowej, brak dobrej i przejrzystej komunikacji, wątpliwości odnośnie promocji książki sprawiły, że podjęłam decyzję o samodzielnym wydaniu swojego debiutu.

Ten wpis utwierdził mnie w przekonaniu, że warto postawić na self-publishing, a także dokładnie pokazał ile czeka mnie pracy. We wstępnych założeniach zamierzałam skupić się na pisaniu, a następnie zająć się wysłaniem całego materiału do redakcji, korekty i składu. Pomyślę nad wysyłaniem gotowych fragmentów książki do współpracowników, jeszcze w trakcie pisania. Największym wyzwaniem na ten moment wydaje się być kwestia pakowania i wysyłki książki.

Odpowiedz

Kuba Grudzień 14, 2016 o 16:05

Książka o podróży dookoła świata? 🙂
Dawno nie byłem na Twoim blogu.

Odpowiedz

Tomasz Grudzień 12, 2016 o 13:05

Hej Michał, gratuluję tak kompleksowego opracowania na temat self-publishingu. Konkretnie, z dużą liczbą cyfr. Bardzo ciekawe dane o udziale poszczególnych metod płatności. Faktycznie, pierwszy raz takie widzę – skutecznie zniechęca do korzystania z zagranicznych platform.
Zastanawiam się ile czasu zajęło Ci przygotowanie tego wpisu? 🙂

Odpowiedz

Michał Szafrański Grudzień 12, 2016 o 13:30

Hej Tomasz,

Zacząłem go pisać w październiku. Mamy grudzień. 😉 Spójrz na to tak: ten wpis to 1/10 książki, którą pisałem 7 miesięcy. Sam jestem zaskoczony, że aż tak duży wyszedł i nadal nie mam wrażenia, że wyczerpałem temat.

Pozdrawiam

Odpowiedz

Bart Grudzień 12, 2016 o 13:07

Dzięki Michał za wszystkie informacje jest to niezwykle pomocne!

Odpowiedz

Patryk Grudzień 12, 2016 o 13:10

Szacun, naprawdę wygląda to imponująco. Widać ogromny wkład pracy, ale efekt bombowy! Trzymam kciuki a następne projekty!

Odpowiedz

Roman Grudzień 12, 2016 o 13:14

Michał,

Wielkie gratulacje. Chyba już zapomniałem, że Ty i Twój blog stanowicie swojego rodzaju lodołamacz dla skostniałych norm i zaklętych tematów do których mają dostęp tylko nieliczni wtajemniczeni.
Jesteś i byłeś pionierem w wielu tematach, teraz złamałeś tabu kolejnego i to w najlepszym możliwym tonie!
Życzę Ci jeszcze wielu takich wpisów!

Odpowiedz

Rafał Grudzień 16, 2016 o 23:09

Bo Michał jest NINJA 😉 Jest nielicznym i wtajemniczonym. I ma taki miecz coś pomiędzy „t” i „J” ;-P

Wpis – rewelka!

Odpowiedz

Anita Grudzień 12, 2016 o 13:38

Bardzo dziękuję i doceniam, książkę miałam kupić wcześniej, ale jakoś ciągle zapomniałam i odkładałam na później, dziś nadrobię.

Odpowiedz

Marcin Kosman Grudzień 12, 2016 o 13:46

Michał, dzięki za KAPITALNE post mortem i świetną promocję selfpublishingu. Sam wydałem książkę w ten sposób, choć z kilka razy mniejszą sprzedażą i nieporównywalnie mniejszymi przychodami, i również podzieliłem się wrażeniami – choć nie tak szczegółowo (http://openbeta.pl/jak-hartowala-sie-ksiazka-nie-tylko-wiedzmin-historia-polskich-gier-komputerowych/). Nie da się ukryć, że osoby bez pewnego ładunku internetowej rozpoznawalności muszą jednak skazać się na wydawcę – selfpublishing może być jedynie celem, nie sposobem na start.

Odpowiedz

nakreche Grudzień 12, 2016 o 13:53

Uważam, że porównanie finansowe jest zdecydowanie nie-fair:

1. Nigdzie nie wyceniasz swojego czasu, który kosztuje – a w przypadku użycia wydawcy – poświęcacsz go zdecydowanie mniej. Zatem porównanie finansowe jest niepełne.

2. Nigdzie nie piszesz o tym, że jedynie ***UŁAMEK*** self-publisherów osiąga sukces i są to osoby znane wcześniej albo genialne.

3. Fundujesz nadzieję wielu osobom: skoro wierzą, że ich książka jest dobra – to jak zainwestują paręnaście tysięcy – to osiągną sukces. To złudna nadzieja. Wydawca często sprowadza na ziemię autorów, którzy nie mają polotu i nie powinni nic wydawać. Przez twój wpis wiele ludzi może stracić dużo pieniędzy.

[…CIACH SPAM…]

pzdr.
Rafał

Odpowiedz

Paweł Wysocki Grudzień 13, 2016 o 12:34

Witam,

Gratuluję! Czekam na transparentne sprawozdanie finansowe… 😉 Miło z Twojej strony, że troszczysz się o cudze pieniądze. Michał wyraźnie zaznaczył odwróconą metodę działania: najpierw budujesz audytorium, a potem publikujesz. Artykuł jest dosyć obszerny, więc wnioskuje, że przeoczyłeś niewygodne akapity.

Pozdrawiam,
Paweł

Odpowiedz

Copywriter Grudzień 12, 2016 o 14:09

Mnie też przeraziła wielkość podatku, którą musiałeś oddać? Aż dziwię się, że nie szukałeś innych sposobów, na przykład założenie spółki czy innych 🙂

Odpowiedz

Agnieszka Skupieńska Grudzień 13, 2016 o 08:56

Przecież spółki też płacą podatki 🙂

Odpowiedz

Tomasz Grudzień 26, 2016 o 15:45

Tak jest! Placa te, ktore chca placic podatek zamiast inwestowac lub najzyklej optymalizowac wielkosc obciazenia.

Odpowiedz

Andrzej Grudzień 12, 2016 o 14:18

Rekord self-publishingu to prawdopodobnie HISTORIA KULTURY HIP-HOP W POLSCE, której cztery wydania znalazły 24 tysiące nabywców w 15 lat. Jeśli masz dobry tytuł, to odradzam współpracę na warunkach wielkich wydawców czy nawet niewypłacalnych sieci typu EMPiK i Matras, bo książka i tak się sprzeda, tylko dłużej zajmie jej zdobycie czytelnika.

Odpowiedz

Jakub Grudzień 12, 2016 o 14:19

Prawie godzina czytania i rozważania nad każdym punktem 🙂 Ogromnie i to OGROMNIE dziękuje 🙂 przymierzam się do wydania swojej książki a ten artykuł dał mi więcej niż szkolenia w tym zakresie 😀 Ogromnie Ci dziękuje 🙂

Odpowiedz

Leśna Grudzień 12, 2016 o 14:30

Gratuluje wpisy, przeczytałam jednym tchem, wypiłam dwie kawy 🙂

Ze swojej strony, skromnego self-publishera (nie wiem, czy jest takie słowo), polecam tę idęę. Sama wydaje książki na Beezar.pl, który ma najniższy procent od sprzedaży dla serwisu z serwisów z całej Polski. Jest dobry kontakt, można zamówić skład i te inne rzeczy, które sprawiają, że e-book jest bardziej profesjonalny. Co prawda, nie przechodzimy całego procesu wydawniczego, bo wydajemy e-booka, (więc odpada koszt druku, składowania, wysyłki), ale książka ma numer ISBN, jest promowana, samemu tez trzeba bardzo podziałać, ale zyski są i rosną:)

Dużo zależy od tematyki, i tak jak Twoja tematyka jest stosunkowo nowa i ciekawa dla Polaków, którzy ciągle są na dorobku, tak moja, ma określone rzesze fanów (fantastyka)/
Uważam więc, że jak treść jest dobra, to z nakładem i pomocą (nie zawsze wielką) innych osób można wydać książkę samodzielnie i zarobić.
Twoją książkę mam w ebooku właśnie, jestem w połowie i był to udany zakup. Pozdrawiam.

Odpowiedz

makate Grudzień 12, 2016 o 14:39

Mega wpis, czekałam na ten cykl artykułów o książce 🙂
Jeszcze raz ogromny szacun dla Ciebie Michał, już dawno wiedziałam że wykonałeś ogrom pracy przy tym projekcie, ale tego typu wpisy jeszcze bardziej to uzmysławiają. Faktycznie szkoda, że wiele osób nie chce się dzielić swoimi efektami. Szczególnie, że mogliby dzięki temu podnieść swoją pozycję i zwiększyć sukces – mnie zawsze zachęca do zakupu to, że mogę zobaczyć jak wiele pracy autor włożył w swoje dzieło.
A odnośnie tego co piszesz o małym procencie powracających klientów – może napiszę rzeczy oczywiste, ale ja tu widzę kilka czynników:
1) część osób może po prostu pożyczyć znajomym twoją książkę – oczywiście jest to dzieło, do którego na pewno się wraca, nie beletrystyka którą po jednym przeczytaniu przekazujesz dalej, ale zawsze można na parę miesięcy pożyczyć zainteresowanym znajomym i w ten sposób podzielić się z nimi swoim odkryciem
2) nie każdej osobie można kupić na prezent książkę o finansach – wydaje mi się, że dla niektórych ludzi to może być prezent zbyt „bezpośredni” – w takim sensie, że osoba obdarowana może uznać, że my mieszamy się w jej finanse albo że sądzimy że sobie nie radzi itd. Wiadomo że wielu osobom ciężko rozmawia się o pieniądzach, bardzo rzadko dzielimy się informacjami o konkretnych kwotach np. swoich zarobków czy wydatków. Nie twierdzę że takie podejście jest słuszne, tylko sądzę że może być obecne u wielu osób 🙂 Oczywiście zupełnie co innego, jeśli np. jakiś znajomy powie o tym, że chciałby dostać tę książkę na prezent – ale wtedy już nie mówimy o wracającym kliencie.
3) oczywiście zawsze jakimś czynnikiem decyzji jest też cena – nie wiem jak inni finansowi ninja, ale ja np. nieczęsto kupuję prezenty za 100 zł – po prostu zbankrutowałabym przed świętami 😉 ale tu akurat pewnie dużo zależy od tego ile ktoś zarabia i ile postanawia przeznaczyć na prezenty, więc to pewnie najmniej istotny czynnik.

Odpowiedz

Artur Kucharzyk Grudzień 12, 2016 o 15:05

Brawo, wielkie gratulacje!
To może zamiast publikować kolejne wpisy dotyczące wydania książki napiszesz kolejną „Jak samodzielnie wydać książkę?” 😀
Przy okazji ciekaw jestem jak wygląda kwestia rozliczania się z US. Czy wydając książkę możemy to zrobić tylko jako osoba prywatna, czy może jest opcja zrobienia tego przez spółkę z o.o. lub działalność gospodarczą?

P.S. Dzięki za inspirujący wpis! Zabieram się do kontynuowania pisania mojej książki! 🙂

Odpowiedz

Artur Kucharzyk Grudzień 12, 2016 o 15:09

I przy okazji: uważasz, że przed wydaniem książki warto jest zacząć od np. pisania bloga, prowadzenia fanpage na FB, jednym słowem zbierania publiczności i dopiero później wydania książki, czy np. jest szansa napisać książkę, dobrze się przygotować do sprzedaży i odnieść sukces?

Odpowiedz

Sosna Grudzień 13, 2016 o 13:36

A o tym Autor kilkukrotnie wspominał w powyższym wpisie 😉

Odpowiedz

Artur Kucharzyk Grudzień 13, 2016 o 17:32

Wspominał, że tak robił i to jest dla mnie zrozumiałe. Pytam tylko co sądzi o innej drodze…

Odpowiedz

nakreche Grudzień 12, 2016 o 15:15

wow 🙂 cenzurujesz komentarz dlatego, że się z Tobą nie zgodziłem i zarzuciłem Ci nadużycie?!

Odpowiedz

Michał Szafrański Grudzień 12, 2016 o 15:25

Hej Nakreche,

Cenzuruję, bo wstawiłeś link do swojego bloga z przekłamanym stwierdzeniem „więcej na ten temat”, a cały Twój wpis zmieścił mi się na jednym ekranie. 😉 Clickbait lepszy niż moje.

Pozdrawiam

Odpowiedz

Lucyna Grudzień 12, 2016 o 15:36

Siedzę z kawą i czytam z zapartym tchem. Dziękuję za ten wpis.
Jeśli kiedyś postanowię wydać książkę, będę miała idealną pierwszą pomoc 🙂
Gratuluję sukcesu i cieszę się na kolejne wpisy.
Pozdrawiam serdecznie
Lucyna

Odpowiedz

Sebastian Grudzień 12, 2016 o 15:40

Po tym artykule trafisz na Czarną Listę wszelkich wydawnictw.
No i dobrze 😉
Przynajmniej widać ile na swoim dziele zarabia twórca, stając się tylko „dojną krową” dla wszystkich wokół, a szczególnie wydawnictwa.

Odpowiedz

Igor Mróz Grudzień 12, 2016 o 15:46

Pół-serio: Książka Robbinsa nie umywa się do Twojej, jest (tradycyjnie) stekiem truizmów i obietnicy, że już teraz, zaraz na następnej stronie TR odkryje tajemnice zbawienia (a potem się kończy).

Anyway.

Myślę, że nam, ludziom z backgroundem w projektach związanych z IT, strasznie ciężko odnaleźć się gdzie indziej – drukarnie, biznes wydawniczy itd. Miałem to samo jak pierwszy raz trafiłem na plan zdjęciowy jako model (funny story) – nie mogłem pojąć, jak to wszystko działa w takim chaosie i jakie mają tam pole do ew optymalizacji. Ale musieliby chcieć 😉

Kończąc składam wyrazy podziwu za samodzielne, w pełni profesjonalne ogarnięcie tak ogromnego projektu oraz naprawdę genialne podsumowanie w duchu najlepszych lessons learned.

May the jeszcze lepsza sprzedaż be with you 😉

Odpowiedz

Marek Grudzień 12, 2016 o 16:01

Witam, najdłuższy wpis jaki czytałem,zajęło mi to godzinę co ważniejsze wciągający i przeczytałem do końca. Gratuluje autorowi sukcesu bo tylko tak to można nazwać. Także szczerości i pełnej otwartości bo tego mi brakuje u wielu blogerow.

Pozdrawiam

Odpowiedz

Anna Grudzień 12, 2016 o 16:28

Cześć, Michale,

zamówiłam Twoją książkę korzystając z Dnia Darmowej Dostawy. Jeśli niczego nie pomyliłam to w jej cenie był „dostęp do strony książki”. Co oznacza to w praktyce?

Pozdrawiam,
Anna

Odpowiedz

Kinga Grudzień 12, 2016 o 16:46

Od rana czytam, bo mam małą córkę, ale przebrnęłam i przeczytałam całość. Gratuluję wyniku 😀

Odpowiedz

Marek Grudzień 12, 2016 o 18:10

Fajny wpis 🙂

Gratuluję odwagi i życzę dalszych udanych książkowych publikacji. Myślę, że to w naszym kulturowym obszarze odważny wpis.

Pozdrawiam,
Marek

Odpowiedz

Karolina Grudzień 12, 2016 o 18:59

Podałam stronę internetową, bo jest dowodem na to, że też skorzystałam z usługi self-publishing, poza tym jest tam moje zdjęcie, ładniejsze od „małpki” 🙂

Michał, gratuluję z całego serca. Szczerze podziwiam. Wydałam trzy książki, ale wrzuciłam wszystkie jako publikacje do księgarni dostępnych w systemie wydawniczym. Teraz widzę, że to nie był zbyt rozsądny pod względem finansowym pomysł – z powieści mam 12 zł zysku, a z wierszy 5 :))) Tak jednak jak powiedziałeś – uczymy się na błędach, ja nie traktowałam moich książek jako celu biznesowego, to zupełnie inna tematyka. I tak bym je napisała, więc skoro już były – postanowiłam je wydać… Self-publishing w najbardziej standardowym wydaniu nic mnie nie kosztuje, zainwestowałam tylko w kilka egzemplarzy autorskich na rozdawnictwo, to wszystko. To świeża sprawa, a jednak już zaczęło mnie zastanawiać, jak by tu to i owo rozpromować…

Ja, przeciwniczka fb, założyłam profil, fanpage i wrzuciłam tam książki. Tydzień temu. Pajęczynka polubień rozrasta się pomaleńku, ale jakoś, więc zaczęłam myśleć intensywniej… No bo dlaczego mam z każdej książki tylko 10 zł…? Gdyby sprzedawać je na własną rękę, książka byłaby tańsza, a ja i tak zarobiłabym więcej, to bez sensu… Wystarczył tydzień, żeby dojść do tych logicznych wniosków, niestety, nie mam jeszcze w sobie tyle siły i wiary, żeby założyć firmę i otworzyć sklep internetowy… A to przecież najlepsze wyjście. Może przy kolejnej powieści.

Chciałam jeszcze nawiązać do wydawnictw. To jest zgroza. Po pierwsze – ŻADNE nie jest zainteresowane nieznanym autorem, nieważne, jak fantastyczną książkę napisał. Wydawców interesuje tylko nazwisko. Tak jak słusznie zauważyłeś – idą na łatwiznę.
Jeśli już jakieś się zainteresuje – zazwyczaj pada opcja pełnego finansowania. Miałam to szczęście, że zanim zaczęłam rozmowy z wydawcami, już miałam złożony skład książki w self-publishingu. Dzięki temu nie miałam jakiegoś strasznego PARCIA na wydanie swojej książki, troszkę umiałam się zdystansować. A to wbrew pozorom wcale nie jest oczywiste, potrzeba ujrzenia własnego dzieła na półkach jest ogromna! Zaczęłam filtrować slogany reklamowe i liczyć cyfry. Generalnie za 1000 sztuk (erotyczną powieść szacowałam liczbowo 10-krotnie niżej niż Ty swój poradnik :))) wydawnictwo żąda około 10 000 zł. Ma w tym być skład, okładka, promocja i dystrybucja. Ale…

Jedno wydawnictwo za „promocję” uznało umieszczenie książki w witrynie swojej księgarni internetowej. A dystrybucję kończyło na przekazaniu nakładu do hurtowni, z której księgarnie „mogą, ale nie muszą” kupić. Aż mną zatrzęsło, bo za wydrukowanie 300 egzemplarzy w tym moim wydawnictwie zapłaciłabym dwukrotnie mniej, około 5000 zł, a hurtownię mogę zrobić sobie w piwnicy…

Inne wydawnictwo przebiło wszystkich. Zaproponowali wydrukowanie 1000 egz za 12000 zł. Z tego miałam dostawać 75% od zysku z książki. A zysk – drobnym druczkiem – to „kwota, która zostaje po odliczeniu kosztów składu, łamania i druku, około połowa ceny okładkowej”. Czyli… Za książkę kosztującą 40 zł nie dostanę 30 zł, jak wskazuje 75%, tylko 15 zł. A zatem… Nawet gdyby udało się sprzedać całe 1000 sztuk, a to niemożliwe, bo kilkanaście egzemplarzy wydawca zabiera dla biblioteki i menedżerów, to ledwie pokrywa koszty. A potem – uwaga – to wydawnictwo żądało dopłat za dodruki!!! I to już jest kradzież. Nie używam nazwy tego wydawnictwa, bo nie wiem, czy mi wolno, jeśli wolno, to doślę ku przestrodze.

Napisałam do nich. Zrobiłam wyliczenia. Powiedziałam, że za te pieniądze mogłabym zrobić profesjonalną reklamę billboardową w całej Polsce i uruchomić w ten sposób sprzedaż tej już wydanej, zamówić tłumaczenie i sprzedawać książkę w Anglii czy w Stanach, to jest niedorzeczne… A oni odpisali, że to nie tak, bo jak książka jest bestsellerem, to dodruki dostają preferencyjną stawkę i wtedy już naprawdę coś można zarobić… Fuj. Brzydko. Jedyny logiczny wniosek, jaki mi się w głowie ułożył, to ten, że wydawnictwo doi pieniądze z takich jak ja – nieznanych i marzących o książce – żeby móc inwestować w tych znanych, kusząc ich potem niskimi kosztami wydania…

Poza finansami, wydawnictwa mają przede wszystkim tę wadę, o której mówisz – określone wymagania, które często nie zgadzają się z moją koncepcją. Moja książka to nie jest album. Zdjęcia są poglądowe, służą tylko oswojeniu czytelnika z treścią, przybliżeniu bohaterki. To erotyczna powieść, a nie kurs fotografii. Pies z kulawą nogą nie zainteresuje się tym, czy moje czarno-białe selfie ma odpowiednią liczbę pikseli. To interesuje tylko wydawcę. A okładka podlega reżimowi totalnemu, bo na jej opracowaniu wydawca zarabia…

Wydawcy zazwyczaj bardzo restrykcyjnie podchodzą do redagowania. „Żadnej książki bez profesjonalnej korekty nie wypuszczę!” – to usłyszałam, gdy powiedziałam, że nie chcę redaktora, bo od 10 lat pracuję jako redaktor. I nie życzę sobie skracania, dopisywania, „upiększania” dialogów, bo mają być suche i ostre tak, jak je napisałam. Nie, wydawnictwo musi policzyć za redakcję i liczy, a sama redakcja… Nie chcę być nieobiektywna, ale niekoniecznie musi być lepsza od mojej, a już na pewno może się z moją koncepcją nie zgrać… Mam specyficzny styl pisania, bardzo dosadny – i nie chcę ugładzać go redakcyjnym schematem. Nie spodobało się.

Podsumowując – jeśli uda mi się stanąć na nogi, bo ostatnie trzy lata były bardzo ciężkim okresem w moim życiu prywatnym, wydam książkę tak, jak Ty. Profesjonalnie, ze sklepem, z dystrybucją, to jest najlepsze rozwiązanie. Na razie, cóż, zbieram fanklub korzystając z księgarni wydawniczej :))) To mi akurat na rękę, rozkręcam jednocześnie miniportal budowlany, to dla mnie ważne, naprawdę mam co robić. Ale upewniłeś mnie w tym, że to jedyna słuszna droga.

Jeszcze raz gratuluję, dziękuję też za ten wpis, masz głowę na karku 🙂 Zaproponowałabym Ci, że prześlę w podziękowaniu moje książki, ale szczerze mówiąc nie wiem, czy oferowanie Ci erotycznych literek w zamian za tak fachową książkę i to opracowanie byłoby w dobrym guście… Jeśli lubisz literaturę piękną, a konkretnie inżyniersko piękną, bo jestem konstruktorem całym swoim światopoglądem, również pisarsko – to z największą przyjemnością wyślę Ci swoją twórczość 🙂

Pozdrawiam.

Odpowiedz

nakreche Grudzień 12, 2016 o 22:14

po pierwsze piszesz „Chciałam jeszcze nawiązać do wydawnictw. To jest zgroza. Po pierwsze – ŻADNE nie jest zainteresowane nieznanym autorem, nieważne, jak fantastyczną książkę napisał. Wydawców interesuje tylko nazwisko.” – a potem utyskujesz na tych strasznych wydawców.

a więc: PISZESZ BZDURY.

ze mną jest tak:
nie mam nazwiska. w lutym wydaję debiut. miałem na stole 3 (TRZY) umowy z wydawnictw na wydanie mojej książki. mogłem wybrać.
mój wydawca słucha mnie, bierze pod uwagę moje sugestie (np. dotyczące okładki, promocji itd.), ma ogromne doświadczenie i ma dla mnie milion cennych rad – których uważnie słucham.
stanowisko opisane w tym poście jest bardzo jednostronne i skrajnie nieuczciwe.

Odpowiedz

Wojtek Grudzień 15, 2016 o 06:46

Chłopie przekonałeś mnie swoimi celnymi uwagami zamieszczonymi w tym wpisie jak i u Ciebie na blogu!!!

Odpowiedz

Michał Szafrański Styczeń 4, 2017 o 18:59

Hej Nakreche,

Jeśli już mamy uciekać się do mocnych stwierdzeń, to „skrajnie nieuczciwe” jest generalizowanie na podstawie Twojego jednostkowego przykładu. Znasz takie powiedzenie „nie oceniaj słońca przed zachodem”? Zobaczymy co będziesz mówił o współpracy z wydawcą w rok po premierze książki.

Oczywiście życzę Ci żeby wszystko poszło jak najlepiej. 🙂

Pozdrawiam

Odpowiedz

Joanna Grudzień 12, 2016 o 19:00

Przeczytałam ten tekst i od razu pomyślałam: To jest materiał na książkę! Tylu osobom otwierasz oczy! Poza tym świetnie się czyta. Ps. Książkę Robbinsa kupiłam ostatnio w promocji za … 20 zł!!! I w sumie nic tam ciekawego nie znalazłam.

Odpowiedz

Grzegorz Grudzień 12, 2016 o 19:57

Gratulacje, przeczuwałem, że wydanie książki samodzielnie może się wiązać z większymi przychodami, ale w życiu nie spodziewałem się, że różnica finansowa na korzyść self publishingu jest aż tak skrajna.

Odpowiedz

Robert Grudzień 12, 2016 o 21:08

Twój wpis zrobił na mnie wrażenie i nie chodzi tylko o cyfry. Te oczywiście są imponujące, ale mnie najbardziej zainteresował sposób prowadzenia „rachunkowości” i kontroli wydatków. Sam prowadzę działalność i bardzo wiele się z tego wpisu nauczyłem o sposobie planowania biznesu.
Fajnie, że nie boisz się dzielić z nami wiedzą i dajesz wgląd w swoje finanse. To w tym kraju towar naprawdę deficytowy. Chyba zakupię Twoją książkę, po tym wpisie;-)

Odpowiedz

michał Grudzień 12, 2016 o 21:10

Witam,
Twojego bloga śledzę ok 3 miesięcy (nie wiem jak to się stało że nie trafiłem na niego wcześniej:-)) Nie znam Cię osobiście ale uważam Cię za fajnego gościa i cieszę się że są ludzie tacy jak Ty, chętni pomagać innym. Oczywiście książkę nabyłem i zaczynam czytanie:-) Życze dalszych sukcesów. Trzymaj tak dalej:-)

Odpowiedz

Człowiek z Lasu Grudzień 12, 2016 o 21:25

Krótko. Wpis genialny – jak wszystko co robisz. I tyle w temacie MS.
Mnie zastanawia inna rzecz – na 49 istniejących komentarzy (na dzień 12-12-2016r, godz. 20.26) bodajże 6-7 pośród komentujących osób ma w planach, lub już teraz pisze swoją książkę…
Kurcze, ludzie! O czym i dla kogo Wy piszecie (lub chcecie pisać) te książki?! Czy to nie wyraz jakiegoś waszego bezkrytycznego zapatrzenia samych w siebie??? Skąd nagle tylu ludzi w tym kraju chce pisać książki?! I niby o czym i dla kogo?

Powiem inaczej – pracuję w branży, w której jest na dziś OGROMNY potencjał na napisanie poradnika (10-15 stron max) w pewnym temacie – notabene – finansów osobistych. Mam akurat wieloletnie doświadczenie w tym konkretnym zagadnieniu poparte kilkuset zrealizowanymi – nazwijmy to – dilami. Gdybym napisał taki poradnik, to mógłbym pomóc setkom, tysiącom osób w całym kraju, a może nawet i na świecie! Ale nigdy w życiu przez te wszystkie lata nie przyszło mi na myśl, aby brać się zaraz za pisanie poradnika, a co dopiero książki! Podsumowując – uważam, że chyba przydałoby się niektórym z Was więcej samokrytyki. 🙂

Odpowiedz

Jan Koczyk Grudzień 13, 2016 o 14:23

Wydawcy są źli, źli, źli… 😉 Parę komentarzy powyżej Pani jęczała że wydawca chciał ją oskubać przy jej „powieści erotycznej”. Niestety, jest skazana na jakieś „para wydawnictwo” które chce od autora pieniędzy. W profesjonalnym, dużym wydawnictwie takie rzeczy się nie zdarzają. Tylko że zazwyczaj trzydziestki, miauki erotyk polskiej nieznanej autorki ląduje w koszu.

Odpowiedz

Michał Grudzień 12, 2016 o 21:32

Michale cały wpis robi duże wrażenie, ale mnie najbardziej zszokował koszt druku. Nie miałem pojęcia, że fizyczna produkcja książki może być tak tania. Przecież wiemy ile kosztuje zwykła ryza papieru ksero.

Mam dwa pytania i liczę, że będziesz umiał odpowiedzieć choć na drugie.

1) Ile kosztowałby druk Twojej książki w 1000 egzemplarzy? Wiem, że nie rozważałeś tak niskiego nakładu, ale może przy rozmowach z drukarnią czegoś się dowiedziałeś.

2) Ile kosztowałaby twarda okładka? Uwielbiam dobrze wydane książki. Gdy jakaś pozycja jest dostępna w wersji z miękką i twardą okładką, zawsze wybieram twardą. I boli mnie, że takie są zwykle co najmniej 10 zł droższe. Gdy przeczytałem, że koszt druku pond 500 stronicowej książki nie przekroczył 6 zł to natychmiast pomyślałem – „złodzieje” 😉 Czy z twardej okładki zrezygnowałeś ze względu na koszty czy ze względów estetycznych, praktycznych, jakichkolwiek innych?

Odpowiedz

Michał Szafrański Grudzień 12, 2016 o 21:40

Hej Michał,

Ad. 1) W takim przypadku lepiej zdecydować się na druk cyfrowy niż na offset (za mała ilość by ten był opłacalny). Nie mam przed oczami cenników teraz. Szczegóły będą we wpisie o realizacji druku bo to jest odrębny, duży temat.

Ad. 2) Generalnie moją okładkę z dodruku można uznać za twardą – ma grubość 1 mm chociaż zachowuje takie parametry, że nie jest stuprocentowo sztywna. Jest elastyczna. To tzw. oprawa zintegrowana i ten typ oprawy jest w zasadzie w cenie oprawy twardej. Gdybym chciał mieć zwykłą oprawę miękką, to cena zjechałaby z tego co pamiętam ok. 1,5 zł netto na sztuce, czyli druk kosztowałby około 4-4,20 zł za egzemplarz.

Stricte twardej oprawy nie mam, bo ona jest po prostu niewygodna w czytaniu przy książkach o tej grubości. Zależało mi żeby książka mogła leżeć bez samodzielnego zamykania się i „przeskakiwania” kartek. Poza tym znaczenie miała także waga całej książki. 🙂 Sposób oprawy książki był bardzo świadomym wyborem. Więcej w oddzielnym wpisie za jakiś czas.

Pozdrawiam

Odpowiedz

Michał Grudzień 12, 2016 o 21:40

@Człowiek z Lasu

Skoro ludzie chcą pisać książki to znaczy, że wyczuwają jakieś zainteresowanie. Nie każdy też marzy o kilkusettysięcznych nakładach, niektórzy realnie oceniają swoje możliwości i chcą np. wydać wspomnienia z podróży i tomik poezji by rozprowadzić je głównie w gronie przyjaciół i znajomych by móc im je zaoferować w formie innej niż ksero. Nie mogę teraz znaleźć źródła, ale czytałem gdzieś, że najwyższy wskaźnik wydawania książek jest na Islandii. Własną książkę wydało tam ok. 20% mieszkańców.

Odpowiedz

Radosław Grudzień 12, 2016 o 21:48

Gratuluje pracowitości i sukcesu!
Zszokowały mnie marże dużych sieci – na prawdę to około 50%?

Pozdrawiam Cie i życze 200 tyś sprzedaży ;))

Odpowiedz

Marika Grudzień 12, 2016 o 21:50

Michał, z wielkim zainteresowaniem i radością przeczytałam ten artykuł i nie mogę się doczekać następnych z tej serii, a jestem małym wydawcą i nie w głowie mi twierdzić, że jesteś wyjątkiem, wierzę, że wiele osób powinno samodzielnie wydawać swoje książki i do tego zachęcam niektórych autorów, którzy przychodzą do mnie ze swoimi propozycjami. Sama wydaję siebie w moim wydawnictwie z różnym skutkiem, o czym otwarcie mówię. Znam realia, o których piszesz i bardzo dziękuję Ci za to, że tak klarownie odwzorowałeś swój proces wydawniczy. Odczarowałeś świat książki 🙂

Odpowiedz

Artur Grudzień 12, 2016 o 22:16

Michał może wrzuć później zrzut z Google Analytics jaki był średni czas spędzony na stronie po publikacji tego wpisu 😉

Odpowiedz

Artur Grudzień 12, 2016 o 22:23

Michał kupiłem Twoją książkę na prezent i sam sprezentowałem swoją (zostałem z ebookiem). Mój wniosek jest następujący – jeżeli ktoś sam do tego nie dojdzie że nie chce się wyedukować w finansach osobistych to jest mała szansa że książka podarowana w prezencie to zmieni. Jeden obdarowany przeczytał wybiórczo, drugi (druga) podobno całą – ale z tego co widzę żaden się nie stosuje… jeszcze. Do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć samemu.

Odpowiedz

calypso Grudzień 13, 2016 o 08:27

Przecież książka nie miała być gotową receptą na cokolwiek. Książka miała na siebie zarobić! To, że ktoś się nie stosuje to tym lepiej. Stosowanie się do rad z książki to ciężka praca i samo kupno książki nikogo bogatym nie zrobiło – prócz Michała.

Odpowiedz

Dominik Grudzień 12, 2016 o 22:30

Codziennie wyłapuję ciekawe artykuły w Sieci, ale BARDZO rzadko komentuję i ten szybki wpis jest chyba moim pierwszym od bitego roku.

Cieszę się, że rzuciłeś w twarz wydawnictwom takim kamieniem milowym. Niezdrowa polityka cenowa molochów dystrybucyjnych chronicznie uśmierca rynek książkowy w Polsce, a niekompetencja oraz złodziejstwo oficyn – zaiste – zamyka pole do manewru nawet najlepiej rokującym autorom.

Mam nadzieję, że twój wpis rozpocznie nową erę i przetrze szlaki osobom, które intensywnie, acz nadal lękliwie myślą o self-publishingu. Koniec końców, po tak emocjonującym poznaniu kulisów, człowiek aż nabiera ochoty, by samemu wejść na scenę. 🙂

Tymczasem czekam na kolejne blogowe porcje inside info i następny dodruk książki. Zwlekałem dotychczas z zamówieniem, niemniej w styczniu bezapelacyjnie będzie to moja pierwsza lektura.

Zdrówka, Michał!

Odpowiedz

Marcin Grudzień 12, 2016 o 23:05

Świetny wpis i w 99,9% się z Tobą zgadzam. Sam mam na koncie 7 książek, w tym jeden „self”, pomagam w też w promocji niektórych autorów, trochę więc znam temat. To, z czym się nie zgadzam, to obwinianie za patologię polskiego rynku wydawniczego wydawców. A tą patologią nie jest chciwość wydawnictw, lecz dystrybutorów. Jeśli płaci się 60% ceny książki hurtowniom, 10% drukarni, a trzeba jeszcze zapłacić podatki i koszty funkcjonowania wydawnictwa, to naprawdę, nawet przy dobrej woli, dla autora nie zostanie dużo. Nie ma czego dzielić. Twój sukces to po części efekt uniezależnienia swojej sprzedaży od rynku dystrybucji. I cieszę się ogromnie, że Ci się to udało. Myślę, że polski rynek wydawniczy musi się zmienić, a zmieni się tylko wtedy, gdy „oficjalna” dystrybucja będzie pomijana. Twój przykład pokazuje, że istnieje alternatywa i udowadnia, że zamiast pompować kasę w księgarnie i hurtownie, lepiej zainwestować je w landing page i internet – tzn. w jedną księgarnię dostępną dla wszystkich zamiast w tysiące lokalnych. I tu właśnie rodzi się nowy system, któremu kibicuję. Tzn. myślę o nim od dawna, ale z przyjemnością podglądam, jak u Ciebie się materializuje 🙂

Odpowiedz

Bartek Grudzień 12, 2016 o 23:52

Powiem Ci, że genialny masz maindset. Uwielbiam jak ktoś wyciąga faktury na stół. Wtedy nie da się niczego ukryć a już napewno nie intencji. Dzięki, że dzielisz się tym modele. Wart ceny książki. A na jakim poziomie zamknęła się sprzedaż 12 grudnia ?

Odpowiedz

Bartek Grudzień 12, 2016 o 23:55

Cześć,

rewelacyjnie opisany case 🙂 BTW. największym „ściągającym” zysk przy tradycyjnym modelu wydawniczym są pewnie właściciele galerii handlowych 🙂 Empiki trzymają za gardło wydawnictwa, a galerie trzymają za gardło Empiki.

Odpowiedz

Tomasz Grudzień 26, 2016 o 16:30

Ponad 130 komentarzy i NIKT nie zwrocil uwagi, ze najwiekszym beneficjentem w procesie powstania produktu jest PANSTWO, ktore na kazdym (KAZDYM!) etapie przeplywu gotowki pomiedzy kontrahentami przylozylo swoje lepkie macki krojac vat, pit i cit. Jakze cichutko, jakze dyskretnie… I -o zgrozo- nikt nie psioczy, choc kazdy golym okiem widzi, ze w zamian dostaje realnie fige z makiem, brak jakiejkolwiek stabilnosci legislacyjnej i cyrk na wiejskiej. O jakiej tu zatem finansowej edukacji mowa ?

Odpowiedz

Maciej Dutko Grudzień 13, 2016 o 06:14

Michał,

#refleksja nr 1:

Dzięki za ten wpis. Abstrahując od „fenomenu Szafrańskiego” i genialności samej książki, zrobiłeś właśnie bardzo ważną rzecz: powiedziałeś głośno i wyraźnie, że „sukces” to nie PUNKT, ale PROCES, o czym wielu Klientów/Czytelników/Fanów często zapomina.

Ale to nasza wina (autorów): większość z nas pokazuje światu tylko efekt (bo brakuje nam czasu, a może chęci, a może jesteśmy po prostu troszkę zbyt leniwi, by tak dokładnie pokazać Odbiorcom to wszystko, co dzieje się w tle). Skutek jest taki, że budujemy złudzenie „kamienia filozoficznego” – czyli przeświadczenie, że aby osiągnąć sukces, trzeba wpaść na jakiś sprytny pomysł i po prostu nacisnąć jeden guzik, który zrobi całą robotę. Ty przypominasz, że to tak nie działa, a za każdym efektem stoi złożony proces, bazujący na szeregu decyzji (także tych błędnych i kosztownych).

I za to największy ukłon:)

#refleksja nr 2:

Wydawcy a kontrola ceny. Wydałem kilkanaście książek z wydawcą i dwie w selfpublishingu. Plusy i minusy obu wariantów omówiłeś perfekcyjnie. Jako zagorzały przeciwnik cenodajstwa podkreślę tylko i potwierdzę jedną z największych wad współpracy z wydawcami (ale też błędów w polityce cenowej w przypadku selfpublishingu): brak kontroli nad ceną.

Przykład 1 (selfpublishing): kiedy wydawałem samodzielnie „Efekt tygrysa”, zamiast być monopolistą własnej książki, dałem się skusić wizji szerokiej dystrybucji w księgarniach. Oddałem więc książkę do dystrybucji Azymutowi (z 50-proc. upustem hurtowym) i jeszcze kilku innym dystrybutorom. Skutek: już po 3 tygodniach książka – i owszem – była u wielu sprzedawców, którzy jednak momentalnie zaczęli zabijać się cenami. Sprzedaż w moich kanałach spadła o ponad 80%, a nie obyło się też bez maili od rozczarowanych Czytelników, którzy najpierw kupili książkę w cenie okładkowej, a chwilę później widzieli ją nawet o 35-40% taniej (żałuję, że wtedy nie pomyślałem o wspomnianym przez Ciebie odwróconym modelu: najpierw – taniej, później – drożej; dziś wydaje się to tak oczywiste, tak mądre… Ech, błędy młodości;).

Przykład 2 (wydawca): moja „Biblia e-biznesu 2” (wyd. Onepress) kosztuje okładkowo 129 zł. Jednak już w 3 tygodnie po premierze serce mi zamarzło, kiedy zobaczyłem ją w serwisie z tanimi książkami i z ceną już o 30% zaniżoną… Szybki e-mail do wydawcy i odpowiedź: „Sorry, Maciek, taka jest polityka sprzedażowa wydawcy i takie są realia sprzedaży książek w Polsce: trzeba wchodzić w szeroką dystrybucję i dawać duże rabaty pośrednikom, aby dotrzeć do odbiorców”.

Fajnie, że pokazujesz, że wcale nie trzeba:).

#refleksja nr 3:

Crowdfunding . We wpisie zabrakło mi tego słowa. „Crowdfunding”, czyli zbiórka/przedsprzedaż książki w świadomym modelu, pozwalającym nie tylko zebrać pieniądze, ale też oszacować popyt i zaplanować nakład. Ty zrobiłeś to sam, osiągając sukces dzięki wielu latom intensywnego dostarczania wartościowego contentu i budowaniu świetnej, lojalnej i wdzięcznej Społeczności. Warto wspomnieć jednak, że osoby bez takiego samozaparcia i dobrej „przeszłości” mogą również finansować społecznie swoje projekty książkowe za pośrednictwem serwisów crowdfundingowych (więcej tu: http://www.crowdfunding.pl/crowdfunding-w-polsce). Acz dobre przeprowadzenia kampanii CF to nie bułka z margaryną (ale to już temat na osobną książkę;).

#refleksja nr 4 (a w zasadzie pytanie):

Audiobook. Wiem, że wiele osób Cię o to pyta. Wiem też, że produkcja książki audio to odrębny, czasochłonny i nie tak dochodowy jak książka projekt. Przyznam jednak, że do tej pory nie sięgnąłem jeszcze po „Ninję” tylko dlatego, że po prostu nie będę miał czasu na jego przeczytanie (od lat książki przyjmuję wyłącznie w wersji audio, dlatego nieśmiało marzę także o Twojej publikacji w wersji audio;).

Ściskam i raz jeszcze ogromne dzięki za bezcenny wpis,

Maciej

Odpowiedz

Daniel Grudzień 13, 2016 o 07:44

Świetne opracowanie. Dużo konkretnej wiedzy. Nie będę oryginalny i pogratuluję Ci Michale sukcesu. Świetna robota. Mam swój egzemplarz. Przeczytałem od deski do deski i jestem pod wielkim wrażeniem. Życzę Ci „skutecznego przenoszenia Twoich celów na wyższy level” 😉

Odpowiedz

calypso Grudzień 13, 2016 o 08:25

Gratuluje Michale sukcesu, po raz kolejny pokazujesz, że można zrobić coś do tej pory niemożliwego. Ale wg mnie to jest sukces mocno wypracowany bardzo przemyślaną strategią i dużym planowaniem. Wiele osób zdziwi się, że self-publishing się udaje, ale to musi być robione jak wszystkie inne biznesy do tej pory – z głową i ołówkiem w ręku.
Ja też wydałam własną książkę przez internet, ale skorzystałam z pomocy portalu Beezar.pl i nie żałuje. Zarobiłam – co prawda nie tyle co Ty :), ale piszę dalej i mam nadzieję się z tego utrzymywać.

Odpowiedz

Karolina Grudzień 13, 2016 o 08:55

Michał ogromny szacun!!!!! Widać że kochasz to co robisz i robisz to całym swoim sercem! Gratuluję Tobie i życzę jeszcze większych sukcesów i pieniędzy!

Odpowiedz

Magda Grudzień 13, 2016 o 10:34

Jestem po absolutnym wrażeniem transparentności, z którą opisałeś cały proces wydawania swojej książki.
Tak bardzo pod wrażeniem, że sama kliknęłam w banner „kup książkę póki jeszcze jest” 🙂
Szczerze gratuluję sukcesu.

Odpowiedz

zielenina Grudzień 13, 2016 o 11:13

Po pierwsze gratulacje, bo ten proces wymaga nie tylko pieniędzy, ale tez ogromnego samozaparcia 🙂 Wydałam dwie książki metodą tradycyjną, przez wydawnictwo. Zyski są rzeczywiście śmieszne, ale gdy wydaje się książki, gdzie na każdej stronie jest zdjęcia, w dużym formacie i twardej oprawie i 100 tys, by nie wystarczyło :/ Nie mówiąc o czasie, organizacji, itp. Dlatego właśnie autorzy korzystają z wydawnictw 🙂 To, w którym wydaję nie jest duże, ludzie są przyjemni i nie mam wrażenia, że ktoś mnie oszukuje, raczej, że gramy do wspólnej bramki. A że realia rynku są jakie są to już insza inszość. Świetny wpis, pozdrawiam!

Odpowiedz

Jacek Grudzień 13, 2016 o 11:41

Brawo Michał! I za odwagę, i za pełny opis tej jednak dosyć patologicznej sytuacji na rynku wydawniczym. Kto wie, może Twoja przygoda, jeśli pójdą za tym inni, rozpocznie nowe rozdanie i trochę poluzuje smycz na jakiej wydawnictwa trzymają autorów. Sam przymierzam się do wydania swojej pierwszej książki (beletrystyka), więc Twój tekst jest dla mnie bezcenny. Dziękuję Ci za niego. A Twoją książkę sam sobie sprezentuję na Święta 🙂

Odpowiedz

Basia Grudzień 13, 2016 o 12:04

WOW! Roz***łeś system 🙂 nie tylko wydawniczy, ten post miażdży! Gratuluję sukcesu, nie mam zamiaru wydawać książki ale też korzystam z WFirmy jako przedsiębiorca 🙂 pozdrawiam.

Odpowiedz

Grzegorz Grudzień 13, 2016 o 12:44

Odnośnie niskiej sprzedaży przed świętami na prezent, może warto przeanalizować ile osób kupowało 2 i więcej książek w pierwszym etapie sprzedaży?

Ja np kupiłem 2 w przedsprzedaży bo wiedziałem, że jedną na pewno dam komuś na prezent na święta (nie wiedziałem komu konkretnie ale miałem taki plan). Więc i w budżecie świątecznym będzie można mniej wydać 😉

Odpowiedz

Magdalena Grudzień 13, 2016 o 14:09

Mam abonament legimi i przeważającą większość książek czytam na czytniku w formie ebooka. W ramach tego abonamentu jest naprawdę dużo książek, co kilka dni dochodzą nowe pozycje, także z list bestsellerów. Niestety szybko okazało się, że część książek z bazy legimi to straszny chłam, nudne opowiastki wyglądające jak pierwszy fanfik, poradniki jak od wujka dobra rada, prace magisterskie z niszowych kierunków 🙁
Dopiero po pewnym czasie zorientowałam się, że te wszystkie gnioty pochodzą z określonej grupy wydawnictw – nowa raes, ridero, e-bookowo, wydaje itp. Takich, o których wcześniej nie słyszałam i które na swojej stronie nie zachęcają do kupienia nowości, tylko do zapłacenia im za wydanie książki.
Na tym tle książki wydawane w dużych wydawnictwach wypadają dużo lepiej. I dość często udaje im się wyłowić debiutantów, którzy piszą coś ciekawego.
Po tych negatywnych doświadczeniach zdecydowałam, że nie będę nawet próbować czytać self-publisherów, chyba że natknę się wyjątkowo dobrą recenzję ich dzieła pochodzącą z zaufanego źródła.
I na tym za znamienne uważam to, że poza partnerskimi wpisami na blogach z sierpnia tego roku, nie widziałam recenzji FN, nie natknęłam się na polecanki na fejsie czy wpisy zadowolonych czytelników na forach.

Jednocześnie z zaciekawieniem przeczytałam o Twojej drodze wydawniczej, aczkolwiek brakowało mi przeliczenia zysków z książki na czas poświęcony na pisanie, organizowanie wydawnictwa itp.
Z drugiej strony jestem bardzo ciekawa, jaką sprzedaż i jaki zysk osiągnęła Katarzyna Czajka (zwierz popkulturalny) przy tradycyjnej sprzedaży swojego tegorocznego debiutu.

Odpowiedz

Tomasz Grudzień 13, 2016 o 14:29

Cześć,

jestem zaintrygowany po przeczytaniu całego tekstu. Zastanawiam się, czy ramy schematu podanego przez Ciebie dałoby się przenieść na grunt muzyczny. Planujemy z zespołem właśnie wydanie płyty…

Odpowiedz

Antoni Grudzień 13, 2016 o 15:35

całkiem niezły wynik, myślę że jeszcze długo dochody będą spływać na twoje konto bo zainteresowanie jest bardzo duże o czym świadczy spory zarobek. Wielkie gratulacje dla autora za dobry pomysł i wykonanie

Odpowiedz

Karolina Grudzień 13, 2016 o 21:27

Nie mam problemu z kupnem książki za 69 zł, ale mam mega problem z zapłaceniem kosztów wysyłki 15 zł. Chyba nigdy za żadną wysyłkę tyle nie zapłaciłam, a kupuję bardzo wiele on-line. Przez to będąc już na stronie sklepu zrezygnowałam z zakupu. Skoro co druga osoba rezygnuje z zakupu to może więcej osób tak ma.

Odpowiedz

Michał Szafrański Grudzień 14, 2016 o 11:53

Hej Karolina,

Rozumiem. Bardzo możliwe, że jest tak jak piszesz. Przy czym na etapie przedsprzedaży, gdzie nie było jeszcze kosztów wysyłki, te statystyki wyglądały podobnie, więc koszty wysyłki nie jest jedynym czynnikiem powodującym spadek konwersji.

Pozdrawiam

Odpowiedz

Adam Grudzień 26, 2016 o 00:50

Michał, z tego co policzyłem Ty za wysyłkę płacisz brutto 12,75 zł i to z kosztami pakowania, więc wydaje mi się, że ten koszt wysyłki też dla klienta można by obniżyć. Też mi się wydaje, że 15 zł za wysyłkę to dość dużo, i to może być też jakaś psychologiczna granica. Dodatkowo jest to jedyna dostępna opcja. Wiele osób wolałoby poczekać dłużej, ale mniej płacić za przesyłkę, więc warto byłoby rozważyć inne opcje np. zwykła wysyłka pocztowa, paczkomat itp.

Odpowiedz

Adam Styczeń 26, 2017 o 14:17

Ja nawet ci zaplacę te 15zł za wysyłkę (choć to dużo) ale niech to będzie paczkomat.

Odpowiedz

Marcin Grudzień 14, 2016 o 08:03

@Michał Szafrański: Wydaje mi się, że przy poniższej pozycji kosztowej jest błąd:
Tupakus Kartony do pakowania paczek.

Trudno mi uwierzyć, że zapłaciłeś za taką ilość kartonów tylko 6 PLN. Prędzej myślałbym o 6 000 PLN (co daje jakieś 0,34 PLN za paczkę/książkę) i brzmi bardziej realistycznie.

Odpowiedz

TesTeq Grudzień 14, 2016 o 09:25

Michał, piszesz:

Osobiście nadal nie widzę powodu, dla którego ebook miałby być tańszy od “Finansowego ninja” na papierze. Szczerze mówiąc zastanawiam się nad podwyższeniem jego ceny do 69,90 zł i tym samym zwiększenia przesłanek do zakupu pakietu obejmującego książkę papierową i ebooka.

Nie gniewaj się, ale dla mnie powód jest oczywisty: zasoby. Ebookowe bity nie wymagają papieru, farby drukarskiej, energii do napędzania maszyn, przestrzeni magazynowej, fizycznego transportu i tysięcy kilometrów przejechanych przez kurierów. Myślę, że to ważniejsze od Twojej osobistej kalkulacji VATu należnego od każdego egzemplarza.

I jeszcze jedna uwaga: są tradycyjne wydawnictwa, które płacą autorom znacznie więcej za ebooki od tych wymienionych przez Ciebie 10% za wydanie papierowe. Czyżby obchodziła je ekologia? Chyba nie, raczej nic-nie-kosztująca logistyka bitów.

Odpowiedz

Michał Szafrański Grudzień 14, 2016 o 11:43

Hej TesTeq,

Dziękuję za trafny komentarz. Ja patrzę z perspektywy biznesowej. Koszty tych zasobów, które wymieniłeś, uwzględnione są w różnicy wynikającej z wysokości VAT, którą przedstawiłem – tak jak pisałem idealnie się tam mieszczą. To, że z mojego punktu widzenia cena jednego i drugiego mogłaby być taka sama, to jest moja autonomiczna decyzja, która może mieć różne reperkusje. Nie sprawdzimy dopóki się nie dowiemy.

Co do drugiego z punktów: mogą też być inne czynniki, dla których wydawnictwa decydują się oddawać więcej za ebooki (bo już chyba doszliśmy do wniosku, że nie zarabiają na nich więcej): ich mała sprzedaż (i większy % to sposób jej stymulacji), zastany standard na rynku (presja na to, by dawać więcej % za ebooka, bo… konkurenci dają więcej), brak woli do ponoszenia kosztów dodruków papieru, bo to zawsze ryzyko zostania z niesprzedanym towarem lub zwrotami, a w przypadku ebooków takiego ryzyka po prostu nie ma.

Pozdrawiam

Odpowiedz

TesTeq Grudzień 14, 2016 o 15:41

Dzięki za odpowiedź. Oczywiście rachunek na papierze jest bezwzględny. Masz rację z punktu widzenia Twojego biznesu. Mogę mieć jedynie żal do środowiska ekonomicznego, które tak „wyregulowano”, że oszczędne gospodarowanie zasobami naszej planety jest NIEOPŁACALNE. Świadczy o tym ta stawka VAT!

Zgadzam się też, że przełożenie książki z rysunkami i wykresami na czytnik wychodzi niemrawo, chyba że są to osadzone „żywe” arkusze kalkulacyjne, na których użytkownik może sobie poćwiczyć „co by było, gdyby”. Ale takie luksusy to tylko w Apple iBooks…

Jeszcze raz gratuluję sukcesu, który śmiało można nazwać Wydarzeniem 2016 na rynku wydawniczym!

Odpowiedz

Paweł Grudzień 14, 2016 o 23:04

Hej Michał,
podepnę się pod temat ebooka – zaskoczyło mnie to jak mało opłacalny jest, wiedziałem że VAT jest większy, ale nie spodziewałem się że druk książki jest taki tani! Od dzisiaj będę patrzył na ebooki nie z perspektywy oszczędności pieniędzy, ale z perspektywy oszczędzenia miejsca na półce 🙂
Natomiast do pełni obrazu brakuje mi w Twoim zestawieniu kosztów redakcji, korekty i składu ebooka, pomimo iż wspomniałeś że musi on również przejść te procesy.

Odpowiedz

Jakub Grudzień 14, 2016 o 09:44

Michale, książki jeszcze nie kupiłem, wpisu też nie przeczytam bo brak czasu(remont mieszkania + 4 miesięczny synek, też Michał ;-)), ale kibicuję i GRATULUJĘ. Zasłużyłeś na to!

Odpowiedz

Karolina Grudzień 14, 2016 o 11:40

Bardzo ciekawe podsumowanie, przy okazji otworzenia newslettera wysłanego na maila z niniejszym artykułem, nabyłam w końcu książkę 🙂 Przymierzałam się do tego już od rozpoczęcia przedsprzedaży, jednak kilkakrotnie nie mogłam wtedy ukończyć zamówienia, gdyż nie dało się wybrać z listy płatności mojego banku, czym byłam bardzo zdzwiona, bo był to ING, a nie jakiś malutki bank. Pamiętam, że ta sytuacja wtedy mnie sfrustrowała i książki ostatecznie nie kupiłam – aż do dziś. Przekazuję to jako uwagę, która może być pomocna przy dalszej sprzedaży; dziś wszystko działało super, w formularzu adresu wysyłki brakuje tylko nazwy firmy – ja np. zamawiałam wysyłkę do miejsca pracy i nie miałam gdzie tego wpisać. Życzę powodzenia w dalszej sprzedaży i czekam na otrzymanie – i przeczytanie – książki 🙂

Odpowiedz

Artur Grudzień 14, 2016 o 14:15

Dokładność, skrupulatność i, co najważniejsze w dzisiejszych czasach, transparentność tego wpisu powala na kolana! Dość niewinnie nosiłem się z zamiarem kupna Twojej książki, ale teraz wiem, że kupię ją na pewno! Nie w tym miesiącu (budżet prezentowy wyczerpany :(), to po dodruku, ale kupię na 100%! 🙂

Twój sukces to kolejne, bardzo jasne!, światełko w tunelu do zmiany myślenia nie tylko wydawców (i nie tylko w branży książkowej, bo pewne podobieństwa dostrzegam w branży muzycznej), którym ciągle się wydaje, że mają monopol na „wiedzę o rynku” i „doświadczenie w wydawaniu”, ale również samych twórców (czy nawet Twórców).

Proces, które opisujesz to olbrzymia kopalnia wiedzy dla każdego twórcy, a jego adaptacja na potrzeby konkretnej dziedziny to kwestia czasu i samozaparcia.

Michale, przetarłeś szlak i za to należą Ci się olbrzymie brawa! Bo chcieć, to MÓC! 🙂

Dziękuję i powodzenia w dalszej pracy!

Odpowiedz

Ruda Grudzień 14, 2016 o 15:59

Aż otworzyłam Worda i na bieżąco zapisywałam odpowiedzi 😀

Mnie cena zabolała. No, nie mnie, ale moje konto. Zwłaszcza, że książki pewnie nie przeczytam, bo to prezent dla taty, a on nie pożycza swoich książek, bo nie. Ale ją kupiłam, bo ci ufam. No prościej się nie da – masz zaufanie czytelników i mimo że niektórzy zauważają, że książka jest droga (miękka okładka na pewno by zmniejszyła trochę koszty), to jednak moim zdaniem warto odpuścić sobie jedną imprezę i ją kupić. Tym się obroniłeś i nie wierzę, że żaden wydawca w ogóle nie pomyślał o twojej wiarygodności i o zaufaniu czytelników. A niby sprawdzają wszystko, co nie? 😀

Co do wypłat itp. – niestety ale o tym pisał kiedyś Jakub Ćwiek. Oboje macie to samo zdanie (plus miliard innych autorów), więc coś jest na rzeczy.

Tak mnie jeszcze naszło – bardzo spodobał mi się mail od ciebie. Że jak książka nie dotrze w przeciągu 3 dni roboczych to mam napisać. Chyba nigdy albo nie zwracałam uwagi na podobne maile, albo nigdy po prostu nikt mi czegoś takiego nie wysłał. Pierwszy raz to osoba, od której kupuję (a która masowo coś sprzedaje) prosi, żeby się z nią kontaktować, jak coś nie dojdzie. Miodzio!

Co do ebooków – chciałam napisać, że nie powinien kosztować tyle samo, ile kosztuje papierowa książka. Potem dotarłam do momentu, w którym piszesz o faktycznej pracy przy ebooku. I masz rację, więc zamykam jadaczkę 😉

Czekam na kolejne artykuły o druku i promocji. 🙂

Odpowiedz

Tomek Grudzień 14, 2016 o 21:43

Wow! Cudownie, że zrobiłeś takie case study. Też mi brakuje tak dokładnych i transparentnych przykładów. Dzięki wielkie! Szacunek w ogóle za tak długi tekst, który… jest częścią 1 🙂 Czekam na dwójkę.

Co do wydawania się samemu to niezależne zespoły rockowe / metalowe odkryły to wiele lat temu – dzięki internetowi docierają do słuchaczy bez konieczności rozliczania się z korporacjami. Twój przykład pokazuje, że da się też tak zrobić z książką 🙂 Fajnie!

Odpowiedz

Michał Szafrański Grudzień 14, 2016 o 22:03

Hej Tomek,

Potwierdzam, że od dawna podglądam co robi Metallica, co sprzedaje, jak sprzedaje i jak „rozdaje karty”. 🙂

Pozdrawiam

Odpowiedz

Masierak Aneta Grudzień 14, 2016 o 22:20

Brawo Michale,
Gratuluję pomysłu, wytrwałości i samozaparcia. Pokazujesz że w Polsce można robić coś dobrego w sposób wysoko etyczny i do tego osiągać fenomenalne wyniki finansowe.

Odkryłeś niszę i jednocześnie dziurę edukacyjną. Tym czym się dzielisz (swoją wiedzą) pomagasz wielu ludziom tj. zrozumieć świat finansów (w tym ich osobistych). I wielu osobom pomogłeś ponaprawiać to co albo sami napsuli (swoją naiwnością lub niewiedzą) lub tego w czym wielu profesjonalistów „pomogło” im się znaleźć w ramach swojej codziennej pracy zawodowej.
Życzę Ci dalszych sukcesów i powodzenia! A że sam pisałeś pomysłów masz jeszcze sporo 🙂

BRAWO TY!
Pozdrawiam Aneta

Odpowiedz

Karol Król Grudzień 15, 2016 o 01:15

Wielkie gratulacje (i dzięki niektórym komentującym za wzmiankę o crowdfunding.pl).
Sam zrobiłem self-publishing i crowdfunding pierwszej książki w języku polskim nt. …crowdfundingu 🙂
Oczywiście skala zdecydowanie niższa, ale też tematyka finansowa, także w stylu popularno-naukowym i także przy udziale społeczności – więc z zazdrością śledziłem wszystkie Twoje działania Michał! Wielka inspiracja 🙂

Odpowiedz

Michał Grudzień 15, 2016 o 10:54

Nie myślałeś o wprowdzaniu promocji na święta:
Np dla każdego kto już dokonał zakupu druga książka na prezent z 10% upustu. a dla nowych klientów zmawiających więcej niż jeden egzemplarz – drugi i kolejne 10% taniej, a od trzech ksiązek wzwyż dodatkowo darmowa wysyłka?

Z drugiej storny nie siedzisz aż na takiej ilości książek, że sprzedasz je bez problemu.
PS – kiedy trzeci dodruk ?

Odpowiedz

Michał Szafrański Grudzień 15, 2016 o 11:01

Hej Michale,

Jeśli czytałeś dokładne powyższy wpis, to wytłumaczyłem tam dlaczego nie oferuję żadnych upustów cenowych. I nie planuję tego zmieniać.

Dodruk został już zamówiony. Niestety będzie dostępny dopiero w połowie stycznia.

Pozdrawiam!

Odpowiedz

A. Grudzień 15, 2016 o 11:30

Dzien dobry,
poniewaz niedawno zawitalam na blog pana Michala, mam pytanie, czy ksiazka jest rownie „zaawansowana” jak blog?
Juz tlumacze. Blog jest bez watpienia niezwykle cenna skarbnica wiedzy, ale mam jednak wrazenie, ze glownie dla „grubych ryb”. Tj. dla ludzi, ktorzy dysponuja spora gotowka, a ich dylematy sprowadzaja sie do „jak zarobic jeszcze wiecej” albo „jak madrze inwestowac zeby nie stracic”.
Ja natomiast jestem z tej biednejszej czesci spoleczenstwa i bardziej od poszczegolnych opcji inwestowania interesuje mnie jak zrobic, zeby bezproblemowo przezyc od pierwszego do pierwszego. Nie znajduje tu na blogu zbyt wielu wskazowek dla takich osob jak ja.

A wiec: czy ksiazka bedzie dla mnie przydatna, czy – podobnie jak blog- jest adresowana glownie do osob z wyzszej polki finansowej?
Bede wdzieczna za odpowiedz pana Michala lub Czytelnikow.

Odpowiedz

Marta-Mokotów Grudzień 17, 2016 o 13:45

Na tym blogu jest wiele wpisów dla drobnych rybek. Polecam wpisy typu: ponad 100 sposobów na oszczedzenie pieniedzy. Tam jest mnostwo podpowiedzi co zrobic, aby urwac te kilkaset czy wiecej złotych wydawanych w glupi sposob. Ja stosujac tylko kilka z nich oszczedzam ponad 1000 zł w stosunku do wczesniejszych miesiecy – mam korzystniejszy abonament, zmienilam dostawce internetu, chodzę na zakupy z listą, nie kupuję butelkowanej wody, tylko piję z czajnika, kupuję przez internet i jeszcze znajduję kody rabatowe…. ogolnie wydaję z 1500 zł mniej nie ponoszac jakichs kosztów psychicznych zwiazanym z zaciskaniem pasa. po prostu myślę, analizuję rynek. Głupia pralka moze byc w sklepie internetowym o 500 zł tansza niz w naszym osiedlowym sklepie rtv agd. itd itd itd

Odpowiedz

Bartek Grudzień 15, 2016 o 12:49

Z uwagi na to, że sam od wielu lat siedzę w książkach to jestem ciekaw kilku rzeczy. Michał jak wyglądały u Ciebie kwestie czasu. Dokładnie interesuje mnie to ile czasu poświęciłeś na:

a) na pisanie/redagowanie książki
b) na cały czas poświęcony projektowi sprzedaży i marketingu książki

W tych wszystkich wyliczeniach nie znalazłem takich pozycji a przecież czas to pieniądz.

Odpowiedz

Marek Grudzień 15, 2016 o 19:09

A ja bym chciał podciągnąć trochę temat związany z modelem, o którym w zasadzie wspomniałeś tylko dwa słowa. Chodzi mi o model w którym Ty sprzedajesz sobie książki na swojej stronie internetowej, a Wydawca sprzedaje książkę swoimi kanałami dostępu.

Czytałem, że rozważałeś takie (lub podobne) modele, aczkolwiek widzisz dla niego kilka zagrożeń (m.in. rzucenie książki do kosza wyprzedaży za np. 25-30zł). Czy nie da się tego obejść jakimiś zapisami w umowie? Przecież nawet mogłoby być tak, że u Ciebie książka jest za 69zł, a w księgarni za np. 99zł. Odniosłem wrażenie, że główna bariera na taką współpracę była raczej u Ciebie, a jak się na takie rzeczy zapatrują same wydawnictwa? Dla wielu osób taka współpraca mogłaby być dobrym kompromisem, więc warto o tym chyba wspomnieć 🙂

Odpowiedz

Marta Grudzień 16, 2016 o 10:19

Genialny wpis. Jak każdy zresztą. Uwielbiam Twoje dzielenie się wiedzą, pomaganie. Inni, wkladając ogromny trud w przekopanie się przez jakis temat typu: wydanie książki, znalezienie świetnej nieruchomosci, know how kuchenne, zatrzymują tę wiedzę dla siebie, bo czują się okradzeni rozdajac ją za darmo jesli włozyli setki godzin w zdobycie jej. Ty bez problemu rozdajesz cenną wiedzę za darmo, przez co ogromnie CIę cenię.
Własnie zamówiłam książkę. Zapakuję ją sobie pod choinkę. Taki prezent ode mnie dla mnie.
Cudowne jest to, że jej cena to 1h mojej pracy. Czyli za godzinę swojej pracy mogę przechwycic tysiace godzin pracy takiego wybitnego finansisty. Z przyjemnoscią robilam przelew i zamowienie. Pozdrawiam i zyczę minimum 2 mln zysków netto ze sprzedazy tego cuda

Odpowiedz

olo Grudzień 16, 2016 o 17:12

Michał, ten poziom transparentności robi na mnie ogromne wrażenie. To zupełnie nie przystaje do nasze kultury – mam na myśli zarówno pracy, współpracy, prowadzenia biznesu czy zwykłych relacji międzyludzkich. Wielkie ukłony za to, że przecierasz szlaki bycia transparentnym i po prostu w porządku w stosunku do otoczenia.

Odpowiedz

Rafał Grudzień 19, 2016 o 14:00

WOW 14k słów 100k znaków. Jak Ty to robisz ? Można spytac ile czasu zajęło Ci napisanie tak genialnego i długiego artykułu ?

Odpowiedz

Joanna Grudzień 19, 2016 o 14:56

Wydanie takiej książki to moje marzenie.

Odpowiedz

Zdzisław Grudzień 20, 2016 o 15:38

Gratuluję sukcesów i dopinguję do następnych! 🙂

Odpowiedz

Tomasz Grudzień 23, 2016 o 09:28

Wyniku gratuluje, ale rozwiazan optymalizacyjnych to u ciebie jak widze nie ma co szukac. Kurcze, patrze na liczby i nadziwic sie nie moge: jak pozwoliles ksiegowej ’odprowadzic’ podatek w takiej wysokosci??? Ty, ktory liczysz kazdy grosz (doslownie). Co to za ksiegowa? Idz ty chlopie do doradcy podatkowego, ktory kolejne przedsiewziecie opakuje w spolke…

Odpowiedz

Wkurzony Pisarz Grudzień 23, 2016 o 11:38

Zainspirowany przykładem Michała stworzyłem symulację finansową: jak mogło by to wyglądać w przypadku początkującego twórcy beletrystyki, który zaczyna od małych nakładów drukowanych cyfrowo i sam ogarnia wysyłkę. Wyniki są bardzo zachęcające, ponieważ okazuje się, że ryzyko finansowe jest minimalne. Tabelkę znajdziecie tutaj:
http://leszekbigos.com/w-indie-publishingu-jest-kasa/

Podstawową kwestią jest zmiana nastawienia: obecnie dominuje taki model, że jeżeli książka nie sprzeda się w tysiącach egzemplarzy przez kilka miesięcy, to idzie na przemiał a jej miejsce zajmuje następna. To głupota: przecież książka się nie zmydli: to inwestycja we własność intelektualną, która może przynosić zyski przez całe życie autora i 70 lat po jego śmierci. Trzeba sie przestawić i zacząć myśleć długoterminowo ORAZ (przede wszystkim) pisać dużo, by zbudować masę krytyczną. Wtedy nie musisz modlić się o bestseller żeby żyć z pisania. Zarobki na poziomie średniej krajowej osiągasz sprzedając ok. 2300 książek rocznie! Jeżeli napiszesz 2 książki w ciągu roku, to za pięć lat wystarczy, że sprzedasz 230 sztuk każdego tytułu przez cały rok, a i tak się utrzymasz. A górnej granicy przecież nie ma.

Ech, nie da się zmieścić wszystkiego w komentarzu. Michał, nie masz nic przeciwko temu, jeśli podam link do swojego bloga i fanpage’a? Jestem wielkim orędownikiem indie publishingu i w sumie gramy w jednej drużynie 🙂

O indie publishingu bloguję na swojej stronie http://leszekbigos.com/ . Zapraszam też do polubienia fanpage’a http://www.facebook.com/WkurzonyPisarz/ .

Pozdrawiam wszystkich serdecznie, no i gratuluję Michałowi sukcesu! 🙂

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

Odpowiedz

Dorota Grudzień 23, 2016 o 22:50

Hej,
Przeczytałam wpis z dużym zainteresowaniem nawet nie z powodu tematu, ale ze względu na pozytywny przykład jaki ilustruje: jak można swoją pracowitością i wytrwałością utrzeć nosa wielkim graczom, którzy nie widzą w jednostce partnera.
Wielkie gratulacje, Super, że Ci się udało z takim wynikiem wypromować książkę. Podziwiam. Dobrze że jesteś.
Życzę dalszych sukcesów.

Odpowiedz

Anna Styczeń 4, 2017 o 23:34

Gratuluję! Ja również samodzielnie napisałam i wydałam już 3 książki, są to podręczniki do języka rosyjskiego – fajnie poczytać o tym, co też przeszłam – nie na taką skalę, jak Ty, ale znam te wątpliwości, pytania: ile i kiedy dodrukować, „przypadkowe” znajomości, z których wynikała bardzo udana współpraca i przyśpieszone bicie serca podczas otwierania paczek z książkami 🙂 Pozdrawiam bardzo serdecznie i gdybyś kiedyś chciał nauczyć się rosyjskiego – zapraszam na podrecznikdorosyjskiego.pl 🙂

Odpowiedz

Iwona Styczeń 14, 2017 o 15:28

Dziękuję bardzo! Zamówiłam książkę, dotarła błyskawicznie. Sama oprawa, papier, całe wydanie jest tak estetyczne i przyjemne w dotyku, że cieszy zmysły. Od razu chce się czytać 🙂
Jest w tej książce tyle pozytywnej energii od serca, od Ciebie Michale 🙂
Pozdrawiam serdecznie całą Twoją rodzinę,
jeszcze raz dziękuję
Iwona.

Odpowiedz

Bartosz Styczeń 26, 2017 o 23:38

Gratuluję sukcesu. Miażdżąca opowieść. Przyda mi się kiedyś bo sam mam w planach napisanie książki. Ciśnij dalej.

Odpowiedz

Paweł Styczeń 27, 2017 o 23:57

Przyłączam się do gratulacji za niezwykle intersujący artykuł. I kilka komentarzy …

Napisałeś: „gdybym robił to ponownie, to obydwa ebooki powinny w przedsprzedaży kosztować 59,90 zł lub nawet 69,90 zł, czyli tyle samo, co książka papierowa”.
Ciekawe, czy to by skłoniło tych prawie 1000 nabywców ebook-a do kupienia k. papierowej. Ja bym nie kupił, bo nie mam miejsca na takie cegły i kłopot jest z zabieraniem ich gdziekolwiek. Cena też wydawała mi się wygórowana. Kupiłem z ciekawości jak ci wyszła książka, bo jestem czytelnikiem bloga i słuchaczem podcast-ów. Nie liczyłem na ekstra odkrycia, ale nie żałuję (chociaż zaliczam się do tych dla których ok. 95% wiedzy zawartej w tej książce nie jest odkryciem).
Teraz już wiem, dlaczego nie mogę nabyć niektórych książek jako ebooki, co mnie bardzo denerwuje. Niektórych książek z tego powodu nie kupuję. Nie mam gdzie trzymać kolejnych tomów i nie chce mi się ich tachać w podróży.

Co do porównania z Tony-m. Wydawca miał pewnie na myśli rozpoznawalność autora i jego sukcesy wydawnicze. I tu OK. Ale jego „Money …”, chociaż ciekawe poznawczo, pod względem praktyczności nie umywa się do Twojej „FJ”. Tamta jest osadzona w realiach USA i wiele rad jest bezwartościowych w realiach polskich. A już ta maniera Tony-ego budowania napięcia i przeciągania w nieskończoność sedna sprawy – koszmarek.
Swoją drogą ciekawe ile szt. „Money …” udało się w Polsce sprzedać?

Napisałeś też, że „z obawy przed piractwem nie zdecydowałem się zaoferować “Finansowego ninja” w najbardziej uniwersalnym formacie PDF”.
Nie bardzo to rozumiem. Michał, to cię nie chroni przed piractwem. Można przecież powielać nielegalnie w formacie mobi. Przekonwertowanie FJ z mobi na pdf to kilka minut. OK, zachowanie formatowania jest jakimś zagadnieniem, ale powielać można i w pdf.

Pozdrawiam i czekam na kolejne niepowtarzalne wpisy

Odpowiedz

Agata Bro Luty 9, 2017 o 13:06

Wielkie dzięki za ten wpis! Oczywiście udostępnię go dalej! Sama jestem blogerką i self-publisherką, wraz z przyjaciółką wydałyśmy samodzielnie naszą książkę po nieudanej przygodzie z wydawnictwem. Popełniłyśmy mnóstwo błędów, no i mamy o wiele, wiele, wiele… mniejszą sprzedaż 🙂 , ale mamy też i świetną nauczkę na przyszłość, i doskonałą szkołę i satysfakcje, że osiągnęłyśmy więcej, niż podczas współpracy z naszym nieudolnym wydawcą. Zgadzam się z praktycznie ze wszystkim, co tutaj napisałeś. Moją kolejną książkę wydam oczywiście w self-publishingu.

Odpowiedz

JakuB Marzec 15, 2017 o 09:38

Wydaje 😉
Szafi jak zwykle klasa w opracowaniu tekstu i transparentności. I jak zwykle, powodzenia w tym co robisz!!!

Odpowiedz

Sylwek Marzec 29, 2017 o 23:11

Zabrakło mi w tym super mega opracowaniu symulacji ile mógłbyś zarobić gdybyś nie zdecydował się na odwrocony model sprzedaży.
Pozdrawiam

Odpowiedz

Tomek Marzec 30, 2017 o 15:47

Super napisane. Przeczytałem jednym tchem a książka już stoi od pół roku na mojej półce (przeczytana) . Kawał dobrej roboty.

Odpowiedz

Katarzyna Kwiecień 13, 2017 o 15:56

Niesamowity sukces – jeszcze raz, Michał, gratulacje! Ale wpis też jest niesamowity – bardzo szczegółowy i skrupulatny 🙂 Natomiast jest jedna kwestia, która mi się rzuciła w oczy – mianowicie czas oczekiwania na dodruk (fragment na szarej apli, pod koniec artykułu zatytułowany „Kosztowna pomyłka wydawcy”). Czy to jest aktualna notka czy dotyczy poprzedniego dodruku? Bo jeżeli aktualna, to wynika z niej, że na dodruk musisz czekać 8 miesięcy… To jakiś absurd! Nawet przy dużym nakładzie.

Odpowiedz

Dodaj nowy komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: